Baumgartner albo portiernia, czyli coming-out w temacie finansowania nauki w Polsce
Felix Baumgartner wyskakuje z kapsuły (Fot. HANDOUT Reuters)
Inwestycje polskie
Energia jest najbardziej płynnym aktywem w przyrodzie. Do czasu mojego powrotu wymieniałem ją po korzystnym kursie na kolejne stopnie naukowego wtajemniczenia (nie mylić ze stopniami naukowymi w rozumieniu ustawy z dnia 14 marca 2003 r. o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki, Dz.U. Nr 65, poz. 595, ze zm.). Satysfakcja przyszła demoralizująco szybko - staże naukowe w wiodących ośrodkach po obu stronach oceanu, zaproszenia na prestiżowe konferencje, uczestnictwo w międzynarodowych grupach eksperckich. Nie mam złudzeń, że częścią mojej przepustki do niektórych spośród tych zaszczytów był polski paszport - niekiedy obsada dokonywana była według klucza narodowej dywersyfikacji. Nie odbierało mi to jednak satysfakcji z bycia - często jedynym - przedstawicielem Europy Środkowo-Wschodniej wśród wiodących nazwisk mojej dyscypliny na świecie.
Punkty zwrotne? Pamiętam kilka. Na przykład ten, kiedy po przeprowadzeniu poważnych badań prawnoporównawczych ogłosiłem w Polsce serię artykułów dotyczących nowej wówczas u nas instytucji prawnej. Publikacje weszły do obiegu, choć - przynajmniej jeśli chodzi o krajowy establishment naukowy - bardziej na zasadzie formalnej konkordancji, aniżeli rzeczowej infiltracji. To nieco gorzkie doświadczenie, w połączeniu z wybaczalną jeszcze chyba u niespełna wówczas trzydziestolatka niecierpliwością, doprowadziło mnie do sformułowania na własny użytek takiej oto tezy: dalsza inwestycja w jakość ma - owszem - głęboki sens, ale w połączeniu z planowaniem kariery zagranicą; w perspektywie zaś kariery w Polsce jawi się jako inwestycja o nikłej stopie zwrotu. Ponieważ zachciało mi się wrócić do Polski, część energii (a z czasem nie tylko energii) zainwestowałem alternatywnie. W co? W budowanie przyczółku akademickiej normalności, namiastki tego, czego było mi dane doświadczyć w Niemczech, Belgii czy USA. Tak powstało Centrum C-Law.org, a jakiś czas później narodził się Instytut Allerhanda. Bez żadnych publicznych pieniędzy, raczej jako garażowy start-up naukowy. Polska to jednak nie Ameryka, więc garażowym etosem nie ma sensu specjalnie epatować. Dziś robię wyłom - te moje słowa, cały ten tekst, to taki mój coming-out.
Z pamiętnika pozytywisty
Migawki z pamiętnika pozytywisty? Zacznijmy może od tej: ponad sześćdziesiąt pudeł bezdomnych książek, które przypłynęły za mną z Nowego Jorku plus kilka jeszcze pudeł książek niemieckich. "Biznesplan"? Uplasować je w jakimś ogólnodostępnym miejscu, do którego będą mogli przychodzić doktoranci, studenci, wszyscy zainteresowani - w miejscu mogącym być jednocześnie pierwszym adresem naukowego instytutu. Genialnie prosty plan na akademickie partnerstwo publiczno-prywatne? W lokalnych uwarunkowaniach niestety niekoniecznie... Realty check: nie zainteresował się nikt: ani władze miasta, ani województwa, ani żadna uczelnia czy to publiczna czy prywatna, ba - przez dłuższy czas paktowałem nawet z gminą wyznaniową żydowską, a i nie zaniechałem zwrócenia się do kurii biskupiej. Ostatecznie pierwszym adresem instytutu zostało... moje mieszkanie. Akurat w tamtym czasie zakupiłem nieruchomość na tzw. potrzeby własne, ale po krótkiej acz intensywnej refleksji, te ostatnie okazały się być nie aż tak znowu palące. Tak więc zamiast mnie, do mieszkania wprowadził się instytut. Na szczęście piętro wyżej było coś do wynajęcia. Zostaliśmy więc z instytutem sąsiadami. Tak było przez niemal 2,5 roku. Miał być coming-out? No to jest.
