Polska stacja naukowa na Antarktydzie umiera

Tomasz Ulanowski
25.06.2012 12:06
A A A Drukuj
I jeśli nasz kraj nie wpompuje w nią dobrych kilku milionów złotych, możemy się z Antarktydą pożegnać
Tomasz Ulanowski: Po co nam w ogóle stacja badawcza na końcu świata?

Prof. Piotr Zielenkiewicz*: A po co nam w ogóle nauka? Na południowym kontynencie prowadzimy badania geologiczne, ekologiczne i biologiczne. Czasem można je przełożyć na pieniądze. Antarktyczne mikroorganizmy są świetnie przystosowane do chłodów. Gdybyśmy znaleźli w nich enzymy przyspieszające reakcje w niskich temperaturach, moglibyśmy wykorzystać je np. w środkach czyszczących. I zamiast prać w 40 stopniach, pralibyśmy w zimnej wodzie.

Nauka na Antarktydzie naprawdę ma potencjał komercyjny, choć oczywiście najważniejsze badania, które tam prowadzimy, służą po prostu poszerzeniu wiedzy.

Ale nad czym nasi uczeni, którzy jeżdżą do stacji im. Arctowskiego, rzeczywiście pracują? Może pan wymienić jakieś publikacje?



- Trudno będzie wybrać. Na podstawie badań prowadzonych w Arctowskim powstało blisko tysiąc prac naukowych. Np. trzy książki i liczne artykuły opisujące wiele całkowicie nowych gatunków: porostów, mchów, wątrobowców i glonów lądowych, ogromna liczba prac dotyczących biologii organizmów morskich i mikrobiologii oraz zasobności i możliwości eksploatacji żywych zasobów Oceanu Południowego.

Do polskiej stacji przyjeżdża latem kilkudziesięciu naukowców, którzy zdobyli granty na swoje własne badania - geolodzy, klimatolodzy, ekolodzy, mik robiolodzy. My za niewielką opłatą dajemy im wikt i opierunek, sprzęt, paliwo. Natomiast podczas antarktycznej zimy - od marca do listopada - w stacji zostaje 12 osób, które pilnują, żeby nie zamarzła.


Fot. Jarosław Roszczyk / IBB PAN

Jak dostarczamy tam zaopatrzenie?

- Dwoma statkami. W październiku, kiedy przyjeżdżają ekipy badawcze, i w marcu, kiedy w stacji zostają tylko zimownicy.

Na transport i całoroczne zaopatrzenie stacji musimy co roku rozpisywać przetarg. Zwykle korzystamy ze statków rosyjskich, bo na usługi polskich nas po prostu nie stać. Rosjanie biorą milion złotych za kurs w tę i z powrotem, a Polacy za mniej niż dwa razy tyle nie popłyną.

Na Antarktydę wozimy wszystko z Polski?

- Tak.

Nie lepiej byłoby skorzystać z usług firm argentyńskich czy chilijskich, które są prawie na miejscu?

- Wcześniej tego nie praktykowano, teraz to rozważamy. Moglibyśmy np. porozumieć się z Argentyńczykami czy Chilijczykami i organizować transport zaopatrzenia wspólnie.

A nie można by rozpisać przetargu na kilkuletnią obsługę naszej stacji, tak jak to robi amerykańska Narodowa Fundacja Nauki?

- Zgodnie z polskim prawem, żeby rozpisać przetarg, trzeba mieć środki na jego realizację. A nasze budżety są jednoroczne. Ba, budżet na ten rok poznaliśmy dopiero pod koniec maja!

To ile nas to wszystko w sumie kosztuje?

- W tym roku wystąpiliśmy do Ministerstwa Nauki o 6,5 mln złotych, a dostaliśmy niecałe 2,9 mln zł. Za te pieniądze musimy utrzymać stację, wysłać załogi na zimę i lato oraz przeprowadzić niezbędne remonty. Zakład Biologii Antarktyki - który do niedawna był samodzielną jednostką PAN, a teraz wchodzi w skład kierowanego przeze mnie Instytutu Biochemii i Biofizyki - dostawał na ten cel ledwie 2,5 mln zł rocznie. To strasznie mało.

