Maciej Czarnecki: Często jeździ pan na Spitsbergen? Dr Ireneusz Sobota: Od kilkunastu lat - dwa razy do roku.
Na długo? - Dwa, trzy miesiące. Pierwszą wyprawę organizujemy w marcu-kwietniu, drugą latem.
Wiosną lecimy we dwóch-trzech do głównej osady Longyearbyen, stamtąd małym samolotem do Ny-Alesund. To najdalej na północ położona osada na świecie. Dawniej mieszkali tam górnicy, teraz głównie międzynarodowe ekipy naukowców.
Norwegowie przechowują nasze skutery, którymi docieramy do stacji. Jak świeci słońce, jedziemy ze cztery godziny. Przy zamieci - nawet kilkanaście.
GPS przestaje być wtedy tylko zabawką. Różnie bywa: czasem skuter zakopie się w śniegu, kiedy indziej nie daje rady, bo podjeżdżamy pod strome lodowce. Najgorsze są ukryte szczeliny - to niezbyt bezpieczna zabawa. Kiedyś część trasy pokonywaliśmy po zamarzniętych morzach. Ale na przykład dwa lata temu woda falowała jak latem, tylko brzegi były białe.
Klimat się ociepla... - ...co nie znaczy, że morze nie będzie zamarzać. Przecież jeśli topnieją lody, wysładza się woda morska. Słona zaczyna zamarzać przy -1,9 st. C. Słodszej wystarczy nieco wyższa temperatura.
Generalnie, wiosną na Spistbergenie mamy jakieś minus dwadzieścia, minus trzydzieści stopni. Lato przypomina polski listopad: mżawka, na równinach często chlapa, termometr lekko na plusie. Wtedy skutery odpadają. Na miejsce docieramy polskim statkiem badawczym "Horyzont II" lub jachtem "Eltanin".
Wydaje się, że łatwiej niż podczas wiosennej wyprawy. - Niby tak, ale zabieramy ze sobą sprzęt do badań, sporo jedzenia, które musi dotrwać aż do wiosny. Trzeba to wszystko rozładować, a statek nie przycumuje do brzegu. Zwozimy ładunki pontonami, potem przez 150 metrów nosimy na plecach lub pchamy wózki. W 2007 r., kiedy dzięki pomocy władz uczelni rozbudowywaliśmy stację, akurat był sztorm. Rozładunek trwał 25 godzin.
Wspomniał pan o jedzeniu. Konserwy, makarony? - Kiedyś na każdy biwak brało się mielonkę. My stawiamy raczej na suche wędliny i specjalny czarny chleb, który może leżeć latami. Do tego ryż, makarony, sosy, ze dwa worki ziemniaków i gotowe dania w słoikach. Nie jest źle.
Lodówki, oczywiście, nie mamy. Wystarczy wystawić za okno albo zakopać w ziemi. Gdy wyjeżdżamy, wszystko zamarza. Zasada jest taka: zostawiamy stację otwartą. Każdy może w niej przenocować, skorzystać z kuchni.
Macie gości?! - Zdarzają się żeglarze, kajakarze, naukowcy. Jednego roku przezimowali tu Ania i Kenneth - Polka i Norweg. Pracowali najpierw przy psich zaprzęgach w Longyerabyen. Potem wzięli siedem psów i zatrzymali się na naszym pustkowiu. Wykonywali nam niektóre pomiary. W marcu musieli wzywać śmigłowiec, by odstraszyć niedźwiedzie - tyle ich było.
Stacja stoi na zupełnym pustkowiu? - W 1975 r., kiedy stacja powstawała, był tu tylko jeden kontener. Teraz jest drewniany dom. Wybudowaliśmy też garaż, magazynek, saunę. Tę ostatnią - z drewna dryftowego, którym palimy też w piecu. To drewno, które spławiają flisacy na syberyjskich rzekach. Gdzieś im ucieka i dryfuje do brzegu Spitsbergenu.
Łazienka? - Niestety, brak. Latem idziemy do sauny, potem kąpiemy się w małych, wytopiskowych jeziorkach. Tak małych, że czasem można całe wypić, bo mają słodką, czyściutką wodę. Zimą topimy w garach śnieg. Stawia się je na piecu. Kiedy się nagrzeją, pełnią funkcję kaloryfera.