Co się wydarzyło od tamtej pory? Biorąc miarę czasu, jaki upłynął - chyba całkiem sporo. Mierząc ilością pieniędzy, jakie były do naszej dyspozycji - więcej, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać. Osoby z prawniczego środowiska naukowego pewnie wiedzą, o czym mówię - mnóstwo naukowych seminariów, goście z światowej czołówki, sporo publikacji, zbudowanie międzynarodowego networku, jakiego nie ma bodaj żadna inna prawnicza jednostka w kraju. Nie ma sensu tu o tym pisać - kto nie wie, może sam sprawdzić na www.allerhand.pli www.c-law.org. Wolę opowiedzieć trochę o tym, czego nie można było wyczytać w gazetach, ani dowiedzieć się ze strony internetowej, ani na spotkaniach odbywających się przy okazji naukowych seminariów. Kilka historii słodko-gorzkich. Pierwsza: doroczny, prestiżowy konkurs Europejskiej Fundacji Nauki, organizowany dla wszystkich nauk społecznych. Montujemy międzynarodowe konsorcjum, przygotowujemy wniosek, składamy dokumenty - jednocześnie do Warszawy (weryfikacja formalna) i Strasburga (ewaluacja merytoryczna). Za nami setki godzin pracy, przed nami wyczekiwanie. Informacja zwrotna przychodzi szybko. Z Warszawy, z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego: "nie spełniacie kryterium formalnego". Jakiego? Zdaniem resortu nie jesteśmy "jednostką naukową w rozumieniu ustawy". Moment, coś tu chyba nie gra, skoro jesteśmy liderem międzynarodowego konsorcjum obejmującego duże państwowe uniwersytety z Czech, Węgier i Rumunii?! Na szczęście jesteśmy też prawnikami - przez noc przygotowujemy opinię prawną, dowodzącą, że owszem i oczywiście jesteśmy (!) "jednostką naukową" w rozumieniu stosownej ustawy. Pomogło, zostajemy dopuszczeni do bardzo skrupulatnego etapu merytorycznego (Strasburg). Przechodzimy poczwórny, międzynarodowy peer-review, wymianę poglądów, obronę przedstawionych założeń etc. Ostateczne wyniki: znajdujemy się wśród 49 najlepszych projektów z najsilniejszych uniwersytetów z całej Europy, nasz final score to "very good" (pełna dokumentacja do wglądu), finansowanie dostaje jednak tylko 7 projektów ocenionych jako "excellent". Jakiś czas potem dowiaduję się, że nasz wniosek był jedynym pochodzącym z Polski (!) - nasz wniosek, napisany w instytucie-garażu, instytucie, któremu polskie Ministerstwo zgodnie z naszą urzędniczą logiką próbowało rzucać kłody pod nogi.
W tradycji polskiej szarży ułańskiej
Inna historia: przetarg Parlamentu Europejskiego na ekspertyzy z dziedziny prawa spółek i corporate governance. Tworzymy międzynarodowe konsorcjum, które tym razem obejmuje m.in. Czeską Akademię Nauk. Na czele nasz garażowy instytut z Krakowa. Do Brukseli wysyłamy 18 kg dokumentów. Konkurujemy z aliansami zachodnioeuropejskich uniwersytetów i firm doradczych z tzw. "wielkiej czwórki". Rozstrzygnięcie: zostajemy wybrani do grona ekspertów Parlamentu Europejskiego na okres następnych czterech lat! Obok nas na tej liście są jeszcze 4 inne międzynarodowe konsorcja wybrane spośród 17 aplikujących. Sukces. Moralny, bo jeszcze nie finansowy. Niedługo potem wśród tej piątki rozgrywany jest konkurs na opracowanie założeń reformy corporate governance w Europie. Pamiętam jak dziś - wiadomość o wynikach zastała mnie w Jerozolimie. Wygrana! Radość i inspirująca wizja: Polacy będą projektować agendę reformy corporate governance w Europie, jednego z nerwów współczesnej gospodarki, ważnego elementu wszelkich analiz lokalnych i globalnych kryzysów finansowych. Prestiż i możliwość realnego wpływu na sprawy europejskie. Ogromny sukces. Sukces, który niebawem okazał się być skazanym na uduszenie się w garażu
Dlaczego? Dla opisania naszych egzystencjalnych trosk posługiwałem się często ukutą przez siebie metaforą człowieka z plecakiem uciekającego przed tygrysem. W plecaku jest pistolet, którym człowiek może zastrzelić tygrysa, ale - aby go wydobyć - musi się zatrzymać. A wtedy tygrys go pożre. "Tygrys" to bieżące rachunki, pensje dla pracowników, podstawowe materiały biurowe, troska o dach nad głową. "Pistolet" to wygrane zlecenie z PE. "Czas na wyjęcie pistoletu" to komfort, którego niestety w naszej rzeczywistości permanentnie brak. Wytłumaczę prościej: jeśli trzeba równolegle pracować zarobkowo, aby finansować garażowy instytut, jeśli z powodów tzw. życiowych, po przeszło dwóch latach, zdarza się musieć eksmitować ten instytut z mieszkania na czas jakieś donikąd, jeśli - z bytowej konieczności - wszystkie te działania odbywają się w sposób wpisujący się w tradycję polskiej jazdy ułańskiej, nie można uniknąć dyskomfortu spotkania z czołgiem pozagarażowej rzeczywistości.
Z notatnika obserwatora lokalnych obyczajów akademickich
Współczesna rzeczywistość polskiego badacza to z jednej strony silna międzynarodowa konkurencja, z drugiej zaś - nazwijmy to - osobliwa krajowa obyczajowość naukowa. Umiejętność niedostrzeganie tej pierwszej jest stosunkowo rozpowszechnioną w Polsce sztuką. Ta druga zaś tworzy specyficzny lokalny pejzaż akademicki. Tu mała ilustracja do tego ostatniego: pewnego razu, wspólnie z pewną uczelnią uchodzącą w Polsce za renomowaną, zorganizowaliśmy dużą, międzynarodową konferencję naukową: bite dwa dni obrad, przez większość czasu w sesjach równoległych - największe bodaj w historii Polski wydarzenie poświęcone tytułowej dla konferencji dziedzinie. Sukces! - a ten, jak wiadomo, ma wielu ojców. W ramach ustalania ojcostwa wyrzucono z tej uczelni mojego serdecznego kolegę, który w swojej osobie łączył zaangażowanie w instytucie z pracą na uczelni, i który był spiritus movens rzeczonej konferencji. Refleksja osobista: gdybym ja był rektorem uczelni o której mowa, bardzo intensywnie bym się zastanawiał, jak najlepiej wykorzystać niezwykłą energię i talenty tego człowieka i na jakie stanowisko go awansować, aby rozwinął skrzydła - z pożytkiem dla uczelni. Tak zrobiłby każdy dbający o rozwój włodarz zachodniego uniwersytetu. Niestety, nie jestem rektorem tej ani żadnej innej uczelni - jestem tylko skromnym adwokatem. Mogłem więc jedynie podjąć kroki prawne wobec rażąco bezprawnego zwolnienia. Zresztą kroki skuteczne. Ale to marne pocieszenie, bo happy end jednej historii nie uzdrawia uwarunkowań, w których się ona zrodziła i rozegrała. Takich historii, niestety, jest wiele. Proszę, oto kolejna: przypadek znanego mi osobiście akademickiego aktywisty, który swoją niebywałą energią mógłby obdzielić cały wydział innej renomowanej uczelni, a który również okazał się dla tej uczelni zbyt nieszablonowy. Dziś ów kolega realizuje się poza pradawnymi murami tejże zacnej uczelni, z większą stratą dla tej ostatniej, niż niego samego. Zawsze podobało mi się motto FNP - "wspierać najlepszych, aby mogli stać się jeszcze lepsi". Pozostaje ono w wymownym kontraście do niepisanego hasła polskiej nauki - "frustrować sfrustrowanych, aby mogli stać się jeszcze bardziej sfrustrowani".
