Jeśli w ciągu najbliższej dekady ograniczymy produkcję gazów cieplarnianych o co najmniej 70 proc., to unikniemy katastrofy klimatycznej - wyliczają naukowcy z Narodowego Centrum Badań Atmosfery (NCAR) w Boulder w Kolorado w pracy, która w przyszłym tygodniu ukaże się na łamach "Geophysical Research Letters".
Co nas czeka, jeżeli nic nie zrobimy
Według danych Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu opublikowanych w 2007 r. przez ostatnich sto lat średnia temperatura Ziemi przy powierzchni wzrosła o 0,74 st. C. Ponad połowa tego ocieplenia - 0,4 st. - przypada na okres od roku 1979. Najbardziej ogrzały się kontynenty (o 0,7 st. przez niecałe trzy dekady), szczególnie na półkuli północnej, gdzie jest większość twardego lądu. Oceany ocieplają się i wychładzają wolniej. Nawet jeśli już dziś przestalibyśmy wysyłać do atmosfery gazy cieplarniane, to ciepło oddawane przez morza będzie jeszcze długo podgrzewać Ziemię. Jak długo? To m.in. liczyła ekipa naukowców kierowana przez dr. Warrena Washingtona z NCAR.
Położony u stóp Gór Skalistych NCAR to jeden z 20 ośrodków, w których dzięki skomplikowanym równaniom matematycznym i superkomputerom przewiduje się zmiany klimatu. W NCAR analizuje to program zwany CCSM (Community Climate System Model). Modeluje on zmiany klimatu, dzieląc świat na komórki o rozmiarach 100 na 150 km, a więc wielkości województwa małopolskiego. I choć w porównaniu ze starszymi modelami klimatycznymi jest to rozdzielczość bardzo dobra, to ciągle daleko jej do doskonałości. CCSM nie widziałby np. różnic pomiędzy klimatem Krakowa a Tatr, uśredniając oba miejsca do wspólnej wartości. Ale moc komputerów, rozdzielczość modeli i dokładność prognoz stale rośnie.
Posługując się CCSM, uczeni obliczyli, że gdybyśmy równie beztrosko jak do tej pory spalali paliwa kopalne (dzisiaj w każdej sekundzie emitujemy do atmosfery 1000 ton dwutlenku węgla), to do końca wieku temperatury podniosą się średnio o 2,2 st. C. W gęsto zamieszkanych rejonach Ameryki Północnej, Europy i Azji słupek rtęci skoczy nawet bardziej - o 2,5-4 st.
Jednak najbardziej niepokoi klimatologów ogromne ocieplenie w prawie bezludnej Arktyce. W ostatnim wieku temperatura wzrosła tam o 3 st. C, a według obliczeń CCSM do końca XXI w. może wzrosnąć o dalsze 4,5-5 st. Pokryta lodem Daleka Północ chłodzi klimat Ziemi, a szczególnie półkuli północnej. Biała skorupa lodu i śniegu odbija prawie całe promieniowanie słoneczne. Kiedy zniknie, czarny ocean zacznie dla odmiany wchłaniać ponad 90 proc. ciepła ze Słońca. I ocieplenie gwałtownie przyspieszy. Nikt nie wie, co się wtedy stanie - np. z lodowcem pokrywającym Grenlandię. Jego zniknięcie podniosłoby poziom mórz aż o 7 m.
- Kilka stopni ocieplenia może nie robić wrażenia, ale warto pamiętać, że średnia temperatura ostatniego zlodowacenia była tylko o 5 st. C niższa niż dzisiaj - przypomina dr Gerald Meehl z NCAR, jeden ze współautorów pracy. Lodowiec pokrywał wtedy m.in. całą Europę Północną, a także pół dzisiejszej Polski.
Co nam da obcięcie emisji o 70 proc.?
Żeby uniknąć czarnego scenariusza, naukowcy z NCAR proponują więc, by obciąć emisję dwutlenku węgla o 70 proc. Bo wtedy do końca obecnego stulecia temperatura podniosłaby się średnio "tylko" o 0,6 st. C. Znowu najbardziej ucierpiałaby Arktyka, ale jednak nie tak bardzo, jak w przypadku nicnierobienia.
Co byśmy zyskali?
** Mniej wzrośnie poziom morza spowodowany rozszerzaniem ogrzewającej się wody - o 14 cm zamiast 22 cm. Do tego trzeba jednak doliczyć wzrost spowodowany topnieniem lodowców, który dziś szacuje się nawet na półtora metra. Ale jest nadzieja, że po ograniczeniu produkcji dwutlenku węgla, poziom nie podskoczy tak bardzo.
** Objętość arktycznego lodu skurczy się tylko o jedną czwartą i pod koniec wieku się ustabilizuje (według czarnego scenariusza czapa lodowa na biegunie północnym rozpłynie się któregoś lata w ciągu najbliższych 30 lat).
** Ograniczymy o połowę zmiany w opadach deszczu. Modele klimatyczne pokazują, że jeśli nie powstrzymamy ocieplenia, w jednych regionach czeka nas susza (np. w południowej Europie), a w innych powodzie (np. w deszczowej już dziś Europie Północnej).
** Ok. roku 2100 klimat uspokoi się i wreszcie przestanie się ocieplać.
Uczeni z NCAR szacują, że 70-proc. redukcja produkcji głównego antropogenicznego gazu cieplarnianego ograniczyłaby jego stężenie w atmosferze do 450 ppm, czyli 450 cząsteczek na milion cząsteczek powietrza. W grudniu 2008 r. w atmosferze znajdowało się 386 ppm tego gazu - o ponad jedną trzecią więcej niż przed wybuchem rewolucji przemysłowej. Jak piszą amerykańscy naukowcy, jeśli nie ograniczymy emisji dwutlenku węgla, jego stężenie w atmosferze do końca wieku wzrośnie do 750 ppm.
Z analizy rdzeni lodowych wydobytych z Antarktydy i Grenlandii wynika, że obecny poziom dwutlenku węgla przekracza wszelkie rekordy z ostatnich 400 tys. lat. W okresach zlodowaceń wynosił on ok. 200 ppm, a w ciepłych interglacjałach skakał do ok. 280 ppm.
Wprawdzie kilkadziesiąt milionów lat temu na Ziemi było bardziej gorąco niż dziś, a poziom dwutlenku węgla był wyższy. - Kiedy jednak klimat zaczął się ochładzać, a stężenie dwutlenku węgla spadło do 425 ppm, na Antarktydzie pojawiła się czapa lodowa - ostrzegał w zeszłym roku James Hansen z NASA. Czy kiedy za mniej więcej 20 lat dwutlenek węgla ponownie przekroczy ten poziom, Antarktyda zacznie się z kolei rozpływać? Na to pytanie nikt dziś nie odpowie. Roztopienie lodowców antarktycznych podniosłoby poziom morza aż o blisko 60 m.
Tylko chęci brak?
Pozostaje pytanie, czy redukcja emisji dwutlenku węgla proponowana przez naukowców z NCAR jest możliwa. Agencja Reuters przeprowadziła ostatnio ankietę wśród 11 badaczy, ekspertów przygotowujących w 2007 r. raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu. Na pytanie, czy uda się powstrzymać ocieplenie - żeby temperatura nie wzrosła o więcej niż 2 st. powyżej średniej z okresu przedprzemysłowego, co jest celem Unii Europejskiej - odpowiedzieli, że to mało prawdopodobne. - Z naukowego punktu widzenia to możliwe - mówił Salemeel Huq z Międzynarodowego Instytutu Środowiska Naturalnego i Rozwoju z Londynu. - Politykom brakuje jednak chęci, by to uczynić - dodawał.
Sprawdzimy to w grudniu, kiedy w Kopenhadze zbierze się międzynarodowa konferencja mająca zdecydować o zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.
Źródło: Gazeta Wyborcza