Stado składające się z młodych i kilku starych byków to pionierzy wracający do żubrzych korzeni. Wbrew pozorom nie są to typowo leśne zwierzęta. Do lasu wpędził je człowiek. Żubry są trawożercami, a pędy drzew i kora to tylko dodatki do ich diety. Gdy przyglądam się łąkom, po których przeszły nasze żubry, od razu nasuwa mi się myśl, jak by wyglądał krajobraz, gdyby to stado było naprawdę duże albo, gdyby takich roślinożerców było więcej. Przecież mieliśmy w Europie mamuty, jelenie olbrzymie, nosorożce i hipopotamy.
Co by było, gdyby nie doszło do wyniszczenia megafauny, której żubr jest jednym z niewielu cudem ocalałych przedstawicieli? Naukowcy są raczej zgodni, że za wymieranie pod koniec ostatniego zlodowacenia nie odpowiadały tylko zmiany klimatyczne. Do ocieplania się klimatu, które zmieniło środowisko, dołożył się polujący i wzniecający pożary człowiek. Świadczy o tym chociażby to, że w Afryce, gdzie nasi przodkowie dopiero uczyli się polować, wiele wielkich zwierząt ocalało, bo miało szansę nauczyć się unikać dwunożnego drapieżnika. Natomiast np. w obu Amerykach, gdzie przybył człowiek, który był już bardzo sprawnym myśliwym, doszło do hekatomby.
Wielu z nas wydaje się, że przed przybyciem europejskich kolonistów, którzy omal nie doprowadzili do zagłady bizonów, Ameryka Północna była rajem. To nieprawda. Bizony to tylko smutne wspomnienie po kilkunastu przynajmniej gatunkach wielkich zwierząt zgładzonych znacznie wcześniej. Wśród nich były konie, wielbłądy, słonie, wielkie leniwce, lwy i gigantyczne bobry. Co ciekawe, tę ranę zadaną około 10 tys. lat temu w ekosystemach widać do dziś. Przecież wiele roślin ewoluowało przez setki tysięcy, jeżeli nie przez miliony lat razem z wielkimi ssakami. Niedawno w "PLoS ONE" ukazała się praca, w której hiszpańscy naukowcy wskazują wiele gatunków roślin z południowoamerykańskich dżungli, których nasiona mogły być rozsiewane tylko przez wielkie ssaki. Ich brak ma poważne konsekwencje dla genetycznej różnorodności i zasięgu tych roślin.
Wielu badaczy, takich jak profesor Paul S. Martin, autor książki "Zmierzch mamutów", proponuje wypełnić dziurę, jaką w amerykańskiej przyrodzie stworzyły zmiany klimatyczne oraz polujący ludzie, i znów sprowadzić tam słonie. Miałyby pełnić tę samą funkcję co w Afryce, czyli usuwać z otwartych przestrzeni krzewy i niewielkie drzewa. Nie sądzę, by był to dobry pomysł. Próby odtwarzania zniszczonego świata nie mogą się powieść. To, co się stało z megafauną, powinno raczej skłonić nas do skutecznej ochrony tego, co z niej zostało, i do refleksji, że zmiany klimatyczne plus działanie człowieka mogą wywołać zupełnie nieoczekiwane konsekwencje.
Czekam na państwa listy pod adresem:
adam.wajrak@gazeta.pl