Potężne, ciągnące się na długości 3 tys. km pasmo Gór Transantarktycznych wyraźnie dzieli najzimniejszy kontynent świata na niżej położoną część zachodnią i wyżynny wschód. Choć z ostatnich badań wiadomo już, że cała Antarktyda ulega globalnemu ociepleniu, to wiadomo z nich również, że najbardziej wrażliwa na zmianę klimatu jest jej zachodnia część. To ona ogrzewa się najbardziej. Jest zresztą wyraźnie inna od swej wschodniej sąsiadki także z innego powodu.
Podczas gdy na wschodzie pod kilometrami lodu (jego roztopienie podniosłoby poziom morza aż o 60 m) kryje się prawdziwy, solidny ląd, to zachód Antarktydy jest archipelagiem wysepek ledwie wystających z oceanu i sprasowanych lodowcem. Oczywiście gdyby lód ustąpił, to uwolniony od jego potężnego nacisku ląd podniósłby się ponad poziom morza i - być może - zachodnia Antarktyda zmieniłaby się z wysepek w "porządny" kawałek kontynentu.
Jak piszą w najnowszym "Nature" naukowcy m.in. z
USA i Nowej Zelandii, przez ostatnie 5 mln lat czapa lodowa pokrywająca zachodnią Antarktydę wielokrotnie ustępowała i atakowała ponownie. Uczeni "wymodelowali" jej wahania, badając rdzenie wydobywane od 2006 r. w ramach programu ANDRILL z lodu i dna morskiego pod lodowcem szelfowym McMurdo położonym w pobliżu amerykańskiej stacji polarnej o tej samej nazwie.
Do zmian owych dochodziło - w geologicznej skali czasu - bardzo gwałtownie, bo w ciągu jednego lub kilku tysięcy lat. Lodowiec najpierw cofał się, rejterując do rejonów, gdzie był w miarę mocny, bo sięgał morskiego dna, by w końcu zupełnie oddać pole wodzie i skale. Poziom morza podnosił się wtedy o blisko 5 m.
Uczeni zaobserwowali, że takie lodowe kataklizmy powtarzały się co 40 tys. lat. Były więc zgodne z wpływającymi na klimat cyklicznymi zmianami odchylenia osi Ziemi od prostej prostopadłej do płaszczyzny wyznaczanej przez orbitę naszej planety dookoła Słońca. Owo odchylenie, dzięki któremu zresztą mamy pory roku, w ciągu ok. 40 tys. lat waha się od 21,8 do 24,4 st. i z powrotem. Dzisiaj wynosi ok. 23,5 st. i się zmniejsza.
Badacze obliczyli, że czapa lodowa przykrywająca zachodnią Antarktydę zacznie puszczać, kiedy temperatura wody w otaczającym ją oceanie podniesie się o 5 st. C. Czy takie ocieplenie się jest możliwe już w obecnym stuleciu? Tego nie wiemy. Potrzebne są dokładniejsze modele klimatyczne i oceaniczne, nie globalne, ale dotyczące konkretnie Antarktydy.
Już dziś jednak naukowcy ostrzegają, że lodowiec antarktyczny słabnie, a jego dno przecinają rzeki, którymi rozpuszczony lód spływa do oceanu. Podobnie dzieje się na drugim końcu Ziemi, na Grenlandii. Gdyby jej potężny lodowiec rozpuścił się cały, poziom morza skoczyłby o 7 m.