Czy w tej sytuacji nie byłoby warto bez emocji zastanowić się nad homeopatią, która zajmuje się ukierunkowaniem wpływu umysłu na ciało, a więc zjawiskiem przez medycynę akademicką praktycznie pomijanym? Dlaczego z góry przesądzać - na podstawie aktualnej i z pewnością jeszcze niepełnej wiedzy teoretycznej - niemożność działania "rozcieńczonej wody", skoro nauka nadal nie wyjaśniła kontrowersji wokół tego zagadnienia? Przecież bezkrytyczne negowanie jest równie niezgodne ze współczesną metodologią naukową jak bezkrytyczna wiara. Czy nie warto zastanowić się nad innym rozumieniem zdrowia i choroby, które niesie ze sobą rozwijająca się od 200 lat homeopatia?
Eksperci medycyny konwencjonalnej często wypowiadają się o homeopatii, ale czy wypowiedzi te są obiektywne, jeśli nigdy nie zajmowali się nią praktycznie i nie kończyli żadnych kursów z tego zakresu? W rezultacie przeciwnicy homeopatii posługują się ogólnymi, wynikającymi ze światopoglądu przesłankami, a zwolennicy - praktycznym, własnym doświadczeniem. Tylko czy mówienie o braku badań w homeopatii jest uczciwe, gdy zaledwie 13 proc. obecnie stosowanych w medycynie procedur terapeutycznych jest popartych definitywnymi dowodami skuteczności zgodnymi z obowiązującymi standardami badań EBM (według BMJ Clinical Evidence)? Podobnie szokująca jest konkluzja o znikomym zakresie badań nad wpływem leków konwencjonalnych na psychikę. A przecież nie trzeba być wybitnym znawcą medycyny, by zauważyć, że ograniczając człowieka do samego ciała, jak to ma miejsce w obowiązującym modelu biomedycznym, pomijamy pewien dość istotny aspekt gatunku Homo sapiens. Jego umysł.
Lekarze, którzy chcieliby przeprowadzić poważne badania w dziedzinie homeopatii przy współpracy z konwencjonalnymi lekarzami i ośrodkami naukowymi, dziś nie mają na to żadnych szans. Celem takich badań powinno być rzetelne wyjaśnienie wątpliwości, również tych, które mają homeopaci. Przecież wciąż istnieje możliwość, że leki homeopatyczne mają taki sam "punkt uchwytu" jak placebo, lecz potrafią to placebo (wpływ umysłu) ukierunkować. Lek homeopatyczny może być dla organizmu po prostu rodzajem bodźca. Nie jest wykluczone, że reakcja na taki bodziec może być na tyle indywidualna - zależna od nastawienia, stanu organizmu, przebytych chorób - że bardzo trudna do statystycznego ujęcia, choć przejawiająca się w obserwacjach. Zresztą podobne problemy analityczne napotyka coraz bardziej
indywidualizująca swoje podejście do pacjenta medycyna konwencjonalna.
Prawdopodobnie najbardziej kłopotliwą "wadą" homeopatii jest to, że mimo braku naukowego wyjaśnienia mechanizmu jej działania umiejętnie zastosowana w chorobach ostrych częstokroć tak szybko i sprawnie stymuluje organizm do wyleczenia, że potem trudno uwierzyć relacjom pacjentów i ich rodzin. Leki homeopatyczne często stosują wykształceni i racjonalnie myślący ludzie, w tym wielu lekarzy (niekoniecznie zajmujących się homeopatią), którzy zażywają je sami, dają je także swoim dzieciom - i są zadowoleni z efektów. Czy więc doświadczony w leczeniu homeopatycznym lekarz, uzyskujący dzięki homeopatii długotrwałą (wieloletnią), znaczącą poprawę stanu zdrowia i emocji w dużej grupie dzieci intensywnie uprzednio chorujących, a wcześniej bezowocnie leczonych konwencjonalnie, powinien na siłę stosować powszechnie zalecaną leczniczą chemię, z czym często wiążą się wyraźne niepożądane efekty uboczne?
Działanie leków chemicznych powoduje, że są one sposobem na znieczulanie własnego organizmu, na odcinanie się od sygnałów z niego płynących, zwłaszcza od bólu, który tak ochoczo zagłuszamy. Ale czy sztucznie wymuszana i podtrzymywana chemią równowaga organizmu naprawdę służy poprawie mechanizmów jego samodzielnej regulacji, czy wręcz przeciwnie - ją zaburza? W praktyce nazbyt pochopnie (i wbrew statystykom WHO!) przyjmujemy założenie, że medycyna konwencjonalna oferuje nam prawdziwe zdrowie. Bo czy rzeczywiście dłuższe życie bez dolegliwości jest zawsze tożsame ze zdrowiem? Być może jako populacja wydajemy się rzeczywiście zdrowsi, ale coraz bardziej prawdopodobne staje się inne wyjaśnienie. To nie my zdrowiejemy, to zmienia się profil chorób: z ostrych na przewlekłe, a w istocie nieuleczalne. Trudno może na pierwszy rzut oka zauważyć różnicę między staruszkiem zdrowym a staruszkiem "zdrowym" z naszpikowania lekami. Czy jednak porównywanie kogoś, kto pełnymi garściami korzysta z kredytu leków chemicznych, wykonujących pracę za jego ciało, z kimś, kto zmierza do zdrowia siłami własnego organizmu, rzeczywiście wykazuje wyższość tego pierwszego? Parafrazując słowa piosenki Boba Dylana "Blowin in the Wind", można zapytać: ile lekarstw musi zażyć człowiek, zanim zauważy, że nadal jest chory?
Niechęć do homeopatii może być m.in. przejawem podświadomego lęku przed spojrzeniem w siebie. W przeciwieństwie do kultur Dalekiego Wschodu my, mieszkańcy cywilizacji zachodniej, często ignorujemy działanie placebo (umysłu). Tak naprawdę boimy się siebie, własnych słabości i kłamstw, jakie sobie sami serwujemy. Wszyscy błądzą - ale nie ja, można byłoby powiedzieć za Carol
Travis i Elliotem Aronsonem, psychologami społecznymi. W tej sytuacji wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby wypracowanie kompromisu i rozważenie zakresów możliwych pól działania dla medycyny konwencjonalnej i homeopatycznej. Zamiast tworzyć dwa wzajemnie zwalczające się obozy, można byłoby przy leczeniu w rozsądny sposób uszanować decyzję pacjenta.
Osiągnięcia medycyny konwencjonalnej są bezsprzeczne i jest rzeczą bezwzględnie pewną, że nie można z nich całkowicie zrezygnować. Ale tak samo, jak w wielu przypadkach nie służy pacjentowi odstawienie tradycyjnych leków, nie służy mu negowanie doświadczeń homeopatów.