Przez ciągłe niedoinwestowanie stacja znalazła się w stanie rozkładu. Zagrożone jest bezpieczeństwo ekologiczne jej okolic. Jeśli natychmiast nie naprawimy zbiornika paliwa, to po prostu się rozsypie. Łatwo sobie wyobrazić katastrofę spowodowaną wylaniem się ropy do Zatoki Admiralicji. Nie tylko ekologiczną, ale i polityczną, bo Polskę obowiązuje przecież traktat antarktyczny, który podpisała w 1961 r. Obejmuje on lądy i obszar zajęty przez lód na południe od 60 st. szerokości geograficznej południowej.

Chcemy też przesunąć i unowocześnić szambo, do którego spływają ścieki ze stacji. Są teraz rozwiązania wygodniejsze i do tego bezpieczne ekologicznie.

Wymiany wymaga też instalacja elektryczna. Przypomnę, że w tym roku z dymem poszła stacja brazylijska. Prawdopodobnie przez zwarcie. Myśmy nie wymieniali instalacji od budowy stacji w 1977 r.

Czy przechodziła ona w ogóle jakieś poważniejsze remonty?

- Nigdy. Czas się w niej zatrzymał. Wystarczy spojrzeć na listę wyposażenia. Gwarantuję, że nazwy wielu fabryk, które wyprodukowały nasz antarktyczny sprzęt, nic panu nie powiedzą.

My zresztą nie prosimy o Bóg wie jakie pieniądze. Szacujemy, że na bieżące funkcjonowanie stacji, jeśli ceny paliwa nie wzrosną, potrzeba 4,5 mln zł rocznie. Plus fundusz remontowy.

Mimo że polska obecność na Antarktydzie jest sprawą także polityczną, to jest ona finansowana wyłącznie z mizernego budżetu nauki. Warto więc podkreślić, że jeśli nasi badacze znikną z Antarktydy, to Polska straci prawo głosu w sprawach dotyczących tego kontynentu.


Fot. Jarosław Roszczyk / IBB PAN


A po co nam to prawo?

- Trudno przewidzieć, jak potoczą się losy Antarktyki, wiele państw rości sobie do niej prawa. Na razie do 2048 r. obowiązuje protokół o ochronie środowiska podpisany w Madrycie w 1991 r. i następnie ratyfikowany przez wszystkie 28 państw konsultatywnych traktatu antarktycznego, w tym przez Polskę. Zgodnie z nim na Antarktydzie nie można eksploatować surowców mineralnych. To znaczy trochę wolno - ale wyłącznie w celach naukowych.

Co będzie potem - nie wiadomo. Może się jednak okazać, że obecność na Antarktydzie będzie dla Polski korzystna. Tym bardziej że tamtejsze lodowce już topnieją. A koszt naszej obecności na południowym kontynencie jest naprawdę niewielki.

To może pójść o krok dalej i zamiast remontować ruinę z lat 70., można zbudować coś zupełnie nowego, a nawet nowatorskiego. Trzy lata temu Belgowie postawili we wschodniej Antarktydzie ekologiczną i wyglądającą jak UFO stację im. księżnej Elżbiety. Kosztowała ich 22 mln euro, ale przez chwilę o Belgii mówił cały świat.

- Może, ale wydaje się, że stacja im. Arctowskiego została wybudowana z wystarczającą wyobraźnią, żeby posłużyć Polsce jeszcze długo. Zawsze zresztą można ją rozbudować.



*Prof. Piotr Zielenkiewicz jest dyrektorem Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN w Warszawie, któremu podlega całoroczna Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego położona na Wyspie Króla Jerzego w zachodniej części Antarktyki



Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego


Fot. Jarosław Roszczyk / IBB PAN

- Jedyna całoroczna polska stacja naukowa na Antarktydzie. Polska Akademia Nauk wybudowała ją w 1977 r. na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandów Południowych, którą na początku XIX w. odkryli Anglicy. W Zatoce Admiralicji, przy której stoi Arctowski, łowiono kiedyś foki, a po ich wybiciu wieloryby. W okolicy ciągle leżą kości tych ogromnych ssaków, m.in. czaszki.

