W zarządach największych firm europejskich kobiety stanowią niecałe 10 proc. Niewiele lepiej jest za oceanem: płeć piękna to niecałe 16 proc. kadry kierowniczej i mniej niż 15 proc. spośród członków zarządów firm z pierwszej pięćsetki listy "Fortune". Nie inaczej sprawy się mają w polityce - na każdych czterech mężczyzn w parlamencie brytyjskim przypada zaledwie jedna kobieta. W Izbie Reprezentantów
USA panie stanowią 17 proc., w Parlamencie Europejskim - 21 proc., w polskim Sejmie 20 proc. Najwięcej kobiet u steru mają państwa skandynawskie - według danych Unii Międzyparlamentarnej to aż 42 proc. Średnia dla wszystkich parlamentów świata to 18,7 proc. i choć wskaźnik ten rośnie, to jednak do męsko-damskiej równowagi dużo brakuje.
Wielu ubolewa nad takim stanem rzeczy, podkreślając, że kobiety wnoszą nowe wartości zarówno do polityki, jak i do biznesu. "Więcej pań w Izbie Gmin zmieni kulturę, sposób uprawiania polityki, samą instytucję w końcu" - głosiła Clare Short, brytyjska minister w rządzie Tony'ego Blaira. Nie brak jednak głosów sugerujących, że niska reprezentacja płci pięknej u sterów wynika przede wszystkim z tego, że panie gorzej radzą sobie na takich stanowiskach.
Gorzej? Zadajcie sobie pytanie, dlaczego gorzej - mówi profesorka socjopsychologii z Uniwersytetu w Exeter Michelle K. Ryan, której pracę zatytułowaną "Kobiety i szklany klif" opublikował właśnie kwartalnik "Psychology of Woman".
Owszem, to prawda, że wyniki pań bywają gorsze, jednak wcale nie dlatego, że obiektywnie rzecz biorąc radzą sobie one w zarządzaniu słabiej niż mężczyźni - dowodzi badaczka. Rzecz w tym, że zwykle obsadza się je na stanowiskach decyzyjnych wyłącznie w beznadziejnych, z góry skazanych na przegraną sytuacjach.
Upadek ze "szklanych szczytów" Michelle Ryan kilka lat temu przeanalizowała najwyższe szczeble kadr i historię ich obsadzania stu największych spółek notowanych na giełdzie papierów wartościowych w Londynie. Co się okazało? Otóż na przyjęcie kobiety w skład zarządu decydowały się tylko te przedsiębiorstwa, których notowania w okresie poprzedzającym zmianę kierownictwa sukcesywnie spadały. Jeśli natomiast sprawy przybierały korzystny obrót, do zarządów dołączali zawsze panowie. Ciekawa obserwacja, nieprawdaż?
Michelle Ryan określa to mianem "szklanego szczytu", przez analogię do "szklanego sufitu", którym to terminem określa się barierę blokującą dostęp kobiet do wysokich pozycji (awans jest widoczny, ale jednocześnie nieosiągalny). Z kolei "szklany szczyt" to wysoka pozycja, z której łatwo i szybko się spada. Co więcej - podkreśla Ryan - takie ryzykowne eksponowane stanowiska przyciągają zwykle więcej uwagi zarówno mediów, jak i opinii publicznej, a co za tym idzie - piastujące je wybranki narażone są na większy stres niż ich koledzy wygrzewający bezpieczne stołki.
W tym roku pani psycholog postanowiła odpowiedzieć na pytanie, czy mechanizm ten dotyczy tylko biznesu, czy też występuje szerzej, na przykład w polityce. Niektóre wypowiedzi mężów stanu wskazują, że coś jest na rzeczy. Były przewodniczący Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej USA John Bailey rzucił kiedyś uwagę, iż "jedyna dobra chwila, by uciec się do pomocy kobiety, to ta, gdy sprawy mają się na tyle źle, że musisz zrobić coś dramatycznego".
Żelazna Dama na szkle Paradoksalnie wiele pań "szklanym szczytom" zawdzięcza olśniewające kariery. Najlepszym przykładem jest Margaret Thatcher, która dwukrotnie kandydowała z ramienia Konserwatystów na miejsce beznadziejne, bo tradycyjnie pozostające w strefie wpływów Partii Pracy. Dwukrotnie przegrała. Ale za trzecim razem zdobyła mandat. Co było potem, wszyscy wiemy. Przyszła baronowa była najdłużej urzędującym brytyjskim premierem w XX w. i jedyną kobietą na Wyspach, która kiedykolwiek została wybrana na szefa partii rządzącej.
Podobnie Kim Campbell, pierwsza kobieta na krześle premiera w Kanadzie - objęła przywództwo partii w momencie, kiedy ta pogrążała się w kłopotach. Analogiczne przykłady zna
Australia. Jedyne trzy kobiety, które kiedykolwiek objęły przywództwo któregoś ze stanów w tym państwie, to Joan Korner z Wiktorii; Carmen Laurence z Australii Zachodniej i Anna Blight z Queensland. Dwie pierwsze zamieniły na przywódczych stanowiskach swoich partyjnych kolegów tuż po miażdżącym skandalu politycznym, który skompromitował ich partię.
Michelle Ryan przeanalizowała dane na temat kandydatur do parlamentu brytyjskiego w 2005 roku i zauważyła, że kandydatki Partii Konserwatywnej wysuwane były tylko te na miejsca, na których pozycja przeciwników z Partii Pracy była niezwykle mocno ugruntowana. Już na starcie pozbawiało to je widoków na wygraną.
Co ciekawe, efekt ten dotyczył wyłącznie kandydatek z ramienia Partii Konserwatywnej. Partia Pracy przy wysuwaniu kandydatów na listy wyborcze stosuje taktykę określaną jako "twinning" - łączy parami miejsca, gdzie jej szanse wyborcze są takie same, i obsadza je kandydatami przeciwnych płci.
Słabe wyniki wyborcze pań rodzą często komentarze o braku zdolności czy odpowiedniego przygotowania płci pięknej do politycznych wyzwań. Tymczasem, przekonuje Ryan, jeśli wziąć poprawkę na oferowane im szanse wyborcze, kobiety sprawdzają się nawet lepiej od panów.
Po co ci, babo, ten placek? Analiza kandydatur wyborczych pozostawiła wiele pytań. Po pierwsze, czy aby skłonność do wysuwania płci słabszej na z góry stracone pozycje nie jest cechą osób o przekonaniach konserwatywnych? I czy oznacza faktycznie dyskryminację ze względu na płeć? Być może w okręgach o większej szansie wyborczej bardziej kompetentnymi i doświadczonymi kandydatami byli przypadkiem mężczyźni?
By sprawdzić, czy mechanizm „wciągania księżniczek na »szklane szczyty «” występuje tylko w bajkach, czy odzwierciedla rzeczywistość, Michelle Ryan postanowiła wykonać eksperyment w kontrolowanych warunkach. Studentom nauk politycznych zaproponowała grę w układanie list wyborczych hipotetycznych partii X oraz Y. Badani wiedzieli, czy przygotowują listę dla okręgu, w którym dana partia ma duże szanse wygranej, czy też miejsce, o które ubiega się kandydat, jest ryzykowne, bo znajduje się od lat w rękach silnej opozycji. Opisy poszczególnych kandydatów były z kolei specjalnie tak przygotowane, by w każdym okręgu najlepszymi, ale równie kompetentnymi kandydatami była para - mężczyzna i kobieta. Okazuje się, że wyniki potwierdziły tezę „szklanego szczytu” - panie wciągane były na listy wyłącznie jako kandydatki na ryzykowne pozycje.
Ciekawe, z jakiego powodu kobiety zgadzają się wysuwać na czoło w sytuacjach trudnych. Czy dlatego, że w przeciwieństwie do panów żadnej pracy (i ryzyka) się nie boją? Czy też po prostu wiedzą, że to dla nich jedyna szansa na wybicie się?
Bo to, dlaczego mężczyźni typują panie na szefów, gdy ziemia zaczyna palić im się pod nogami, wiadomo nie od dziś. Gdzie diabeł nie może, tam kobietę pośle.