Komisja niezależnych specjalistów pod wodzą Normana Augustine'a (byłego prezesa koncernu Lockhead Martin) została powołana w maju tego roku. Miała ocenić, na ile realne są plany, które dla NASA wytyczył poprzedni prezydent w 2005 r.
Ambitny program Busha - określany powszechnie mianem "Apollo na sterydach" - zakładał, że NASA do 2010 r. wycofa z użycia promy kosmiczne, w 2016 r. zrezygnuje również z międzynarodowej stacji orbitalnej, a wszystkie siły skupi na budowie nowej rakiety i statku, dzięki którym Amerykanie w 2020 r. po wielu dekadach ponownie wylądują na Srebrnym Globie.
Komisja Augustina nie zostawiła suchej nitki na tej strategii. Jej wstępny raport, który właśnie się ukazał w internecie, zaczyna się od tego, że środki, jakimi dziś dysponuje NASA, są dalece niewystarczające do realizacji jej celów. Jeśli budżet agencji - 18 mld dol. rocznie - nie zostanie zwiększony, to budowa rakiety księżycowej może się ślimaczyć aż do końca trzeciej dekady tego wieku, a księżycowy lądownik zostanie skonstruowany dopiero po 2030 r. Albo i nigdy.
Co więcej, po wycofaniu promów Amerykanie przez długi czas nie będą mieli czym wysyłać astronautów nawet na wokółziemską orbitę, np. do swoich laboratoriów na stacji kosmicznej. Według ekspertów nowy statek załogowy NASA będzie gotowy dopiero w 2017 r., a więc dwa lata później niż przewiduje to obecny harmonogram. W tym czasie
USA będą skazane na wynajmowanie miejsc w rosyjskich Sojuzach. Tak długiej przerwy lotach załogowych
Ameryka nie doświadczyła od początku ery kosmicznej.
Mars - najbardziej interesujący Co zatem radzą eksperci? Ich zdaniem trzeba zwiększyć budżet NASA co najmniej o 3 mld dol. rocznie. Tylko wtedy jest realna szansa na znaczącą eksplorację dalszego kosmosu, a więc loty astronautów poza wokółziemską orbitę. A najważniejszym z celów powinna być Czerwona Planeta, która jest - jak podaje raport - "bezsprzecznie najbardziej interesująca z naukowego punktu widzenia". "Jeśli ludzie kiedykolwiek będą żyć na powierzchni innej planety, to prawdopodobnie właśnie na Marsie" - piszą eksperci. Od razu dodają jednak, że zdobycie planety jest w tej chwili nierealne. Brakuje zarówno technologii, jak i pieniędzy.
Według komisji Augustine'a na razie NASA powinno się skupić na innych celach, ale takich, które jednak będą krok po kroku przybliżały ją do Marsa. Może to być lot na
Księżyc - tak jak chciał Bush - bo tam możemy się nauczyć, jak bezpiecznie lądować i przebywać na powierzchni dużego ciała niebieskiego. Ale możliwe są też całkiem inne opcje.
Komisja zasugerowała, że zamiast wracać na Srebrny Glob, astronauci mogliby odwiedzić inne miejsca Układu Słonecznego, jeszcze nigdy niedotknięte ludzką stopą. Na przykład wylądować na jakiejś bliskiej asteroidzie, a nawet polecieć na jeden z dwóch marsjańskich księżyców, które - z powodu słabej grawitacji - są dużo bardziej dostępne niż sam Mars. Z powierzchni Fobosa lub Dejmosa można zdalnie kierować łazikami i robotami na powierzchni Czerwonej Planety. Taka opcja - jak zauważają eksperci - miałaby walor świeżości, wzbudziłaby entuzjazm i zainteresowanie opinii publicznej, która dziś jest już przesycona i znudzona doniesieniami z kosmosu.
Kosmiczny biznes Komisja Augustine'a uważa też, że USA nie powinno opuszczać Międzynarodowej Stacji Kosmicznej już w 2016 r., a więc zaledwie w pięć lat po zakończeniu jej budowy. Tym bardziej że partnerzy USA w budowie stacji, czyli Rosja, Europa i
Kanada, w ogóle nie chcą o tym słyszeć. Zdaniem ekspertów stacja powinna działać co najmniej do 2020 r., bo jej laboratoria mogą się dobrze przysłużyć nauce, a sama stacja jest świetnym poligonem współpracy międzynarodowej w kosmosie.
Komisja chciałaby, żeby do tej współpracy włączył się również biznes. Towary na stację orbitalną mogłyby dostarczać rakiety prywatnych przewoźników. Ba, nawet astronauci powinni latać na stację prywatnymi czarterami, które zapewne byłyby tańsze niż statki NASA. Eksperci sugerują, że prywatne firmy mogłyby szybciej i taniej zbudować statek załogowy, który załata dziurę po promach kosmicznych. Zwłaszcza kiedy dostaną rządowe kontrakty - podobnie jak raczkujące firmy lotnicze w latach 20. zeszłego wieku, którym amerykański rząd pomógł się rozwinąć, zlecając przewożenie poczty. Zaś sama agencja NASA powinna ruszyć w nieznane - zająć się eksploracją dalekiego kosmosu.
Komisja Augustina nie spisywałaby też promów kosmicznych na straty. Jej zdaniem powinny one latać co najmniej o rok dłużej, niż chciał Bush. Jedna z sugerowanych opcji przewiduje, że nawet aż do 2015 r. Według innej promy pójdą wprawdzie do kasacji, ale nowy statek do dalekiej eksploracji kosmosu dla NASA miałby powstać właśnie na bazie ich konstrukcji.
Jeśli więc prezydent Obama pójdzie za radą swoich ekspertów, to amerykański program kosmiczny czeka prawdziwa rewolucja. Ale zarówno prezydent, jak i Kongres mogą niechętnie patrzeć na zwiększenie budżetu NASA. Ameryka zmaga się w tej chwili z jednym z największych kryzysów w dziejach, dramatycznie rośnie deficyt USA, Obama chce przeforsować kosztowną reformę ubezpieczeń zdrowotnych.
Kosmos jest w tej chwili jego najmniejszym zmartwieniem.
Wstępny raport Komisji Augustine'a:
http://www.nasa.gov/offices/hsf/related_documents/summary_report.html