http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Grzechy wykładowców akademickich bez krztyny skruchy

Tomasz Wysocki
2012-01-18, ostatnia aktualizacja 2012-01-17 20:58

Propozycje płatnych konsultacji składane przez dra Tadeusza Janaszaka to nie pierwszy tak bulwersujący przykład nadużywania pozycji wykładowcy wobec studentów. Rektorzy wrocławskich uczelni nie przywiązują do nich wagi, mimo że powinni je zdecydowanie piętnować

Indeksy
Fot. Anna Jarecka / Agencja Gazeta
Indeksy
Wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego korzystał z samonapędzającego się mechanizmu. Proponował odpłatne konsultacje studentom, którym nie dał zaliczenia. Dr Janaszak uczy matematyki, ale przy okazji dał młodym ludziom solidne korepetycje z mechanizmów rynkowych. Na przykład - jak się kreuje popyt, w tym przypadku na jego usługi.

To nie pierwszy przykład nadużycia wykładowcy wobec studenta. Kilka lat temu pisałem o innym wykładowcy Uniwersytetu Ekonomicznego. Egzamin łatwiej było zdać, jeśli przyszło się nań z jego książką. Profesor pilnował, aby jednego egzemplarza nie można było wykorzystać kilka razy - każda książka musiała być podpisana na stronie tytułowej. Po nagłośnieniu sprawy przełożona wykładowcy zapowiedziała, że poprosi go o zmianę zasad egzaminowania. Na tym się skończyło.

Żadnej dotkliwej kary nie ponieśli także wykładowcy z Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii, u których warunkiem udziału w ćwiczeniach był zakup ich książki. Każdy ze studentów musiał mieć swój egzemplarz. Wykazali się przy tym bardzo praktycznym zmysłem: zawarte w podręczniku specjalnie perforowane testy wykluczały jego ponowne wykorzystanie. A więc była to książka jednorazowego użytku. Jej wydawcą był dyrektor instytutu, w którym pracowała cała trójka autorów. Wszyscy pracują w najlepsze.

Nie trzeba tworzyć żadnych specjalnych regulaminów, żeby rozumieć iż płatne konsultacje dla własnych studentów to zwyczajna hucpa - tak samo jak zmuszanie ich do kupowania wymyślnych książek konkretnych wykładowców. Nauczyciel jest mistrzem dla swoich uczniów i jako taki musi być bez skazy.

W opisanych przypadkach mamy natomiast do czynienia z wykładowcami, którzy są zaprzeczeniem idei swojej profesji. Ci ludzie działają z wyjątkowo niskich pobudek, z chciwości i bez szacunku dla ludzi od nich zależnych. Najważniejsze było dla nich, żeby zarobić. I nic to, że przecież musieli mieć świadomość, że studenci wiedzą, iż są naciągani. Propozycja dra Tadeusza Janaszaka jest tak samo niemoralna jak profesora od zarządzania z tej samej uczelni i książkowa akcja wykładowców z uniwersyteckiego prawa. To on decydował o tym, kto zdał, i tym samym wskazywał swoich potencjalnych klientów. Udział w płatnych konsultacjach bez wahania można zakwalifikować jako formę łapówki. Uczestnicy konsultacji mogli być przekonani, że sama ich na nich obecność daje gwarancję zdobycia zaliczenia.

Rektor Uniwersytetu Ekonomicznego najpierw podkreślał, że bez oficjalnego doniesienia studentów sprawa dra Janaszaka nie ruszy dalej. Wczoraj zmienił zdanie i nakazał wszcząć postępowanie wyjaśniające, mimo że studenci nie skierowali do niego formalnego wniosku w tej sprawie.

To dobry ruch. Władze uczelni nie powinny czekać z dochodzeniem na oficjalną skargę studentów, bo oni mogą się obawiać odwetu za donos ze strony wykładowcy lub jego kolegów. Stoją w roli pokrzywdzonego, słabszego, dlatego rektor musi jak najszybciej na takie skandale reagować.

Po takich ewidentnych nadużyciach na studentach zawsze zaskakuje mnie, że złoczyńcy nie ponoszą za swoją wyjątkowo szkodliwą działalność w zasadzie żadnych konsekwencji. Nie powinno więc mnie dziwić, że co jakiś czas jakiś nowy cwaniak na uczelni wymyśli sposób na drenowanie kieszeni studentów. Ale dziwi - a najbardziej to, że uczelnie nie eliminują z grona kadry wykładowej ludzi z szemranym podejściem do zawodu. A przecież te środowiska powinny być tymi, które takich przypadków z natury swojej nie tolerują.

Ten wykładowca złamał zasady etyczne - Rozmowa z Robertem Pawłowskim, rzecznikiem praw studenta przy Parlamencie Studentów RP

Tomasz Wysocki: Wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego sporej grupie studentów, którym nie dał zaliczenia, zaproponował płatne konsultacje. Czy to typowa sytuacja? Takie zgłaszane są do pana biura?

