http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

19 godzin do uderzenia

Tomasz Ulanowski
2009-03-26, ostatnia aktualizacja 2009-03-25 17:08

Ślad na niebie zostawiony przez spadającą planetoidę. Zdjęcie zrobił mieszkaniec Pustyni Nubijskiej, który potem przekazał je naukowcom
Ślad na niebie zostawiony przez spadającą planetoidę. Zdjęcie zrobił mieszkaniec Pustyni Nubijskiej, który potem przekazał je naukowcom

Świtało. Mieszkańcy Wadi Halfa - sudańskiego miasteczka na Pustyni Nubijskiej - którzy byli już na nogach po porannej modlitwie, zadzierali głowy w górę

Jeden ze znalezionych meteorytów
Fot. P. Jenniskens P. Jenniskens
Jeden ze znalezionych meteorytów
ZOBACZ TAKŻE
Wysoko na niebie z hukiem szybowała kula ognia. Gnała z wielką prędkością, kierując się ku wschodowi. Nagle błysk, potem huk. Kula rozerwała się na kawałki i kawałeczki, rozbłyskując jak fajerwerki, i... znikła.

Tej nocy - z 6 na 7 października 2008 r. - spektakl nad Sudanem podziwiali także inni szczęśliwcy. Prawie 11 km nad ziemią Ron de Poorter, kapitan boeinga linii KLM lecącego z Johannesburga do Amsterdamu, wpatrywał się w horyzont. Widział żółto-czerwone błyski, coś jak odległą kanonadę. Z jeszcze większej wysokości sudańskie fajerwerki oglądały amerykańskie i europejskie satelity.

Z dołu "podpatrywały" je rozmieszczone w Kenii mikrobarometry przeznaczone do wykrywania naziemnych prób nuklearnych. Po 2.45 czasu uniwersalnego zarejestrowały one fale dźwiękowe o bardzo niskiej częstotliwości, podobne do wywoływanych przez eksplozję jądrową.

Jak obliczyli potem naukowcy, wybuch nad Sudanem miał siłę równą wybuchowi 1-2 kiloton trotylu, dziesięć razy mniejszą niż bomba, która zrównała z ziemią Hiroszimę.

Wywołała go planetoida o wymiarach samochodu osobowego i masie ok. 83 ton. Z prędkością 44 640 km/godz. wpadła w atmosferę i po 20 s na wysokości 37 km rozleciała się na drobne.

Tę niezwykłą odyseję z nieba na Ziemię opisuje dzisiejsze "Nature". Dlaczego niezwykłą? Przecież co roku w Ziemię rąbie kilka takich niewielkich planetoid i nikt ich nie zauważa. No właśnie, nie zauważa... Ta była jedyną, którą zauważyliśmy na czas i śledziliśmy aż do końca.

Odyseja kosmiczna 2008

Pierwszy był Richard Kowalski z należącego do Uniwersytetu Arizona Obserwatorium Catalina na Górze Lemmon w USA, które specjalizuje się w poszukiwaniu ciał niebieskich znajdujących się blisko Ziemi i rocznie wykrywa 70 proc. z nich. Podczas nocnego dyżuru z 5 na 6 października, 19 godzin przed uderzeniem zobaczył na ekranie komputera białą kropkę. Obserwował ją całą noc, a nad ranem jej współrzędne przekazał do Centrum Małych Planet w Cambridge w stanie Massachusetts i poszedł spać. Informacja o planetoidzie, której nadano już nazwę 2008 TC3, trafiła do szefa Centrum Tima Spahra. - Komputer, który powinien obliczyć jej orbitę, zawiesił się, zrobiłem więc to ręcznie - wspomina Spahr. - Szybko doszedłem do wniosku, że uderzy ona w Ziemię.

Choć planetoida świeciła dość słabo - co oznaczało, że jest mała i niegroźna, bo rozpadnie się w atmosferze i jej resztki raczej nie spadną na ziemię - Spahr chwycił za telefon i wykręcił alarmowy numer. Zadzwonił do Lindleya Johnsona, szefa NEO, należącego do NASA programu obserwacji małych ciał niebieskich znajdujących się w pobliżu naszej planety. - Coś w nas rąbnie? - zapytał Johnson.

Spahr zadzwonił też do Steve'a Chesleya z należącego do NASA Laboratorium Napędu Odrzutowego w Kalifornii. Ten popędził do biura i obliczył, że 2008 TC3 na 100 proc. uderzy w Ziemię. - Byłem bardzo podekscytowany, po raz pierwszy w życiu wiedziałem coś takiego! - opowiada Chesley. Według wyliczeń astronoma do uderzenia miało dojść następnej nocy o 2.46 czasu uniwersalnego w północnym Sudanie, w którym będzie już 5.46 rano.

Chesley wysłał wyniki swoich obliczeń do NASA i do Centrum Małych Planet. To ostatnie rozesłało specjalny biuletyn do naukowców na całym świecie. Amerykańskie obliczenia potwierdził ośrodek w Pizie we Włoszech. Astronomowie zaczęli się przygotowywać na niezwykłe widowisko. Po raz pierwszy mieli okazję prześledzić drogę planetoidy, która nieuchronnie zmierzała na spotkanie z Ziemią. Po raz pierwszy mogli też na żywo zobaczyć, co z takiego spotkania wyniknie. W świecie naukowym rozdzwoniły się telefony, zaczęły krążyć maile. "UDERZENIE DZIŚ W NOCY!!!" - napisał do kolegów Mark Boslough, fizyk z Narodowego Laboratorium Sandia w Nowym Meksyku.

