Przykładem teorii spisku był jeden z komentatorów stacji CNN, który powiedział, że jego zdaniem to nie przypadek, iż cały świat zajmuje się świńską grypą, kiedy powinien zajmować się kryzysem. Wyraźnie sugerował, że decydenci "dmuchają" sprawę, żeby odwrócić uwagę od poważniejszych kwestii.
Nie znam się na politycznych szachach, ale tego pana zdecydowanie poniosła wyobraźnia.
Prawdą jest jednak, że wiele osób zwraca mi uwagę, że z tą pandemią coś jest nie tak. Od kilku dni bez przerwy straszą, że lada moment zaatakuje nas coś paskudnego. Tymczasem nic się nie dzieje. Z jednej strony wszczynają coraz większy alert podnosząc magiczne stopnie zagrożenia, a drugiej mówią, że nie ma co panikować.
A nam świńska
grypa zaczyna nam się nudzić. Żebyśmy znów zaczęli się bać, potrzebne są ofiary. To paskudny aspekt ludzkiej natury, ale przy okazji obala teorię pana z CNN. Nikt nie będzie nikogo zabijał, żeby utrzymać "fikcyjne" zagrożenie.
Jak to zatem jest z tą pandemią?
Światowe epidemie grypy zdarzają się co kilkadziesiąt lat. Przypomnijmy, że w XX wieku podczas trzech ataków grypy w roku 1918, 1957 i 1968 zginęło w sumie wiele milionów ludzi. Wiedząc to naukowcy postanowili stworzyć system mający przewidzieć i zapobiec takim tragediom w przyszłości. Badania i plany nabrały rozpędu, gdy w 2005 roku rozpoczęła się epidemia ptasiej grypy. Świat zdał sobie sprawę, że jest globalną wioską, a lot z Europy do Hongkongu trwa zaledwie kilkanaście godzin. To oznaczało, że groźnego wirusa nie da się utrzymać na jednym kontynencie i dziś mamy tego dowód.
Na wypadek, gdyby taki zjadliwy mutant się pojawił opracowano obowiązujące dziś stopnie zagrożenia. Poziom piąty oznacza, że wirus łatwo przenosi się pomiędzy ludźmi oraz, że zaatakował co najmniej dwa kraje danego regionu. Dziś, gdy zmagamy się z łagodnym, jak się okazało, wirusem ten przedostatni stopień zagrożenia może się wydawać decyzją podjętą na wyrost. Ale wyobraźmy sobie, że zarazek jest złośliwy. Czy wtedy światowe przygotowania by nas śmieszyły lub wydawały się przesadne? A przecież WHO nie ma planów dla każdego rodzaju wirusa, czy to łagodnego czy nie. Musi trzymać się ustalonych przez siebie reguł.
Czy to zatem tylko przepisy każą nam traktować te grypę poważnie?
W tej chwili śmiertelność nowego zarazka dawno już zrównała się z tą wywoływaną przez zwykłą sezonową grypę i oscyluje wokół 2-3 proc. Zwiększa się liczba zakażeń, ale choroba przebiega łagodnie. Liczba ofiar wprawdzie rośnie, ale bardzo powoli. Wirus na tyle złagodniał, że specjaliści proszą, by nie nazywać go już świńska grypą, ale meksykańską, czyli bardziej ludzką. Epidemie należy jednak traktować poważnie. To sygnał, że przewidywania wirusologów z ostatnich lat, zakładające, że grypa znowu zbiera siły, są słuszne. Tym razem zarazek nas oszczędził, ale do czasu. Po raz pierwszy od ponad 30 lat wirus pokonał barierę międzygatunkową - stał się zwierzęco-ludzki. I to niepokoi.
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) poinformowała, że według stanu na godz. 6.00 GMT (8.00 czasu polskiego) w piątek liczba oficjalnie potwierdzonych przypadków świńskiej grypy na świecie wynosi 331, a 10 osób zmarło na tę chorobę (PAP).
Są jednak i pozytywy tej sytuacji. WHO może przetestować jak działa system ochrony i monitoringu w praktyce. Poza tym znacznie zwiększyła się czujność i wiedza ludzi na temat grypy. To dobrze, bo może znowu po paru latach odwrotu od szczepień zaczniemy brać preparaty chroniące nas przed zwykłą grypą. Przecież im mniej ludzi na świecie zapada na tę chorobę, tym większa szansa, że wirus dłużej zostanie pod kontrolą. Jakie to ma znaczenie? Ludzie zaszczepieni rzadziej chorują, a to oznacza, że grypa ma mniej okazji, żeby "kręcić się" w środowisku. I mniej okazji do kontaktów z wirusami pochodzenia zwierzęcego. Mówiąc krótko - w ten sposób nie dajemy zarazkowi szans na stworzenie groźnej mutacji.
A co będzie się działo dalej, jeśli sytuacja epidemiologiczna się nie zmieni?
Według specjalistów zakażenia będą trwały jeszcze przez minimum pól roku. Potem, jak w poprzednich epidemiach, zaraza straci impet i wygaśnie w ciągu 2-3 lat, ponieważ część ludzi w tym czasie się na nią uodporni bez objawów choroby.
Miejmy nadzieję, że i te przewidywania się sprawdzą.