http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chory na Antarktydę

rozmawiał w Boulder w Kolorado Tomasz Ulanowski
2009-12-05, ostatnia aktualizacja 2009-12-04 16:08

Piękna i surowa. Wspaniała i niegościnna. Cholernie zimna. Nieskończona. O swojej podróży przez Antarktydę opowiada "Gazecie" amerykański glacjolog dr Ted Scambos*

Ted Scambos
Fot. yyy
Ted Scambos
Ted Scambos
Fot. yyy
Ted Scambos
Dr Ted Scambos*: Oszałamiające pustkowie.

Tomasz Ulanowski: Słucham?

- Antarktyda. Jest piękna. Większość ludzi, kiedy ich spytać o piękny krajobraz, pomyśli o Toskanii. Mnie zaraz przychodzi do głowy Antarktyda. Twardy, obcy świat. Najbardziej surowy, jaki można sobie wyobrazić. Prawie nietknięty ludzką stopą. Minimalistyczny. Pusta, niegościnna kraina, która wysysa z człowieka duszę. Czekała na tę duszę przez miliony lat. Cierpliwie.

Nad Antarktydą wisi ogromne, przytłaczające niebo. Horyzont błyszczy, bo śnieg odbija światło. Tak, światło na Antarktydzie jest niesamowite. A pod nogami fale zmarzniętego śniegu, zupełnie jak zmrożone morze. Z tym że tam nie ma morza. Jest gruby na 3 km lodowiec, który siedzi okrakiem na ogromnych pasmach górskich.

Zimno, aż trzaska.

Oddycha się głównie przez usta. Nos jest ciągle zapchany, a oczy łzawią. Bo zwykle wieje przenikliwy wiatr. I kiedy wdycha się to mroźne powietrze, na języku pojawia się taki gorzki posmak. Od razu człowiek wie, co to znaczy przejmujące zimno (ang. bitter cold, czyli dosłownie "gorzkie zimno").

To miejsce, w którym nie można się poczuć wygodnie, trzeba cały czas walczyć o przeżycie. Jeśli na chwilę staniesz, umrzesz. Twoje ciało zasypie śnieg, potem ściśnie je lód i powierzchnia tego zimnego świata znowu będzie wyglądała jak nietknięta twoją stopą.

Człowiek więc czuje się tam odseparowany od ludzkości, ptaków, drzew, przyrody, w której się narodził. Ale mimo to Antarktyda to ciągle Ziemia. Nie czułem się tam jak na innej planecie.

O czym się myśli w takim miejscu?

- O nieskończoności. Po horyzont lód i błękitne niebo. I pojawiają się te myśli - co by się stało, gdybym musiał na własnych nogach wrócić do bazy, gdyby zawiódł sprzęt.

Cały czas bierze mnie podziw, kiedy myślę o pierwszych zdobywcach Antarktydy. Scott, Shackleton i Amundsen. Jak oni byli w stanie tam wytrzymać, mając do dyspozycji mizerne środki, prymitywny sprzęt? Nawet dzisiaj, mając do dyspozycji wynalazki z całego świata - goretex, japońskie buty, islandzkie czapki - na Antarktydzie człowiekowi jest po prostu cholernie zimno.

I jakie oni mieli marne racje żywnościowe - każdego dnia ledwie kawałek masła i czekolady, kubek sosu z krakersów i bulionu wołowego! Ja, kiedy jestem na Antarktydzie, jem dwa razy tyle co w domu.

Norwesko-amerykańska ekspedycja, w której brał pan udział, tuż przed Bożym Narodzeniem 2008 r. wyruszyła z amerykańskiej stacji Scotta-Amundsena na biegunie południowym. Dwa miesiące później dotarliście do norweskiej stacji Troll na wybrzeżu.

- Byliśmy świetnie wyposażeni, zabezpieczeni przed zimnem. Poruszaliśmy się w czterech norweskich łazikach przystosowanych do jechania po śniegu z prędkości 10-15 km/godz.

To mimo wszystko dwa miesiące i 2,3 tys. km - mroźnych, wietrznych i niegościnnych. Jak sobie radziliście np. z codzienną toaletą?

- Oj, było bardzo wygodnie. Ciągnęliśmy kuchnię z jadalnią, prysznic, toaletę. Prysznic brało się raz w tygodniu. Toaleta była co prawda nieogrzewana i ciasna, ale za to nie pachniała brzydko, bo wszystko szybko zamarzało.

Pranie wywieszaliśmy na mróz. Zamarzało w kilka sekund. A potem schło na słoneczku przez dwa dni.

Ciągnęliśmy też sypialnię, w której spało 10 osób. Dwie, w tym ja, spały na tylnych siedzeniach w kabinach łazików. Czułem się trochę jak kierowca tira. Było mi oczywiście trochę chłodno i codziennie musiałem pakować swoje rzeczy, ale w sumie byłem zadowolony. Byłem sam, miałem dużo miejsca i ciszę.

Zero kłopotów?

- Ha, ciężko wszystkie wymienić! Kiedyś wierciliśmy wyjątkowo głęboko, żeby wydobyć rdzeń lodowy, i nagle zerwał się kabel trzymający wiertło. Natychmiast wmarzło ono w lodowiec. Sprzęt wart kilkaset tysięcy dolarów, nasze jedyne wiertło, bez którego nie mogliśmy pobrać głębokich próbek, utknęło w czarnej dziurze na głębokości ok. 100 m! Co robić?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    46 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':