"Godzinę przed" planetoida weszła w cień Ziemi i przestała być widoczna. Ale chwilę wcześniej jej lot śledziło już 26 obserwatoriów na całym świecie. Dzięki nowym obliczeniom chwilę uderzenia wyznaczono z dokładnością do 15 s na 2.45,28 czasu uniwersalnego.

Mail z tą informacją trafił do Jacoba Kuipera, holenderskiego meteorologa pracującego właśnie na nocnej zmianie w Królewskim Niderlandzkim Instytucie Meteo w De Bilt. Kuiper zaczął się martwić, że nikt nie zobaczy podniebnych fajerwerków wywołanych przez 2008 TC3. Nie przyszło mu do głowy, że na Pustyni Nubijskiej może ktoś mieszkać. 45 minut przed uderzeniem Kuiper pomyślał, że mógłby zawiadomić linie lotnicze Air France - KLM. Ciągle wysyłał im raporty pogodowe, więc dlaczego nie napisać o planetoidzie?

Blisko 10 minut później kapitan Ron de Poorter przeczytał wiadomość na ekranie komputera pokładowego swojego boeinga.

Z nosem przy piasku

To nie koniec tej kosmiczno-ziemskiej odysei. Nie wszystkich naukowców zadowoliło samo huknięcie 2008 TC3 w Ziemię i jej dezintegracja w atmosferze. Peter Jenniskens, astronom i spec od meteorytów z NASA i kalifornijskiego Instytutu SETI (zajmującego się poszukiwaniem cywilizacji pozaziemskich), pomyślał, że choć to mało prawdopodobne, planetoida mogła zostawić po sobie jakieś ślady w pustynnych piaskach. W grudniu poleciał do Sudanu i razem z Muawią Hamidem Shaddadem, astronomem z Uniwersytetu w Chartumie, wyruszyli na poszukiwania. Wypytując świadków i dokonując obliczeń, ustalili, że ewentualne meteoryty, niewielkie odłamki pozostałe po wybuchu 2008 TC3, mogą znajdować się w okolicach niewielkiej stacji kolejowej położonej na przecinającej Pustynię Nubijską trasie kolejowej z Wadi Halfa do Chartumu.

6 grudnia Jenniskens i Shaddad wspomagani przez 45 studentów z Chartumu, dwa samochody terenowe i ekipę z telewizji al Dżazira zaczęli przeczesywać teren. Długą na kilometr tyralierą szli na wschód, z nosami przy piasku.

Wieczorem Jenniskens dostał informację, że jeden ze studentów znalazł meteoryt. - Pomyślałem, że to kolejny fałszywy alarm - wspomina w "Nature". Znalazca wręczył astronomowi czarny kamyk o średnicy 1,5 cm, który miał bardzo gładką powierzchnię, jakby stopioną pod wpływem gorąca. Kamyk nie był zbyt zakurzony, co znaczyło, że niedługo leżał w piasku. Bingo!

W ciągu następnych dni zespół Jenniskensa i Shaddada znalazł kolejne meteoryty, w tym większe, o średnicy ok. 10 cm. Kilka tygodni później ekspedycję powtórzono. Pustynię przeczesywała już niecała setka osób. W sumie do marca naukowcy znaleźli blisko 280 meteorytów o łącznej masie kilku kilogramów. Wszystkie są małe, ważą góra po kilkaset gramów, a wypełniają je ziarenka węgla. Większość kosmicznych kamyków nosi ślady rozerwania, a więc ogromnego ciśnienia, jakiemu 2008 TC3 była poddawana podczas wędrówki przez atmosferę. Nie natrafiono na żadne większe fragmenty planetoidy.

Na podstawie zawartości izotopów tlenu naukowcy zaklasyfikowali podniesione z pustyni "kamienie" jako ureility, bardzo rzadkie meteoryty zawierające m.in. ziarenka grafitu oraz mikrodiamentów. Podejrzewa się, że wszystkie ureility pochodzą z jednego ciała niebieskiego. 2008 TC3 mogła być odłamkiem 2,6--kilometrowej planetoidy odkrytej 11 lat temu i oznaczonej jako 1998 KU2.

- Odnalezione kawałki 2008 TC3 są też niecodzienne z innego powodu - mówi Mike Zolensky, mineralog z NASA, który badał owe drobinki. - Są bardzo porowate, pełne dziur. To niesamowite, że tak dziurawa planetoida mogła przetrwać w kosmosie.

To niejedyna lekcja, jakiej udzielił nam kosmiczny kamień, który w październiku zeszłego roku rozbił się nad Sudanem. Dzięki niemu wiemy, że działa system ostrzegania przed zbliżającymi się do Ziemi obiektami. Nawet tak mały kawałek skały jak 2008 TC3 został odkryty wystarczająco wcześnie, by można było przeanalizować jego orbitę i przewidzieć, gdzie i kiedy upadnie. - Jego znalezienie można porównać do zauważenia faceta w ciemnym garniturze oddalonego o ponad pół miliona kilometrów - śmieje się Richard Kowalski. Daje to nadzieję, że innych nieproszonych gości, wielkich na tyle, by mogli zagrozić miastu, krajowi, kontynentowi bądź światu, wykryjemy na tyle wcześnie, by znaleźć jakieś środki obrony. Choćby wydać komunikat: "RATUJ SIĘ, KTO MOŻE!".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów