http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kosmiczne konwulsje Ameryki

Piotr Cieśliński GAZETA WYBORCZA
2008-09-26, ostatnia aktualizacja 2008-09-27 16:15

Od 2010 roku, gdy amerykańskie promy będą już unieruchomione, chińscy taikonauci będą mogli bezkarnie latać nad USA, testując broń i szpiegując

ZOBACZ TAKŻE
Zobacz jak sukcesy Chińczyków w kosmosie relacjonuje miejscowa telewizja
Kolejny lot chińskich astronautów, a także oziębienie stosunków z Rosją po konflikcie w Gruzji uświadomiły kandydatom na prezydenta USA, że jedna z ich pierwszych decyzji po listopadowych wyborach musi dotyczyć kosmosu.

Promy na emeryturę

Amerykański program lotów załogowych przypomina "Titanica", który już uderzył w górę lodową, ale jeszcze unosi się na powierzchni morza. Wprawdzie za kilka tygodni siedmiu astronautów znowu poleci promem kosmicznym na orbitę, ale to jeden z ostatnich dziesięciu zaplanowanych lotów. Wszystkie trzy amerykańskie promy mają skończyć służbę w 2010 r., a potem zostaną już tylko muzealnymi eksponatami. Okazały się zbyt awaryjne, żeby nie powiedzieć - śmiercionośne. W ciągu dotychczasowych 123 misji stracono dwa promy, zginęło14 astronautów.

Tymczasem Amerykanie nie mają czym ich zastąpić. Nowa rakieta Ares i wynoszony przez nią statek Orion dopiero są budowane. Pierwsi astronauci mieli nimi polecieć w 2014 r., ale teraz mówi się, że będzie to rok później, bo natrafiono na problemy - Ares wpada w zbyt wielkie wibracje podczas startu, a kapsuła Oriona jest zbyt ciężka.

Nie ma się co dziwić trudnościom, bo to pierwszy statek kosmiczny przygotowywany w USA od chwili, kiedy na początku lat 70. powstawały promy.

NASA ma więc przed sobą niewesołą perspektywę co najmniej pięciu lat, między latami 2010 i 2015, kiedy to astronauci nie będą mieli czym latać w kosmos. Stworzy to dla Stanów Zjednoczonych sytuację niełatwą z politycznego, militarnego i ambicjonalnego punktu widzenia.

Tranzytem przez Bajkonur

Po pierwsze, Amerykanie nie będą mieli własnego środka transportu na Międzynarodową Stację Kosmiczną, która kosztowała blisko 100 mld dol. (z czego USA opłaciły większą część rachunków). W internecie amerykańscy miłośnicy kosmosu pokpiwają sobie gorzko, że NASA powinna zamknąć amerykańskie moduły stacji na cztery spusty i wywiesić na nich kartkę: "otwarcie w 2015 r.".

Do niedawna NASA planowała, że będzie... kupować miejsca dla swoich astronautów w rosyjskich statkach Sojuz. Amerykanie dostawaliby się na stację orbitalną tranzytem przez Bajkonur. Rosjanie liczą sobie za to słono, ale wobec monstrualnych kosztów lotu wahadłowca i tak jest to cena do przełknięcia.

Jednak konflikt z Gruzji przypomniał NASA, że poleganie na współpracy z Rosją może mieć bardzo kruche podstawy.

Przede wszystkim nie ma dziś w kongresie pełnej zgody na handlowanie z Rosją najnowszymi technologami. Mało kto o tym wie, ale amerykańskie prawo zabrania kupowania kosmicznych usług od Rosji, gdyż ta eksportuje technologie nuklearne do Iranu. Żeby Amerykanie mogli latać Sojuzami, NASA dostała od kongresmanów specjalne zezwolenie.

Nie jest jednak wcale pewne, czy Rosja będzie tego chciała. Wciąż jeszcze nic nie zapowiada, by miała zrywać współpracę w kosmosie i złośliwie odcinać Amerykanów od stacji orbitalnej. Na pewno ceni sobie zastrzyk gotówki, jaki dostaje za wypożyczanie Sojuzów, a USA to bogaty klient.

Ale niejedyny. Europejska Agencja Kosmiczna też polubiła Sojuzy, podpisała porozumienie z Rosją i na kosmodromie w Gujanie Francuskiej buduje wyrzutnię dla rosyjskich rakiet.

Bez większych finansowych strat Putin mógłby więc zagrać Amerykanom na nosie i odmówić wożenia ich astronautów. Zwłaszcza że ostatnio Rosjanie podkreślają to, że w kosmosie mają własne strategiczne interesy, zaczęli np. rozwijać konkurencyjny do amerykańskiego system GPS - Glonass.

Waszyngtońskich strategów musi dzisiaj boleć już sama świadomość tego, że wkrótce znajdą się na na łasce Putina. Niepokoi ich też coraz większa militarna aktywność Chin w kosmosie.

Chińczycy nad Ameryką?

Cały chiński program lotów załogowych odbywa się pod egidą wojskowych. Chińczycy nie mają wprawdzie jeszcze nawet procentu tego doświadczenia co Rosja i USA, ale krok po kroku dystans się zmniejsza.

Od 2010 r., gdy amerykańskie promy zostaną unieruchomione, Chiny osiągną nawet nad USA realną przewagę - taikonauci (takim mianem Chińczycy określają swoich astronautów) będą mogli bezkarnie latać nad amerykańskim kontynentem, szpiegując i testując bóg wie jakie techniki i bronie militarne. Nie jest tajemnicą, że testują broń mającą na celu uszkodzenie satelitów - np. amerykańskich w czasie ewentualnego konfliktu o Tajwan.

Chińczycy oficjalnie mówią o pokojowym wykorzystaniu kosmosu, ale po cichu robią co innego. I czasem sami są zaskoczeni niszczycielskim efektem swych działań. W styczniu zeszłego roku chińska rakieta trafiła wiszącego 500 km nad Ziemią niesprawnego satelitę meteorologicznego. Rozprysł się na miliony kawałków, które teraz zagrażają innym satelitom i statkom kosmicznym, np. podniosły ryzyko lotu kolejnego amerykańskiego promu.

Dla Amerykanów panoszący się na orbicie taikonauci będą powtórką z 1957 r., kiedy to bezsilnie i z obawą zadzierali głowę, nasłuchując, jak radziecki Sputnik nadaje swoje "pi bip".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':