Duch, gmach i piach
Dlaczego w niezależnym instytucie, wolnym od uczelnianej biurokracji też jest trudno? Uprawianie nauki to przede wszystkim produkcja dobra publicznego, a dobro publiczne - z definicji - nie ma rynku, na którym można by je sprzedawać. Drugi problem to dywersyfikacja: taki Oxford może, siłą swoich wydziałów i departamentów, produkować jednocześnie kilkanaście dużych wniosków grantowych. Nawet jeśli 3/4 przepadnie, pozostanie jeszcze 1/4. Nieduży instytut może na serio pracować jednocześnie nad jednym, może dwoma wnioskami. Jeśli się nie udaje, powstaje problem z płynnością. Oczywiście można robić odpłatne konferencje. Od jakiegoś czasu zresztą je robimy, ponoć całkiem dobre. Ale nie o to przecież, przede wszystkim, chodziło.
Pytam więc, gdzie dziś mieszka duch, który kiedyś doprowadził do założenia pomnikowych instytucji nauki polskiej, jak chociażby Akademii Umiejętności? Gdzie bije puls, który ożywiał gmachy tych szacownych instytucji? Pomocna w udzieleniu odpowiedzi byłaby ankieta przeprowadzona na reprezentatywnej grupie polskich naukowców i studentów, którzy mieli sposobność odbycia zagranicznych kwerend, stypendiów i staży. Przykład najlepszych ośrodków amerykańskich czy zachodnioeuropejskich pokazuje, że ich siła wynika z multicentryczności oraz zdolności przyciągania najbardziej kreatywnych indywidualności. W Polsce wielu spośród tych najbardziej aktywnych i twórczych naukowców albo decyduje się na czasową bądź trwałą emigrację, albo też zaczyna prace organiczną poza zastanymi strukturami i instytucjami. Dlaczego tak się dzieje i do czego to prowadzi? Czy reformatorzy polskiej nauki mają pomysły, jak tradycję i infrastrukturę odziedziczoną po minionych wiekach połączyć z talentem i energią współczesnych? Czy tylko ja mam wrażenie, że te same idee, które stanowiły zaranie wspomnianych szacownych instytucji, dziś reinkarnują się poza ich murami? Świeżość, nieskrępowanie i krytycyzm są wpisane w samo jądro nauki. Jak zmierzyć się z dwoma niepokojącymi deficytami: niskim poziomem świeżości, nieskrępowania i krytycyzmu w murach szacownych instytucji naukowych i jednocześnie niedostateczną infrastrukturą w rękach tych, którzy poza tymi murami próbują podejmować inicjatywy naukowe? Co zrobić, by nie było wciąż pod górkę, jak po grudzie, w oczy piach?
Happening, fundraising, tradeoffing
Mówi się, że potrzeba matką wynalazków. W jakie innowacyjne idee obrodziła permanentna mizeria finansowa towarzysząca naszym akademickim ambicjom i zamierzeniom? Na giełdzie pomysłów zaradczych znalazło się wykupienie w gazecie dużego ogłoszenia z apelem o "zrzuty dla walczącego Krakowa", zorganizowanie happeningu pod hasłem "młodzi naukowcy sprzedają swoje organy", czy akcja palenia bezdomnych książek na Rynku w Krakowie. Żaden z tych pomysłów nie wszedł do realizacji. Dlaczego? Bardziej z poczucia odpowiedzialności niż z braku determinacji - środowisko naukowe jest bowiem dość konserwatywne, a prawnicy chyba najbardziej. Nie wiem, czy byłby jakikolwiek pozytywny efekt takich działań, a nie chodziło przecież o robienie sztuki dla sztuki.
