Zwolennicy "okrojenia" najcenniejszego lasu świata argumentują, że taka jest cena rozwoju ekonomicznego i cywilizacyjnego. Przyroda musi ustąpić przed potrzebami ludzi.
Brazylia ma doskonały klimat dla rolnictwa i może stać się jednym ze spichlerzy żywnościowych świata. Wciąż jednak brakuje jej ziem uprawnych, aby ten ambitny cel zrealizować. Dlatego sięga po dziewicze knieje w dorzeczu Amazonki. Od kilku dekad czyni to bardzo konsekwentnie, wycinając średnio 1-2 mln hektarów lasów rocznie. Ważnym elementem tej polityki jest wspieranie osadnictwa na terenach ogołoconych z drzew. Zachętą dla kolonizatorów, przeważnie ludzi biednych, ma być znaczące podniesienie poziomu ich życia.
Co innego wynika jednak z badań, które przeprowadziła Ana Rodrigues z uniwersytetu w Cambridge.
Drwale idą na front Sięgnęła ona po dane na temat jakości życia w prawie 300 okręgach miejskich położonych w regionie Amazenia Legal obejmującym całe dorzecze Amazonki. Dawniej ten ogromny obszar był zajęty niemal wyłącznie przez lasy równikowe lub sawannę cerrado. W jego skład wchodzą trzy wielkie brazylijskie stany: Amazonas, Pará i Mato Grosso oraz kilka mniejszych. Łącznie ma powierzchnię około 5 mln km2, jest więc 16 razy większy od Polski. Lasy tropikalne nadal tu dominują, zajmując obszar 3,5 mln km2. Jednak w porównaniu z początkiem XX wieku, są mniejsze o 0,6 mln km2 (dwie Polski), przy czym cztery piąte tych strat puszcza poniosła po roku 1960. Wylesione tereny zamieniano na pastwiska dla bydła, a później także na pola orne.
Rodrigues wybrała do swej analizy zarówno okręgi wciąż porośnięte w całości puszczą, jak i takie, gdzie las został niemal do szczętu wykarczowany. Jednak najwięcej w tym zestawie było rejonów, które badaczka określiła mianem "frontowych", czyli takich, gdzie obecnie trwa najbardziej intensywna wycinka. Podzielono je na kilka kategorii w zależności od tego, czy drwale dopiero zaczynali swoje dzieło i większość terenu była jeszcze zajęta przez puszczę, czy też obszary wylesione brały górę nad zadrzewionymi. Jakość życia mieszkańców mierzono za pomocą trzech kryteriów: dochodów, zdrowia i wykształcenia.
Ludzie jak szarańcza Początek jest niemal zawsze optymistyczny - ustaliła Rodrigues. Kiedy pierwsze drzewa zaczynają gęsto padać, okolica szybko zyskuje - pojawiają się drogi, szkoły, ośrodki zdrowia. Ludzie pracujący przy wycince drewna, handlujący nim oraz zagospodarowujący karczowiska dobrze zarabiają. Również pierwsza fala rolników obejmujących w posiadanie działki, z których legalnie i nielegalnie wycięto drzewa, uzyskuje znaczne dochody. Zarobki rosną szybciej niż w innych regionach Brazylii. To przyciąga kolejną falę osadników, a gęstość zaludnienia w okręgu szybko rośnie. Gorączka złota w wydaniu amazońskim to run na żyzną ziemię. Wszyscy są zadowoleni, dopóki pól uprawnych przybywa, a gleba jest urodzajna.
Jednak pewnego dnia ten karnawał się kończy. Intensywnie eksploatowana przez kilka kolejnych dekad gleba w końcu się wyjaławia. Aby nadal dobrze rodziła, należało by ją odpowiednio nawozić i poddawać nowoczesnym zabiegom agrotechnicznym. Zamiast tego - jak wynika z badań Rodrigues - wiele osób zostawia takie wyjałowione grunty, przenosząc się do kolejnych rejonów frontowych, gdzie do wzięcia są następne połacie ziemi świeżo zabranej lasowi i bogatej w substancje mineralne. Przypomina to postępowanie poszukiwaczy złota gotowych w każdej chwili pognać w nowe miejsce, gdy tylko gruchnie wieść, że odkryto tam cenny kruszec. Albo plagę szarańczy pustoszących okolicę i przenoszących się dalej.
Na koniec, stracą wszyscy Wiadomo, jakie są skutki takiej działalności dla lasów amazońskich - topnieją w oczach. Ale i ludzie marnie wychodzą na tym procederze. Dobrobyt okazuje się nietrwały - wynika z ustaleń Rodrigues. Widać to najlepiej na przykładzie terenów leżących na wschodnim skraju puszczy. Od strony Oceanu Atlantyckiego - w stanach Pará i Maranhao - wyrąb zaczął się najwcześniej. Podczas "gorączki ziemi" napłynęły tu dziesiątki tysięcy ludzi. Kiedy gleba zaczynała jałowieć, część migrantów przenosiła się na nowe tereny, w miarę jak wycinka posuwała się na zachód. Wielu jednak pozostało. Tyle że kiedy boom minął, okolica, w której zapuścili korzenie, zaczęła szybko podupadać. Dziś poziom życia w takich okręgach należy do najniższych w Brazylii. W pracy podsumowującej badania, którą publikuje najnowsze "Science", badacze podkreślają, że równie niski standard życia notuje się w okręgach położonych we wnętrzu puszczy. Identyczne zjawisko obserwuje się także w stanach Mato Grosso i Rondenia na południu regionu, gdzie wyrąb zaczął się później, a teraz jest najbardziej intensywny.
Wygrani są natomiast wielcy producenci rolni eksportujący większość towarów do Europy, Chin i Ameryki Północnej. Jednak społeczności lokalne niewiele z tego mają - zyski są transferowane poza region lub inwestowane w pozyskiwanie nowych gruntów.
Ostatecznie jednak stracić mogą wszyscy - i mali, i duzi. Eksperci podkreślają bowiem, że puszcza ma olbrzymi wpływ na klimat w całym regionie. Jeśli znaczna jej część zostanie wykarczowana, ubędzie również deszczy, a niedobór wody szczególnie mocno uderzy w rolnictwo. Co więcej, wschodnia część dziewiczych lasów może po prostu wyschnąć w wyniku wzrostu temperatur globalnych i ocieplenia się północnego Atlantyku, w którego stronę przesunie się strefa intensywnych deszczy tropikalnych.
Na razie puszcza wciąż się kurczy. Od roku 2000 zmniejszyła się o 155 tys. km2 (pół Polski).