- Naukowcy przypływają do stacji na początku antarktycznego lata, kiedy u nas zaczyna się zima. Budynki Arctowskiego zajmujące łącznie ponad 2 tys. m kw. mogą wtedy pomieścić nawet 40 osób (w tym kilkunastu pracowników obsługi technicznej, która pilnuje stacji także zimą). Do dyspozycji mają ciągniki, spycharko-koparkę, dźwig, skutery śnieżne, wojskowe pływające transportery samobieżne, pontony i kutry. W stacji nie ma za to śmigłowca. Energii dostarczają jej agregaty prądotwórcze na olej napędowy.

- Średnia roczna temperatura powietrza w okolicy to minus 1,8 st. C. Najniższa, jaką zanotowano, to minus 32,3 st. C, a najwyższa - plus 16,7 st. C. Temperatury odczuwalne są znacznie niższe, ponieważ na Wyspie Króla Jerzego prawie bez przerwy silnie wieje.

- Uczeni pracujący w stacji monitorują m.in. zmiany zachodzące w środowisku naturalnym, w tym ocieplenie klimatu, liczą żyjące tam zwierzęta.

- Od połowy zeszłego wieku Antarktydę odwiedzają też turyści. W trwającym 12 tygodni sezonie letnim przypływa ich kilkadziesiąt tysięcy. Większość z nich wizytuje Półwysep Antarktyczny, niedaleko którego położona jest nasza stacja. Turyści często zresztą do "Arctowskiego" zawijają. W ostatnich latach odwiedzało go nawet do 6 tys. osób w ciągu sezonu.

Zobacz także
Komentarze (10)
Zaloguj się
  • q.piatkow

    Oceniono 54 razy 52

    Kasa zainwestowana w naukę zazwyczaj się zwraca. Ale nie od ręki. Trudno przewidzieć który konkretny projekt okaże się owocny. Dodatkowo, naukowcy nie zwykli robić burd o kasę (w przeciwieństwie do górników i rolników, a nawet lekarzy). Nie dziwota, że politycy naukę olewają. Chyba, że ogół społeczeństwa zdaje sobie sprawę z istotności badań. Ale z tym u nas też nie najlepiej...

  • sceptyk35

    Oceniono 50 razy 34

    Polityka polityków: Lepiej wydać miliard na katechetów, niż milion na naukę.

  • kapitan_kloss

    Oceniono 31 razy 23

    Antarktyda posiada niezmierzone bogactwa naturalne. Jeśli odejdziemy z tego miejsca to dobrowolnie zrezygnujemy z ewentualnej partycypacji w wydobyciu i pozostaniemy po wsze czasy na łasce i niełasce Rosji

  • 666dup

    Oceniono 21 razy 9

    zamiast kasy na badanie pingwinów na antarktydzie, ryży donek i spółka kasę da naszym rodzimym pingwinom, zwłaszcza na rozbudowę ich siedlisk

  • kielek79

    Oceniono 1 raz 1

    A może zacząc organizować wycieczki komercyjne i z tych pieniędzy finansować Polską Stację. Znajdą się tacy, którzy dobrze zapłacą za taki wyjazd.
    Na nasz złodziejski rząd bym nie liczył bo skoro nie ma tam lasów ani nic co można by ukraść
    to bardzo wątpliwe, żeby się znalazła kasa na Polską Naukę - żal...

  • osykosy

    Oceniono 4 razy 0

    Jak na tym obszarze sa silne wiatry, to dlaczego nie uruchomiono tam elektrowni wiatrowych?? To takie male pytanko...

  • cmazui

    Oceniono 6 razy -4

    moze lepiej dla srodowiska, ziemi i planety zostawic ten kontynent w spokoju. Zastanawiam sie dlaczego w Polsce nic sie nie oplaci a z drugiej strony pojawiaja sie fortuny czesto w ciagu kilku lat.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX