Wijące się po nocnym niebie kolorowe smugi to zorza polarna - niecodzienne zjawisko na tej szerokości geograficznej. Mieszkańcy miasta, które nigdy nie zasypia, podziwiają je, zadzierając głowy w górę. Wspaniały spektakl trwa kilka sekund. Przerywają go jaśniejące nienaturalnie, pękające żarówki. W budynkach i na ulicach gasną światła. Nowy Jork pogrąża się w ciemności. W ciągu półtorej minuty gaśnie całe wschodnie wybrzeże
USA.
Rok później -
pisze "New Scientist" - katastrofa energetyczna, która zaczęła się od pięknej zorzy nad Nowym Jorkiem, pochłonie życie kilku milionów Amerykanów. Infrastruktura przemysłowa Stanów Zjednoczonych legnie w gruzach, a Bank Światowy ogłosi je krajem rozwijającym się. Z katastrofą zmagają się też
Unia Europejska,
Japonia, Chiny.
Tu scenariusz wymaga poprawki. Powyższy koniec świata rozpoczął się nie na Manhattanie, ale 150 mln km wyżej. Na Słońcu.
Spokój przed burzą Na Słońcu? Przecież nasza gwiazda zachowuje się dziś łagodnie jak baranek - jego tarczy nie paskudzi ani jedna plama. A właśnie ich liczba jest sygnałem słonecznej aktywności. Dużo plam oznacza, że wokół nich powierzchnia naszej gwiazdy buzuje i bulgocze, a korona słoneczna wyrzuca w kosmos ogromne ilości plazmy. Kiedy taki sztorm dociera do Ziemi i zderza się z jej magnetosferą, uszkadza urządzenia elektryczne, np. satelity, zakłóca łączność radiową i wywołuje kolorowe zorze polarne.
Ale od ponad roku na Słońcu, jak sami w "Gazecie" pisaliśmy ledwo miesiąc temu, cicho sza. I co ma do tego rok 2012, o którym w kategoriach katastroficznych wspominali podobno już Majowie, a ostatnio końcem świata, jaki ma wtedy nastąpić, karmi się popkultura?
Ano to, że nasza gwiazda pulsuje w cyklu 11-letnim. Po minimum aktywności nieuchronnie przyjdzie czas, kiedy Słońce eksploduje plamami i bąblami plazmy. Jak uczą nas obserwacje astronomiczne, maksimum przychodzi bardzo szybko po minimum. - Już w tym roku liczba plam zacznie dość szybko rosnąć - mówi w rozmowie z Polską Agencją Prasową dr hab. Arkadiusz Olech z Centrum Astronomicznego PAN w Warszawie. Najwięcej będzie ich w latach 2011-12, a potem nastąpi powolny spadek słonecznej aktywności, która w latach 2019-20 znowu zejdzie do minimum.
Jak przypomina Olech, poprzednie maksimum z lat 2000-01 było słabe, silniejsze było w roku 1990, a naprawdę potężne zaobserwowaliśmy w końcu lat 50. XX w. - Może więc teraz przychodzi czas na kolejne bardzo wysokie maksimum? - zastanawia się naukowiec.
Elektryczna pandemia Ostrzeżenie przed słonecznymi harcami, na którym "New Scientist" oparł swój tekst, znalazło się w 132-stronicowym raporcie opracowanym przez NASA i amerykańską Narodową Akademię Nauk. Jego streszczenie można znaleźć w internecie na stronie: http://science.nasa.gov/headlines/y2009/21jan_severespaceweather.htm.
Naukowcy doszli do wniosku, że nasza zależna od dostaw energii cywilizacja jest bardzo wrażliwa na kaprysy Słońca.
Słabym punktem, w który uderzy słoneczna nawałnica są linie wysokiego napięcia. To prawdziwe anteny czułe na kosmiczną pogodę i wychwytujące prądy wywoływane przez burze magnetyczne. A ponieważ dzisiaj oplatają one ciasno wysoko rozwinięte państwa, a często, np. w Unii Europejskiej, przekraczają ich granice, elektryczna plaga rozprzestrzeni się błyskawicznie i zamieni w pandemię. Ogromne prądy stopią przewody i transformatory. Światła zgasną w kolejnych miastach.
Tak było np. w marcu 1989 r. w kanadyjskim Quebecu. Po burzy w kosmosie 6 mln ludzi zostało na 9 godz. odciętych od dostaw energii.
Autorzy raportu przeanalizowali też słoneczną nawałnicę z maja 1921 r. Wywołała ona prądy dziesięć razy większe niż te z 1989 r. Naukowcy sprawdzili, co by się stało, gdyby taki huragan uderzył dzisiaj w USA. Z analizy wynika, że załamałby się system energetyczny ich wschodniej i północno-zachodniej części. Bez prądu znalazłoby się 130 mln ludzi. Zakłócona zostałaby dystrybucja wody, nie działałaby kanalizacja, zniszczone zostałyby zapasy leków i żywności przechowywane w niskich temperaturach. Przestałyby działać łączność telefoniczna i stacje benzynowe. Stanąłby transport. Po 72 godzinach skończyłaby się ropa zasilająca awaryjne generatory w szpitalach. Pozbawione prądu kopalnie przestaną wydobywać węgiel, a na polach naftowych i gazowych staną pompy. Nie przydadzą się nawet elektrownie jądrowe. Kiedy padnie system przesyłania energii, zostaną automatycznie wyłączone.
Straszny świat bez prądu Burza magnetyczna z 1921 r. nie jest najstraszliwszą, jaką zanotowały nasze kroniki. Jeszcze silniejsza uderzyła latem 1859 r. 1 września o godz. 11:18 potężny błysk na powierzchni Słońca zauważył brytyjski astronom Richard Carrington. Nawałnica, która potem przyszła, naelektryzowała linie telegraficzne i podpaliła zwoje papieru telegraficznego. Zorza była widoczna nawet na Kubie i Hawajach. W zakrytych nocą Górach Skalistych zrobiło się tak jasno, że biwakowicze pobudzili się i sądząc, że to już ranek i zaczęli przygotowywać
śniadanie.
„Gdyby tak potężna burza magnetyczna uderzyła dziś w USA - piszą autorzy raportu - tylko w pierwszym roku po katastrofie jej koszty sięgnęłyby 2 bln dol., czyli byłyby 20 razy większe niż te poniesione w związku z huraganem »Katrina «, który w 2005 r. spustoszył Nowy Orlean”.
Co gorsza, masowej awarii systemu przesyłania energii spowodowanej przez Słońce nie da się szybko naprawić. Wymiana stopionych transformatorów i przewodów miedzianych potrwa miesiące, a może i rok. I tu straty będziemy liczyć już nie w bilionach dolarów, ale milionach istnień ludzkich.
Raport NASA i Narodowej Akademii Nauk szacuje, że po katastrofie spowodowanej burzą magnetyczną podobną do tej z 1859 r.
Stany Zjednoczone wracałyby do stanu sprzed kataklizmu przez 4 - 10 lat.
"Nie wiemy, kiedy ze Słońca przyjdzie do nas taka nawałnica" - piszą naukowcy. "Może za 100 lat, a może za 100 dni".
A może w 2012, kiedy przyjdzie kolejne słoneczne maksimum.
Jeśli tak się stanie, o nadchodzącej katastrofie dowiemy się z kilkudziesięciominutowym wyprzedzeniem. Ostrzeżenie przyśle amerykański satelita ACE ulokowany na orbicie pomiędzy Słońcem a Ziemią. Czy kilkadziesiąt minut wystarczy, żeby uniknąć słonecznej pandemii?