http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polubić święta

Rozmawia Margit Kossobudzka
2009-12-23, ostatnia aktualizacja 2009-12-23 11:19

Za chwilę dwa, trzy, a nawet cztery pokolenia spotkają się przy wigilijnym stole. Ale święta nie są wartością tylko dlatego, że spędzamy je z rodziną. Powinniśmy znaleźć też znaleźć czas tylko dla siebie. Rozmowa z psychologiem, dr. Andrzejem Wiśniewskim


Fot. Arkadiusz Ścichocki / AG
Margit Kossobudzka: Coraz więcej osób przyznaje, że nie lubi świąt. Czy to znak naszych czasów?

Dr Andrzej Wiśniewski*: Chyba zawsze tak było, że niektórzy nie lubili świąt. Może teraz trochę bardziej to widać. Myślę, że ludzie nadal bardzo lubią Wigilię. Gorzej już z kolejnymi dniami.

Mamy dość rodziny?

- Wigilia to taki wieczór, kiedy jeszcze jesteśmy w stanie się zebrać w sobie, żeby znieść zrzędliwego wujka czy stękającą ciotkę. Ale gdy już się skończy, chcemy po prostu posiedzieć z książką i poprzerzucać kanały w telewizji. Mamy dość innych ludzi. Nie chcemy nigdzie iść, niczego robić. I to jest znak naszych czasów - nadmiar wrażeń. Ja jeszcze kilkanaście lat temu wychodziłem z pracy o szesnastej. Teraz nie ma o tym mowy. Pacjenci, którzy przychodzą do mnie, nie zdążają na godzinę 18, 19. Często nie wiedzą do końca, czy przyjdą, czy uda im się skończyć pracę.

Nie lubimy świąt przez przepracowanie?

- Powiem tak: kiedyś to były święta stołu. Pojawiały się smakołyki, na które czekało się tygodniami. Choćby słynne pomarańcze. Żeby smacznie zjeść, trzeba było się natrudzić, coś zrobić samemu. Poza tym - prezenty. Trzeba było się nieźle nakombinować, żeby coś ładnego dostać. Święta to było wydarzenie. A dzisiaj mamy takich wydarzeń pełno. Jesteśmy zmęczeni nadmiarem kontaktów z innymi, spotkaniami w pracy, intensywnością życia. Wypaliliśmy się towarzysko. Dlatego wartością stała się możliwość odpoczynku. Marzymy o tym, by mieć spokój, tęsknimy za lenistwem. A święta to nagromadzenie emocji, pośpiech, dodatkowe obowiązki.

Boimy się, że teściowa przyjdzie i skrytykuje?

- To błędne koło, bo z jednej strony nie wyobrażamy sobie świąt innych niż rodzinne, a z drugiej strony trudno potem z tą rodziną przy stole usiedzieć. I trudno się też temu dziwić. Rodzinne spotkania powodują, że jesteśmy w polu ocen różnych osób. Bycie razem wywołuje napięcia emocjonalne, wymusza skracanie dystansu. Jeśli tych spotkań w okresie świąt jest wiele, czujemy, że ktoś przekroczył naszą strefę ochronną. Ludzie nie lubią być w stałym, bliskim kontakcie z tyloma innymi osobami. To tak jak jaskółki, które siedzą obok siebie na drucie. Gdy jedna za bardzo zbliży się do drugiej, tamta odlatuje. Każdy ma inny próg tolerancji na obecność drugiego człowieka. Im jesteśmy dojrzalsi, tym ten próg jest większy.

To co, wyjeżdżać na święta?

- Jeśli mamy taką potrzebę, to pewnie, że tak. To zależy od rodziny. Psycholodzy dzielą rodziny na tzw. związane, gdzie jest stały kontakt z członkami rodziny, a brak telefonu przez trzy dni budzi niepokój, i niezwiązane, gdzie te kontakty są rzadkie. Czasami cała rodzina spotyka się ledwie raz, dwa razy do roku. Dla jej członków wartością nie musi być wcale wielki rodzinny spęd. Oni wolą gdzieś wyjechać, odpocząć.

Czasami jest w tej kwestii konflikt interesów. Ponieważ jesteśmy tak zapracowani, nasi rodzice chcą mieć nas chociaż na święta. A my chcemy wyjechać. Ważne, żeby rodzice nie dowiedzieli się o naszej decyzji w ostatniej chwili. Muszą mieć czas, żeby się z tym spokojnie pogodzić.

Załóżmy, ze jednak nie udało nam się uniknąć ciężkiej atmosfery przy stole. Jak ratować sytuację?

- Tutaj ważną rolę może odegrać gospodarz. Ma on pełne prawo wkroczyć, gdy szykuje się jakieś starcie. Jedną z rzeczy, którą bym na pewno odradzał w święta, i najlepiej ustalić to od razu, to rozmowy o polityce. Gospodarz może powiedzieć, że przy stole są osoby o różnych poglądach politycznych i nie będziemy dziś o tym dyskutować. I koniec.

Jeśli ktoś prawi złośliwości innym, też gospodarz ma prawo spokojnie, ale ostro interweniować, najlepiej obracając całą sprawę w żart. Zazwyczaj ludzie się do tego dostosowują. Czują, gdzie są granice.

Ma pan jakąś radę dla teściowych i synowych? Jak nie skoczyć sobie do oczu?

- Rodzice powinni przede wszystkim powstrzymać się od krytykowania. Że uszka nie są robione ręcznie tylko ze sklepu? Cóż z tego. Że okna z jednej strony niedomyte - trudno. Warto też unikać sformułowań: "bo ty zawsze", "bo ty nigdy", "powinieneś", "musisz", "należy". Taka osoba staje się strażnikiem norm, który pilnuje jakości. Nic to i tak nie daje, a dla nikogo nie jest przyjemne.

Młodzi ludzie powinni mieć trochę więcej cierpliwości i zrozumienia dla osób starszych. Nie reagować zbyt ostro na docinki. Obracać je w żart.

Niektórzy wychodzą założenia, że jakoś przetrzymają rodzicielski atak. Że są święta, więc zniosą ze spokojem docinki, np. że dzieci są zbyt rozbrykane, że "wy im na wszystko pozwalacie" itd.

- Więcej cierpliwości nie oznacza, że trzeba dać po sobie jeździć. Jeśli dziadek skarży się, że za jego czasów dzieci siedziały cicho przy stole, i to najlepiej innym niż dorośli, to śmiało można powiedzieć, że teraz jest inaczej i odwołać się do poczucia humoru, np. jesteś człowiekiem plastycznym, przystosujesz się do zmian. Byle bez złości i agresji. Zresztą wnuki i dziadkowie sami się dogadają. Nie należy interweniować, gdy wydaje nam się, że zdenerwowały teściową. Ona sama ustali sobie z nimi relacje i ich granice.

Często to nam wydaje się, że dzieci zbyt szaleją, a inni wcale tego tak nie odbierają. Chcąc okiełznać swoje pociechy, zaczynamy je sztorcować. No to one są bardziej niegrzeczne i pokazują to na swój sposób: rozleją kompot, pobiją się, popchną choinkę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':