Co trzeci mieszkaniec globu może już korzystać z internetu - 2 mld ludzi, w tym aż 90 na 100 Szwedów, 79 Amerykanów, 34 Chińczyków i tylko 7 na 100 mieszkańców Rwandy. Liderem jest
Islandia, gdzie 95 proc. mieszkańców wchodzi do internetu z domowego komputera. I tylko tu połączenie z internetem daje natychmiastowy, darmowy dostęp do aktualnej wiedzy naukowej.
W roku 1997, czyli tuż po pojawieniu się internetowych baz danych, rząd Islandii zabrał się do budowania społeczeństwa informacyjnego. Powołał konsorcjum bibliotek akademickich, naukowych i publicznych. Konsorcjum wyłożyło trzy czwarte funduszy, rząd dołożył resztę i zakupiono licencje dające dostęp do baz danych dla całej 300-tysięcznej populacji.
Dziś rząd chwali się, że Islandczycy mogą "całą dobę i w każdym zakątku kraju" korzystać z 14 tys. czasopism i 12 baz danych produkowanych przez największe wydawnictwa naukowe, takie jak Elsevier, Blackwell, Kluwer czy Encyclopedia Britannica.
Islandia jest jednak wyjątkiem. W innych krajach, nawet tam gdzie internet jest tani i powszechny, rzetelna, poparta badaniami wiedza jest dobrem ekskluzywnym.
W Missisipi auta najważniejsze W Stanach Zjednoczonych
geografia dostępu do wiedzy pokrywa się z geografią zamożności. Każdy Amerykanin, który ma kartę biblioteczną, może za darmo z dowolnego komputera przejrzeć jakąś pełnotekstową bazę danych. Jaką? To zależy od miejsca zamieszkania.
Od drugiej połowy lat 90. władze stanowe kupują bazy danych, które udostępniają mieszkańcom przez internet, za pośrednictwem bibliotek publicznych. Jeden z najbogatszych stanów, Connecticut, wydaje 3 mln dolarów na licencje kilkudziesięciu baz, w tym na obszerne wersje najpopularniejszych baz naukowych. Zdarza się, że bogate miasteczka z własnych funduszy dokupują swoim bibliotekom dodatkowe licencje.
Listę najuboższych stanów otwiera Missisipi, gdzie aż 28 proc. mieszkańców żyje poniżej poziomu ubóstwa. Milion dolarów, które stan przeznacza na zakup licencji, wystarcza na okrojone wersje baz kupowane w pakiecie, żeby było taniej. W ofercie królują bazy z "naprawą aut" lub "zdrowiem" w tytule.
Dysproporcje między stanami niweluje nieco powszechny dostęp do PubMed Central (PMC), pełnotekstowego archiwum o profilu medyczno-biologicznym oraz do innych repozytoriów gromadzących artykuły naukowe powstałe dzięki funduszom publicznym.
A jak w Polsce? W Polsce dostęp do internetu ma 62 obywateli na 100, co sytuuje nas poniżej europejskiej średniej, ale wciąż na przyzwoitym poziomie. A jednak dostęp do wiedzy jest gorszy niż w Missisipi: do komercyjnych baz danych trudno dotrzeć, publicznie dostępnych repozytoriów jest mniej, niżby to wynikało z wielkości rodzimej produkcji naukowej. Tylko naukowcy i studenci nie mogą się uskarżać.
- Dostęp do wiedzy jest nieporównywalnie większy niż 20 lat temu - tłumaczy Ewa Kobierska-Maciuszko, dyrektorka Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. - Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego kupuje i udostępnia wszystkim uczelniom w Polsce podstawowe, pełnotekstowe bazy danych wydawnictw Springer, Elsevier, EBSCO, Web of Science, Nature i Science. Kolejne bazy są kupowane przez konsorcja zrzeszające uczelnie o podobnym profilu. Ministerstwo dofinansowuje zakupy konsorcyjne w 50 proc., dzięki czemu uczelnia, która wyda na bazy danych ok. 2 mln złotych, może zaoferować naprawdę bogatą ofertę.
Dodatkowo BUW, tak jak niemal wszystkie biblioteki akademickie w Polsce, pracuje jako publiczna biblioteka naukowa, a to oznacza, że każdy, kto do niej wejdzie i skorzysta z komputera bibliotecznego, będzie miał taki sam dostęp do jej zasobów jak członek społeczności akademickiej.
Ktoś mógłby więc powiedzieć: idzie ku lepszemu. Czy rzeczywiście? Dwadzieścia lat temu Polak, który chciał się zapoznać z najnowszym numerem zagranicznego czasopisma naukowego, jechał do biblioteki akademickiej i na miejscu, w czytelni oddawał się lekturze. Dziś wystarczy pojechać do biblioteki akademickiej i na miejscu, na bibliotecznym komputerze zrobić to samo.
Poza tym, formuła "każdy, kto do niej wejdzie" od razu dzieli Polaków na lepiej i gorzej "ulokowanych". Mieszkaniec Krakowa wejdzie do biblioteki naukowej po półgodzinnej podróży tramwajem, a mieszkaniec wsi pod słowacką granicą straci na to cały dzień i sporo pieniędzy.
Kto tu w końcu kogo okrada Jawne nierówności prowokują radykalne reakcje. W lipcu ubiegłego roku
policja aresztowała w Bostonie 24-letniego aktywistę i propagatora otwartego dostępu do wiedzy, który włamał się do uczelnianej sieci i pobrał z bazy JSTOR ponad 4 mln artykułów. Do ich rozpowszechniania nie doszło, a JSTOR z obawy przed złą prasą nie domaga się ukarania Aarona Swartza, ale prokuratura ogłosiła, że "kradzież jest kradzieżą" i ściga go z urzędu, strasząc 35 latami więzienia i milionową grzywną. Motywy, jakie kierowały Swartzem, muszą jednak mieć swoją wagę, bo apel o jego uwolnienie podpisało kilkadziesiąt tysięcy osób, a niejaki "Greg Maxwell" w akcie protestu zhakował z bazy JSTOR i umieścił w PirateBay 18 tys. artykułów.
Obrońcy Swartza uważają, że sięgnął on po dorobek, który w myśl prawa należy do domeny publicznej. Faktycznie, wiele baz komercyjnych zawiera teksty, które nie są chronione prawem autorskim. Na jakiej więc podstawie właściciel bazy żąda opłaty za udostępnienie np. anonimowego pamfletu wydrukowanego w roku 1800?
- Dysponent bazy danych oczywiście nie może zakazać korzystania z takiego utworu, ale może żądać stosownej opłaty za korzystanie z jej zawartości w trybie online - wyjaśnia prof. Ryszard Markiewicz z Instytutu Prawa Własności Intelektualnej UJ. - W tej sytuacji zainteresowany albo pozyska utwór z innego źródła, albo musi się zgodzić na podyktowane warunki. Umowa reguluje zatem dostęp do bazy, a zakres korzystania ze zgromadzonych w niej utworów jest regulowany prawami autorskimi.
W krajach Unii Europejskiej z kolei działa prawo, które chroni samą bazę danych. Nie blokuje ono dostępu do informacji w ogóle - z informacji każdy może korzystać - monopolizuje jedynie dostęp do informacji poprzez tę konkretną bazę danych. Ani umowa, ani wspomniane prawo unijne nie chronią wówczas utworów. Chronią nakład inwestycyjny: czas i pieniądze, które zostały wyłożone na zebranie informacji