Czerwcowe wydanie tygodnika "Nature" poświęciło roli dziennikarstwa naukowego cały cykl artykułów. W Polsce popularyzacja nauki i zaangażowanie w nią środowiska dziennikarskiego są również doceniane. Świadczą o tym mniej lub bardziej regularne dodatki poświęcone nauce we wszystkich poważnych dziennikach i tygodnikach oraz niewątpliwy sukces masowych imprez w rodzaju festiwali nauki czy pikników naukowych organizowanych w kilkunastu miastach w Polsce z wydatną pomocą mediów.
Naukowcy, jeszcze parę lat temu traktujący popularyzację jako coś niepotrzebnego i niepoważnego, teraz (zmuszeni zresztą wymaganiami projektów europejskich) starają się, jak mogą, wykazać w zrozumiały sposób sens swoich badań.
Jeżeli jest tak dobrze, to może nie ma o czym pisać? Niestety, jest, bo ilość nie przeszła w jakość, a co gorsza, wydaje się, że komunikacja pomiędzy światem naukowym a mediami i społeczeństwem staje się coraz trudniejsza.
Z wielorybem do Warszawy Zwykle o stwarzanie problemów oskarżano świat nauki - że hermetyczny, że nie zależy mu na komunikacji, że nie potrafi i nie chce opowiadać społeczeństwu o swojej pracy. To część problemu, na szczęście coraz rzadziej spotykana. Druga część to jednak stosunek dziennikarzy (mediów) do ludzi nauki.
Dwie charakterystyczne postawy ludzi mediów wobec nauki zostały określone, za sugestiami autorów „Nature" jako
„cheerleader” - dziennikarz staje się przystępnym i zrozumiałym interfejsem do naukowca, tłumaczy jego informacje na ludzki język i przedstawia je w atrakcyjny sposób, i
„apostoł” - dziennikarz jest pokornym słuchaczem prawd objawionych głoszonych przez uczonego i stara się jak najwierniej przekazać je społeczeństwu.
W Polsce zetknąłem się z opisanymi wyżej, pozytywnymi typami dziennikarza, ale spotkałem też przedstawicieli dwóch innych gatunków. Pierwszy nazwałbym
„typem łaskawcy”. To dziennikarz, najczęściej telewizyjny, który jest przekonany, że jego obecność jest czymś bezcennym i najbardziej pożądanym dla naukowca, który rzuci dla niego wszystkie zajęcia, zastosuje się do najdziwniejszych wymagań i będzie z niecierpliwością oczekiwał następnej okazji do spotkania. Taki dziennikarz potrafi zaprosić kilku zapracowanych naukowców na godzinę 23.30 do
studia w sąsiednim mieście, podkreślając, jaką wielką szansę stwarza przez poświęcenie panom profesorom całej półgodziny, po czym informuje obecnych, że mamy nowoczesny program, i na jedną wypowiedź jest nie więcej niż 14 sekund. Po czym pada pierwsze pytanie: „Panie profesorze, jaka jest rola oceanu w zmianie klimatu?", czas start (autentyczne). Inny „łaskawca” będzie oczekiwał od naukowca regularnego dostarczania gotowego, opracowanego materiału, który uprzejmie przekaże na antenę, samemu nie przygotowując się w żaden sposób do edycji tekstu czy rozmowy. W żaden sposób nie zauważy, że naukowiec musi poświęcać sporo swego czasu na przygotowanie takich gotowców.
Jest też dziennikarz
„bałwan lub cynik”, który przychodzi do naukowca z gotową, zwykle sensacyjną tezą, którą będzie starał się wszelkimi sposobami potwierdzić. Rzadko kiedy posuwa się do kłamstwa czy jawnej manipulacji - najczęściej jest to zręczne i niemożliwe do zaskarżenia użycie fragmentu wypowiedzi w innym kontekście lub na pozór niewinna zmiana gramatyczna. Dwa prawdziwe przykłady:
Telefon do naukowca: - Panie profesorze, na Bałtyku widziano wieloryba. Czy on może popłynąć Wisłą do Warszawy?
- Nie, na pewno tego nie zrobi, unika słodkiej wody.
- Ale gdyby jednak wpłynął do Wisły, to jak szybko będzie w Warszawie?
- Nie wpłynie.
- No to niech pan profesor powie, jak szybko pływa wieloryb?
- Około 6 węzłów.
- Dziękuję!
Następnego ranka ukazuje się informacja "Według oceny prędkości wieloryba przez profesora W. możemy oczekiwać wielkiego ssaka w Warszawie jutro około godziny 15".
Dziennikarz nie skłamał, ale podał informacje w całkowicie fałszywym kontekście. Bałwan czy cynik?