Fundraising prywatny? Mam różne doświadczenia, również bardzo dobre. Wśród najhojniejszych darczyńców znaleźli się prof. Grzegorz Domański i mec. Rafał Kos, ale pomagali także i mec. Grzegorz Namiotkiewicz i mec. Adam Klimczyk i dr Leszek Allerhand (wnuk Maurycego). Instytutową bibliotekę hojnie wspierało i wspiera Wydawnictwo CH Beck, a kolekcję swoich obrazów przekazała Łucja Radwan. Jestem im za to wdzięczny. Ale nawet najlepsze idee nie sprzedają się same, a kultura filantropii w Polsce jest jeszcze ciągle odległa od dojrzałej. Idea ideą, ale bądźmy pragmatyczni - jestem prawnikiem, wiem, ile kosztuje godzina mojej pracy, wiem też, jak czasochłonne są zabiegi o donacje prywatne - "żebractwo" akademickie, jak to niekiedy nazywaliśmy. Czas i energia mają wartość, rachunek jest więc brutalnie-absurdalnie prosty: bardziej od uprawiania fundraisingu opłaca mi się pracować w biznesie i zarobione pieniądze przekazywać instytutowi, w którym dzięki temu - ja i kilku moich współpracowników - możemy pracować pro bono. Niemożliwe? Skądże znowu - wystarczy tylko mało spać, pracować w weekendy i nie mieć wakacji. Za dużo? Ależ - przecież jeszcze dwa pokolenia wstecz trzeba było przelewać krew, dziś wystarczy przelew bankowy. Największy koszt? Nawet nie pieniądze. Energia. Czyli nienapisane książki, nieopublikowane artykuły, niewygłoszone referaty. No i te wakacje jedne czy drugie.
Sukces - moja licencja na narzekanie
Czy narzekam? Tylko trochę. Ale niech nikogo nie zmyli ten wydźwięk - to nie jest przecież tekst autopromocyjny, nie miejsce w nim na eksponowanie tego, co się udało pięknie - powody do satysfakcji są wcale liczne, a dorobek niepomijalny. Jeśli pozwalam sobie na narzekania, to z trzech powodów. Po pierwsze, owe nienapisane rozprawy i niebyłe wakacje. Po drugie, świadomość, że wszystko byłoby znacznie łatwiejsze w innym miejscu - choćby w każdym z tych krajów, które znam z czasów moich akademickich peregrynacji. Po trzecie, pozwalam sobie narzekać nie jako ktoś, komu się nie udało - looserzy nie są wiarygodni. Mi się udało, jestem nieźle prosperującym adwokatem, stać mnie było na to, aby dopłacać do Instytutu po kilka a niekiedy i po kilkanaście tysięcy miesięcznie. Tyle że to nie ja powinienem dopłacać do instytutu, ale instytut wynagradzać mnie i innych, którzy na takie wynagrodzenie zasługują. Czas skończyć z polityką pospolitego ruszenia i innych tego typu heroizmów, które dobrze wychodzą głównie w narodowych hagiografiach. Nie sprawdziły się w polityce zagranicznej, nie sprawdzą się też w naukowej.
Przyjmijmy zakład
Nadmierny patos? Już rozluźniam. Przyjmijmy zakład: dajcie mojemu instytutowi pieniądze na trzy lata. Wcale nie jakieś wielkie, powiedzmy - równowartość dwóch zachodnich post-doców. Zmodernizujemy naszą wędkę - za te dwa "postdoki" zatrudnimy "siedmiu wspaniałych" młodych resercherów. Spotkamy się po trzech latach i przeprowadzimy ewaluację międzynarodowych osiągnięć naszego academic venture. Jeśli zawiodę, na kolejne trzy lata zatrudnię się na portierni Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej albo innego darczyńcy. Niniejsza deklaracja może być rozumiana jako przyrzeczenie publiczne w rozumieniu art. 919 § 1 k.c. Podaję nr konta: 20 2490 0005 0000 4500 3138 4174 (proszę o przelewy z dopiskiem "Baumgartner albo portiernia").
Tekst Prof. Żylicza, który zainspirował mnie do napisania tego eseju, kończy się słowami "uważnie wybierajmy tych, których chcemy wspierać, i miejmy odwagę im zaufać". Na koniec więc o zaufaniu i wiarygodności - Amerykanie mawiają: "put your money where your mouth is". Ja swoje położyłem.
