"Za darmo. Przyszłość najbardziej radykalnej z cen"
Chris Anderson,
przeł. Magdalena Niemczuk-Kobosko,
Znak, KrakówRedaktor naczelny cyberkulturowego magazynu "Wired" analizuje w niej ekonomię darmowości - obrót dobrami darmowymi oraz dobrami "tak tanimi, że nie opłaca się ich liczyć". To "lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, jak działa biznes w epoce internetu" - obiecuje polski wydawca.
Ambicje Andersona idą jeszcze dalej. W bombastycznym prologu twierdzi, że gdy przebadał literaturę przedmiotu, odkrył, że nie istnieje w ekonomii teoretyczna literatura badająca darmowość. Historię darmowości próbuje przeanalizować, cofając się aż do wynalezienia liczby zero w Babilonie.
Próba to ciekawa, ale jednak tylko próba. Stąd mieszanka niesmaku i aprobaty. Erudycyjne źródła Andersona wyglądają skromnie - powołuje się np. na "historyka Paula Johnsona", traktując niezbyt rzetelne popularne książki brytyjskiego dziennikarza jako poważne źródła historyczne. Co więcej, przyłapano go już na tym, że spore części angielskiej wersji książki zostały po prostu przeklejone z Wikipedii bez podania źródła. "Nie wiem, co jest bardziej krępujące - komentował to pewien internauta - dać się przyłapać na plagiacie z Wikipedii czy dać się przyłapać na używaniu Wikipedii jako źródła".
Cytuje Marksa i Kropotkina, filozofów, którzy próbowali sobie wyobrażać społeczeństwa budowane na zasadzie darmowej dostępności dóbr, ale z Marksa ewidentnie zna tylko słynne hasło z "Krytyki Programu Gotajskiego": "Każdemu według potrzeb". Prawdopodobnie Anderson nie zna nawet szerszego kontekstu, jakim było zaznaczenie przez Marksa, że takie hasło zacznie mieć sens dopiero wtedy, gdy postęp technologiczny sprawi, iż dobra rzadkie w czasach Marksa - jak żywność czy odzież - staną się tak tanie w produkcji, że można je będzie rozdawać praktycznie za darmo.
Pytanie, czy przypadkiem nie żyjemy właśnie w takich czasach, jest samo w sobie bardzo interesujące. Kiedy Anderson w prologu przedstawia siebie jako pioniera, który jako pierwszy próbuje to zjawisko przebadać teoretycznie, zgrzytam zębami, bo od razu przychodzą mi do głowy co najmniej dwaj autorzy - polski rewizjonistyczny marksista Adam Schaff i amerykański futurolog Eric Drexler. Nie twierdzę, że to jedyni, którzy na ten temat teoretyzowali, po prostu tych dwóch akurat znam. No, ale to wystarcza, żebym megalomańskie przekonanie autora o pionierskości jego dzieła odebrał z niesmakiem.
Zaraz potem jednak niesmak przechodzi w podziw, bo trzeba Andersonowi przyznać, że problem atakuje ze świeżą głową, przedstawia interesująco i formułuje konkretne wskazówki dla biznesmenów, którym przydadzą się porady w formie
bryka.
Rady brzmią sensownie i zdroworozsądkowo. Anderson przypomina, że zarabianie na tym, co darmowe, ma długą i zacną historię. Nawet amerykańskie powiedzonko "nie ma darmowego lunchu" wzięło się z powszechności oferowania darmowego lunchu w XIX-wiecznych knajpach, które zarabiały na sprzedaży piwa, z którym ten lunch lepiej smakował.
W wysoko rozwiniętych społeczeństwach państwa coraz częściej płacą rolnikom za rezygnację z uprawy - w USA i Europie przybiera to inne formy, ale idea jest podobna. Dożyliśmy czasów, w których żywność ma wartość przyzerową albo nawet ujemną, jest nadwyżką, z którą nie wiadomo co robić.
Anderson porównuje to do przemiany, jaką w ekonomii przeszła sól. W średniowieczu bardzo droga, dziś ma wartość przyzerową. Tak bardzo, że w knajpie opłaca się ją rozdawać klientom za darmo, żeby sobie doprawili potrawę według własnych potrzeb.
To prowadzi Andersona do modelu, który nazywa "bezpośrednim subsydiowaniem krzyżowym". W tym modelu udostępnienie czegoś za darmo przyciąga klientów, którzy kupią coś innego. Przykładem są darmowe porady i szkolenia w sklepach sieci
Apple Store - wystarczy, żeby chociaż część ludzi, którzy z nich korzystają, dała się skusić na nowy laptop. Albo przynajmniej torbę do starego.
Pozostałe trzy podstawowe modele omawiane przez Andersona to model "transakcji trójstronnej", w którym za darmową konsumpcję płaci ktoś inny (typowy przykład to komercyjna
telewizja utrzymywana przez reklamodawcę), model "freemium", w którym darmowy jest tylko produkt podstawowy, ale trzeba płacić za jakieś dodatki, i model "niemonetarny", w którym producent lub usługodawca w ogóle nie oczekuje wynagrodzenia. Typowym przykładem są Wikipedia albo blogosfera, gdzie ludzie piszą dla samej przyjemności pisania. Tylko znów: szkoda, że Anderson nie zauważa, że to zjawisko jest znacznie starsze od internetu. Weźmy reportaż podróżniczy - jako gatunek zaczął się przecież od kaprysu brytyjskich arystokratów opisujących swoje wędrówki po świecie dla przyjemności.
Najbardziej irytujący w tej książce jest nieskrywany entuzjazm autora dla samej idei darmowości. Skoro Anderson przypisuje sobie rolę pioniera teoretycznych rozważań nad ekonomią "za darmo", mógłby trochę więcej uwagi poświęcić jej negatywnym skutkom. Od jakichś dziesięciu lat pojawia się np. idea wprowadzenia symbolicznej mikropłatności za e-mail - nawet już jeden cent za prawo do wysłania tysiąca maili zabiłby modele biznesowe oparte na spamie, czyli rozsyłaniu niechcianej poczty. Być może więc wszyscy byśmy jako internauci sporo zaoszczędzili, płacąc tych parę centów?
To przykład jednego z fascynujących pytań o cenę darmowości, które w tej książce mogłoby paść, ale nie pada. Zamiast tego Anderson zapowiada eksperyment z udostępnieniem książki za darmo w internecie. Eksperyment zakończył się po miesiącu - rzeczywiście, od lipca do sierpnia 2009 r. oryginalna wersja "Za darmo" była dostępna za darmo na trzech platformach dystrybucji e-booków: Amazon Kindle, Scribd i
Google Books. Polskie tłumaczenie za darmo dostępne jest na debiutującej platformie Woblink.
I skoro o nim mowa - ze smutkiem muszę przyznać, że polska tłumaczka nie skorzystała nawet z darmowej Wikipedii, żeby sprawdzić, czy pewne terminy nie mają już powszechnie przyjętych polskich odpowiedników. Uparcie więc np. "free software" tłumaczy jako "darmowe oprogramowanie" zamiast poprawnie "wolne oprogramowanie" (co jest nieporozumieniem, bo "free software" może być sprzedawane za pieniądze).
Książkę polecam wszystkim, którzy zdążą ją ściągnąć za darmo z Woblinka. Ale kto zapłaci pełne 54,90 zł za wersję papierową, będzie się czuł naciągnięty na co najmniej 44,90 zł, bo przemyślenia Andersona warte są mniej więcej tyle co bryk za dychę.