Innym przykładem jest drobna zamiana gramatyczna. Mówię dziennikarzowi, że wielkie ochłodzenie Europy związane z zatrzymaniem Golfstromu zachodziło kilkakrotnie w przeszłości "w ciągu około 10 lat" , dziennikarz podaje tę informację: "Ochłodzenie zajdzie za około 10 lat". Bałwan czy cynik?
Jak działa nauka Komunikacja mediów z nauką różni się zasadniczo od komunikacji mediów z polityką czy światem kultury. Dla polityków dziennikarz jest społecznym kontrolerem, uważnym i krytycznym słuchaczem, który bez litości wypunktuje ich słabe strony. Dla twórców dziennikarz jest właściwie recenzentem, podejmuje równorzędną dyskusję o dziele, wyraża swoją opinię, ma ogromny wpływ na recepcję kultury przez społeczeństwo. Tego rodzaju relacja z naukowcem (nazwana za „Nature" „
watchdog”, czyli syndrom psa stróżującego) jest bardzo trudna, ponieważ z fizykiem czy genetykiem nie sposób porozmawiać na tematy fachowe bez przygotowania. Dziennikarz jest z definicji rzecznikiem społeczeństwa, stara się znaleźć wyjaśnienia faktów, które interesują lub niepokoją ludzi.
Jeszcze do niedawna europejska nauka żyła w komforcie niekwestionowanego autorytetu (nawet jeśli nie do końca zrozumiałego). Ogromny rozrost ilościowy środowiska naukowego, konkurencja o pieniądze, naturalna selekcja, która pozostawiła sporo utytułowanych osób poza kręgiem aktywnie publikujących na międzynarodowym rynku, to wszystko sprawiło, że do mediów zaczęły przedostawać się głosy spoza naukowego "mainstreamu". Gdyby jeszcze taki delikwent uczciwie powiedział: "Nie należę do międzynarodowego grona uczonych". Niestety, każdy podkreśla liczbę tytułów i stanowisk naukowych, które same z siebie nic nie znaczą. Jak celnie zauważył niedawno profesor Majcherek, "nie ma takiego idiotyzmu, którego nie poparłby swoim autorytetem jakiś profesor". W efekcie czytelnik gazet czy słuchacz
radia dowiaduje się, że jest jakiś profesor, który kwestionuje ewolucję i teorię Darwina, inny profesor uważa, że zmiana klimatu to mit uknuty przez spisek masonów, a kolejny obiecuje, że wyleczy wszystkich z raka za pomocą wyciągu z ziół.
Obywatel dochodzi do wniosku, że skoro jeden profesor mówi, że jest czarne, a drugi, że jest białe, to znaczy, że można sobie wybrać ten lub inny pogląd, a nauka jest takim samym obiektem manipulacji jak inne dziedziny życia. Dlatego rybacy krzyczą, że uczeni z Morskiego Instytutu Rybackiego ostrzegający przed załamaniem się populacji dorsza to kłamcy, bo im, rybakom, jeden profesor ze Szczecina powiedział, że ryby jest dość. A grupa pań od ojca dyrektora pisze pisma o wycofanie nauki o ewolucji ze szkoły, "bo przecież sami naukowcy w to nie wierzą".
Myślę, że tu leży najważniejsze zadanie mediów - pokazać społeczeństwu, jak działa współczesna nauka, na czym polega jej wiarygodność i siła i jak odróżnić głosy utytułowanych frustratów od opinii środowiska naukowego. Zadanie tym ważniejsze, że chodzi również o przekonanie polityków, którzy uważają, że naukowcy są jak Chińczycy - jeden od drugiego nie do odróżnienia i można sobie wybrać swojego, dyspozycyjnego eksperta.
Ogromnym sukcesem i przełomem cywilizacyjnym (myślę, że równie ważnym jak rozpowszechnienie się internetu) stało się w ostatnich latach powstanie jednolitego, międzynarodowego rynku nauki (co najmniej w naukach przyrodniczych). Do końca istnienia ZSRR można się było łudzić, że istnieją jakieś alternatywne centra nauki, jakiś równoległy obieg informacji i forum dyskusji. Dziś nie ma już żadnych wątpliwości, że przepływ informacji naukowej jest swobodny, że jedynym forum jej prezentacji są międzynarodowe, otwarte, recenzowane czasopisma, a powszechny system krytyki naukowej stworzył samonaprawiający i samosprawdzający się system. Dlatego na szczęście nie sposób stworzyć żadnego tajnego porozumienia czy mafii naukowej, co zarzucano ostatnio twórcom raportu klimatycznego Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC).
Jeżeli kolejne czasopismo międzynarodowe nie chce opublikować artykułu naszego profesora, to nie jest to efekt antypolskiego spisku Żydów w Nowym Jorku lub w Filadelfii, tylko artykuł jest marny
*prof. Jan Marcin Węsławski jest kierownikiem Zakładu Ekologii Morza w Instytucie Oceanologii PAN w Sopocie