Rozmowa z Robertem McGimseyem ze Służby Geologicznej USA (USGS) w Anchorage na Alasce Tomasz Ulanowski: Byłem niedawno w Seattle w stanie Waszyngton i kiedy na sekundę przestał padać deszcz, chmury odsłoniły niesamowity widok - ogromny wulkan Mt. Rainier górujący nad miastem od południa. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że kiedy wreszcie wybuchnie, Seattle czeka zagłada. Robert McGimsey: Mt. Rainier wyrasta na wysokość prawie 4,5 km i mimo że jest oddalony od Seattle o blisko 90 km, to ponieważ miasto leży na poziomie morza, więc wulkan...
...sterczy nad nim jak czarna wyrocznia? - On jest przykryty potężną czapą lodu i śniegu. Dlatego kiedy wybuchnie - a erupcja nie musi być wielka - spłyną z niego potężne lawiny zamieniające się w błotno-kamienną powódź. Prognozuje się, że dotrze ona aż do Zatoki Pugeta, przy której leży Seattle i wokół której mieszka kilka milionów ludzi.
Czy istnieją plany ewakuacji miasta? - Pewnie tak, ich przygotowanie nie jest jednak zadaniem wulkanologów z USGS. My tylko monitorujemy wulkany - z obserwatorium w Anchorage pilnujemy tych na Alasce - i w razie niebezpieczeństwa informujemy władze.
Ile wulkanów na Alasce kontrolujecie? - Mamy tu ich ok. 80, z czego blisko 50, które wybuchły w ciągu ostatnich kilkuset lat. Najstarsze zapiski o tych erupcjach pochodzą z połowy XVIII w., kiedy na Alaskę przybyli Rosjanie. Co jakiś czas kapitanowie rosyjskich statków donosili o dymiących górach. Co prawda i wcześniej mieszkali tu ludzie - Inuici - ale oni przekazywali sobie wiadomości ustnie i gdzieś w historii te ich opowieści zaginęły.
Mimo że nasz region jest bardzo aktywny geologicznie - przez to, że tektoniczna płyta pacyficzna powoli wędruje na północny zachód i zapada się pod płytę północnoamerykańską - Alaskańskie Obserwatorium Wulkanologiczne w Anchorage zostało założone dopiero w 1988 r. Trzeba jednak pamiętać, że cywilizacja - której wulkany zagrażają - dotarła na Alaskę naprawdę niedawno. Ciągle zresztą chwalimy się, że nasz stan to ostatnie pogranicze (śmiech).
Dziś dysponujemy jednak najnowocześniejszymi urządzeniami do badań wulkanicznych. W ok. 25 miejscach rozmieściliśmy stacje sejsmiczne. Za pomocą kamer termowizyjnych obserwujemy też wulkany z kosmosu - kiedy coś się dzieje, sprawdzamy gorące miejsce nawet co cztery godziny. Poza tym dostajemy raporty od kapitanów statków i pilotów samolotów.
Dla tych ostatnich to nie tylko spektakularny widok, ale i ogromne zagrożenie. - Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że dzisiaj erupcje wulkaniczne - przynajmniej te na Alasce - najgroźniejsze są właśnie dla ruchu lotniczego. Podniebne szlaki przebiegają tuż nad pasem wulkanów! "Otoczone" wulkanami Anchorage to zaś ogromne lotnicze centrum przesiadkowe. Żyje tu zresztą połowa mieszkańców Alaski - blisko 300 tys. ludzi.
W grudniu 1989 r. podczas erupcji wulkanu Mt. Redoubt samolot holenderskiej linii KLM wleciał w niewielką chmurę pyłu i zgasły mu wszystkie silniki. Na szczęście po sześciu minutach pilot zdołał je uruchomić i wylądować bezpiecznie w Anchorage. Nikt nie ucierpiał. A chmura pyłu dotarła wtedy aż nad Teksas.
Po tym wypadku do naszego obserwatorium popłynęła z budżetu federalnego rzeka pieniędzy na system ostrzegawczy.
Jak wygląda alarm wulkaniczny? - Zwykle pierwszy niepokojący sygnał przychodzi z kosmosu - satelita wykrywa, że w którymś z wulkanów rośnie temperatura. Oznacza to, że bąbel magmy i gazów zaczyna wędrować w górę. Jeśli na budzącym się wulkanie są zamontowane czujniki sejsmiczne, to nasze komputery odnotują także niewielkie
trzęsienia ziemi. Taki wulkan trafia wtedy pod dokładną obserwację - jeśli zachowuje się coraz bardziej niegrzecznie, wysyłamy do władz ostrzeżenie.
Ile czasu mija od takiego ostrzeżenia do erupcji? - To zależy od tego, jak dokładny monitoring mamy w danym miejscu. Na przykład wulkan Mt. Spurr, położony ok. 100 km na zachód od Anchorage, zaczął "mruczeć" na dziesięć miesięcy przed erupcją, do której doszło w czerwcu 1992 r. Od tej chwili przyglądaliśmy mu się 24 godziny na dobę. Osiem miesięcy później zdecydowaliśmy się zaalarmować władze o zbliżającym się wybuchu. Kiedy wulkan eksplodował, pył wulkaniczny zasypał miasto.
No ale bywa, że czasu na reakcję mamy dużo mniej. W 2008 r. doszło do erupcji na jednej z Wysp Aleuckich, na której nie było czujników. Mieliśmy je jednak na dwóch wyspach położonych po sąsiedzku i one wykryły wstrząsy przed wybuchem. Nasi sejsmolodzy domyślili się, że doszło do nich nie na wyspach z czujnikami, ale na wyspie między nimi albo gdzieś w oceanie. Mieliśmy na reakcję tylko kilka dni.