Na księżycową podróż Amerykanom zabrakło po prostu pieniędzy. Żeby zrealizować plany administracji George'a W. Busha sprzed sześciu lat i do roku 2020 wrócić na Srebrny Glob, NASA musiałaby dostawać rokrocznie 3 mld dol. ekstra oprócz swego zwykłego, prawie 19-miliardowego budżetu. Obama, przedstawiając plany finansowe na przyszły rok, nie pozostawił złudzeń ani Agencji, ani firmom zaangażowanym w budowę nowej rakiety Ares i statku księżycowego Orion. Tych pieniędzy nie będzie. A 9 mld dol., które dotychczas wydano na księżycowe pomysły, trzeba spisać na straty.
Co w zamian?
Po pierwsze, stacja Zamiast pchać się na
Księżyc, Amerykanie zamierzają przedłużyć życie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Budowana od kilkunastu lat baza na orbicie okołoziemskiej ma zostać wreszcie w tym roku ukończona. Brakuje do tego jeszcze pięciu lotów amerykańskich promów kosmicznych. Najbliższy - wahadłowca Endeavour - NASA przewiduje na 7 lutego. Statek ma dowieźć do stacji kolejny moduł, a także przeszkloną kopułę, z której astronauci będą obserwować Wszechświat.
Budowa ISS opóźniła się znacznie po katastrofie promu Columbia w 2003 r., kiedy to na długo wstrzymano loty pozostałych wahadłowców. Pierwotnie planowano, że stacja skończy żywot w 2015 r. Kosztująca blisko 100 mld dol. i budowana przez kilkanaście państw konstrukcja zostałaby więc zrzucona do morza (jak kiedyś rosyjski Mir) ledwie pięć lat po jej ukończeniu. Naukowcy i astronauci od dawna mówili, że to straszne marnotrawstwo. Do przedłużenia życia Międzynarodowej Stacji Kosmicznej brakowało jednak decyzji Amerykanów. Teraz już jest - według nowych założeń NASA ma współfinansować ten projekt do 2020 r.
Po drugie, prywatyzacja Kasując program księżycowy i dofinansowując ISS, Obama postawił NASA kolejne zadanie. Za dodatkowe 6 mld dol. w ciągu następnych pięciu lat Agencja ma zbudować prywatny rynek transportu na orbitę okołoziemską. Po co?
Przed katastrofą Columbii Amerykanie wykorzystywali do lotów na orbitę promy kosmiczne. Potem ich misje na długo wstrzymano - NASA badała przyczyny katastrofy i pracowała nad bezpieczeństwem kolejnych lotów. Żeby wysyłać swoich astronautów do stacji, Amerykanie musieli więc wynajmować fotele w rosyjskich, wysłużonych, ale ciągle sprawnych sojuzach. Dzisiaj za jedno miejsce na pokładzie Rosjanie liczą sobie 50 mln dol. Wychodzi w sumie i tak taniej niż lot promu, który kosztem aż miliarda dolarów zabiera na pokład siedmioro astronautów i zaopatrzenie.
W 2004 r. NASA uznała w końcu, że promy są zbyt niebezpieczne, a do tego za drogie i trzeba wysłać je na emeryturę. Postanowiono, że będą latać tylko do 2010 r., tak by dokończyć jeszcze budowę stacji kosmicznej.
Jednocześnie prezydent Bush z wielką pompą ujawnił pomysł powrotu na Srebrny Glob i założenia tam stałej bazy.
Księżycowy statek miał być podobny do Apolla sprzed 40 lat, tyle że większy. Według założeń miał także zastąpić promy w lotach na niską orbitę okołoziemską, a po Księżycu zabrać ludzi na Marsa.
Dziś, kiedy nowy prezydent
USA wyrzucił te pomysły do kosza, NASA zostaje bez statku załogowego. A ciągłe korzystanie z usług Rosjan bije w jej prestiż. Dlatego administracja Obamy chce, by wynoszeniem astronautów na orbitę zajęły się amerykańskie firmy. Za pieniądze podatników powstanie więc potężny prywatny sektor kosmiczny. Kiedy z czasem się rozwinie, zapewne zaproponuje loty orbitalne nie tylko NASA, ale także zwykłym śmiertelnikom, np. turystom. Być może przyszłe podręczniki historii uznają Baracka Obamę za ojca kosmicznej prywatyzacji.
Po trzecie, Mars. Kiedyś NASA wydaje dziś połowę swojego budżetu na loty załogowe, a drugą połowę na badania naukowe. Dzięki komercjalizacji lotów na niską orbitę okołoziemską uda się chyba tę pierwszą część jej wydatków ograniczyć, a pieniądze przenieść do drugiej. Obama chce także, by NASA zajęła się opracowaniem planów podboju dalszych regionów Układu Słonecznego - Marsa, a może którejś z planetoid. Jednak kiedy ludzie wylądują na Czerwonej Planecie, na razie nie wiadomo. Tę decyzję odłożono w bezpieczną, dostatniejszą przyszłość.
Na razie na podróż człowieka na inny glob nie ma pieniędzy.
Plany Barackowi Obamie mogą jednak pokrzyżować kongresmeni. Prezydencki projekt budżetu na przyszły rok, w tym wydatków NASA, musi jeszcze zostać zatwierdzony przez Kongres. Niektórzy amerykańscy parlamentarzyści zamierzają zaś bronić powrotu na Księżyc. Szczególnie ci, którzy reprezentują stany, w których budowano rakiety Ares i statek Orion.