Robert Pawłowski: Bardzo nietypowa. Nie wyobrażam sobie, aby z własnej porażki edukacyjnej, bo tak można nazwać sytuację, kiedy duża część studentów nie zdaje egzaminu, ten wykładowca jeszcze czerpał dochody. Mamy sporo skarg na wykładowców, którzy na różne sposoby nakłaniają studentów do kupowania książek, najczęściej na uczelniach niepublicznych. Ale o takim przypadku jak we Wrocławiu, i to na uczelni państwowej, jeszcze nie słyszałem.

Jak powinni zareagować studenci? Część z nich miała wątpliwości, czy przed sesją zgłaszać tę sprawę władzom uczelni.

- To zrozumiałe, mogą obawiać się odwetu. Niech napiszą skargę do Biura Rzecznika Praw Studenta. Na podstawie takiego zawiadomienia będziemy mogli interweniować na uczelni lub w ministerstwie. Wystarczy, aby jedna osoba podpisała taką skargę. Studenci nie mają czego się obawiać - w ciągu prawie ośmiu lat istnienia Biura Rzecznika Praw Studenta nie zdarzyło się, aby dane osób piszących o jakiejś sprawie wyciekły.

Czy wykładowca powinien ponieść jakieś konsekwencje?

- Oczywiście, to przykład złamania zasad etycznych. Na uczelniach obowiązuje drabinka kar dyscyplinarnych, o tym, jaka kara zostanie na niego nałożona, zdecyduje komisja dyscyplinarna.

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław
  • 2
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    52 głosy

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (3)

  • kontakt-gw

    0

    Ten problem niewatpliwie istnieje i musi siegac korzeniami daleko glebiej do polskiej szkoly i procedur zwiazanych z korepetycjami udzielanym uczniom przez ich nauczycieli.

    Dlaczego tak sadze? Otoz dokladnie JUZ w 1999 r. przyszedl do mojego biura MOJ student na samym poczatku semestru i poprosil o dodatkowe PLATNE korepetycje. Zostal odprawiony z informacja, ze nic takiego nie wchodzi w rachube a w semestrze sa wyznaczone godziny konsultacji kiedy to kazdy student moze przyjsc i zadac pytania. Wiecej sie u mnie nie pojawil. Generalnie dalo mi to wtedy wiele do myslenia skad cos takiego moglo chlopakowi przyjsc w ogole do glowy i co sie stalo na polskich uczelniach w czasie mojej wieloletniej nieobecnosci.

    Problem udzielania korepetycji studentom przez kadre akademicka jest dosc "sliski". Kiedys bulwersowalo mnie, ze koledzy moga w pracy udzielac korepetycji moim studentom. Sa uczelnie w Polsce gdzie podobno wladze wyraznie stwierdzily, ze kadra nie powinna udzielac korepetycji studentom (z tych samych jednostek naukowych?).

    Etyka niewatpliwie siegnela bruku!!!! |:-(
    Teraz po latach sadze, ze problem platnych korepetycji to pikus w stosunku do innych problemow zwiazanych z procesami dydaktycznymi na publicznych uczelniach.

    Jeden hint. Gdyby istnialy jasne i mierzalne warunki zaliczenia przedmiotu z malym marginesem na uznaniowosc prowadzacego, proceder "podrecznikowy" jak i wiele innych patologii nie mogly by miec miejsca...

  • lese_majeste

    Oceniono 1 raz 1

    a czemu taki proceder nie jest traktowany jako łapówka pobierana przez funkcjonariusza publicznego, w końcu to taki aferzysta potwierdza bądź nie umiejętności studenta składające się na jego publiczny dowód ukończenia studiów czyli oficjalne stwierdzenie nabytych umiejętności, ale cóż skoro plagiator może być uznawanym profesorem to czego wymagać od doktora

  • myszykiszek

    0

    No oby, oby te kary się wreszcie przydarzyły. O aż takich przegięciach na uczelniach państwowych jeszcze nie słyszałem. Tzn. był oczywiście medialnie głośny pan profesor-macant z UAM-u, jest profesor-seksmaszyna z UŁ (ale targetuje tylko koleżanki z szeroko rozumianej pracy), jest podobny dziekan z UW, ale też podmacuje koleżanki jedynie, ot przypadłość sfrustrowanego maniaka... Ale żeby studentów otwarcie doić, i to w taki sposób, i przez, jak widzę, co najmniej kilka semestrów bezkarnie, to to już mocne jest.

    Trudno mi uwierzyć w tego typu wyjątkowość Wrocławia, może coś usłyszymy z innych miast niedługo. Na kopach powinni wylecieć, i to z miejsca. Najgorzej jak za to studenci bekną, bo nagle się okaże że limitu stopniowego nie ma.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':