*Arkadiusz Radwan, dr nauk prawnych, adwokat, założyciel Instytutu Allerhanda (www.allerhand.pl) i Centrum C-Law.org (www.c-law.org)
Komentarze (19)
-
Rozpacz ! Ale tzw.środowisko naukowe w Polsce nie toleruje ludzi wybitnych i mogących zagrozić uniwersyteckim układom personalnym .Mój syn przez kilka lat próbujący znaleźć sobie miejsce na polskiej uczelni (po kilkakrotnych epizodach pracy w Tokio, Brukseli,Katarze - w Polsce był bez szans ) - tym razem na dobre wybrał kraj w Azji Środkowej. A nauki ekonomiczne w naszym kraju pozostają domeną miernot z nadania politycznego lub skażonych nepotyzmem.
Jestem z pokolenia, które mocno związane jest z ojczyzną. Mój syn już nie.Co się podziało w okresie życia moich roczników z lat 40-tych ! -
Czytałam z ogromna przyjemnością, choć wnioski są zdecydowanie mniej przyjemne. Podnosi mnie na duchu fakt, iż są ludzie, którzy swoją wiedzę chcą wykorzystywać w szczytnym celu, chcą zmieniać nasze realia na lepsze. DAJCIE TYM LUDZIOM PIENIĄDZE _ DAJCIE IM SZANSE SIĘ WYKAZAĆ!!! Wszak ogromne kwoty są marnotrawione, wydajcie choć część z tych pieniędzy na coś pożytecznego!!!!
-
Bardzo ciekawy artykuł i autor ma bardzo dużo racji.
Ale nie rozumiem tej końcówki.
Czy autor nie może po prostu normalnie aplikować o grant FNP, zamiast szukać dróg pośrednich poprzez proponowanie zakładów w gazecie? Albo nawet chociażby umówić się z kierownictwem FNP na rozmowę i zaoferować im to samo, ale wprost, a nie poprzez gazetę? -
-
@ anuszka_ha3.agh.edu.pl
Z tekstu prof. Żylicza (podlinkowany w artykule) wynika, że obecny budzet FNP, w porόwnaniu z potrzebami, to jak kropla na gorącą skałę.
Być może dlatego Autor albo nie aplikował o taki grant (ciekawe, czy spełniłby kryteria formalne? ;-)), albo po prostu przegrał z konkurencją. To ostatnie wydaje (mi) się prawdopodobne, ponieważ jeśli posluchać prof. Żylicza, to na finansowanie mogą liczyć jednie nauki ścisłe, przyrodnicze i ew. im jakoś pokrewne.
Prawo zaś, o ile przyjąć, ze w ogόle jest nauką (prędzej rzemiosłem), to kryterium „nauki, która przekracza granice poznania” spełnia z trudnością (lub inaczej: trzeba by dobrego prawnika, aby to udowodnić ;-). Ergo: nie ma pieniędzy u FNP dla prawniczego think tank’u.
Jest za to nadzieja, że znajdzie się u innych darczyńcόw.
Na to, jak się wydaje, liczy Autor, na to liczę i ja. -
-
-
-
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
- Wszystko
- PŁATNE
- 1.
Sąd każe przywrócić pensję w radiowej "Trójce" publicyście "Radia Maryja". Trzy razy wyższą niż pensje innych komentatorów
- 2.
"Wygooglałem księdza. Molestował mnie". Kuria głucha na skargi 45-latka
- 3.
Spektakularny zjazd Tuska. Premier, który tak zręcznie uwodził Polaków, zaczął irytować? [ANALIZA]
- 4.
Adam Michnik: Czy zagraża nam faszyzm?
- 5.
Studenci od zera budują robota na prestiżowy konkurs NASA, bo kurierzy zgubili ich paczkę
- 1.
Polecamy
Dodatki i kolekcje Gazety Wyborczej
Zamów na adres e-mail newslettera z najnowszymi wiadomościami naukowymi!
Przykładowy newsletter














