Wydawało się jeszcze do niedawna, że rysunek zniknął z obszaru zainteresowania muzeów, galerii, artystów. Film - owszem, instalacja - jak najbardziej. Od czasu do czasu mówi się też o powrocie, nawet triumfalnym malarstwa. Rysunek wydawał się czymś drugoplanowym, niemogącym się równać z wielką, wysoką, muzealną sztuką. Jednak być może dzisiaj właśnie dominacja tzw. nowych mediów - filmu,
wideo, komputerowej animacji, fotografii - wywołała nurt przeciwny: ponowne zainteresowanie techniką bliższą ciała, rysunkiem.
Białoruska artystka Marina Napruszkina w odpowiedzi na stłumienie manifestacji w Mińsku w grudniu 2010 r. poszła do domu i narysowała swoją własną gazetkę polityczną, którą potem wydała na papierze (za tydzień w "Wysokich Obcasach" artystka publikuje kolejny rozdział swej rysunkowej opowieści o współczesnej Białorusi). Rysunek to pierwsza, najszybsza reakcja na rzeczywistość, bliska zapiskom na gorąco w podręcznym notesie. Ważna jest intymność takiej reakcji, jej nieskrępowanie. Impuls jest jak najbardziej bezinteresowny - nie robi się tego dla nikogo, na niczyje zamówienie, za niczyje pieniądze.
Niech Raczkowski będzie Raczkowskim Na wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie (w tymczasowej siedzibie) możemy spotkać się z innymi współczesnymi, tak polskimi, jak i zagranicznymi artystami, którzy mają potrzebę takiej spontanicznej, wręcz organicznej reakcji. Rysunek, a więc kreska, kropka, maźnięcie na papierze, to gest, mowa ciała. To kompletnie co innego niż grzebanie klawiszami w Photoshopie.
Może dlatego ta dziedzina, mimo przepowiadanego zmierzchu drukowanej prasy, jednak przetrwa. Druk jest wtórny wobec gestu. Liczy się potrzeba. Nawet kiedy upadnie prasa wielkonakładowa, polski karykaturzysta i satyryk Marek Raczkowski i jego rumuński odpowiednik Dan Perjovschi dadzą sobie radę. Można to też robić na szybach i na ścianach jak Perjovschi. Można publikować własne książki jak Raczkowski.
Przypadek Perjovschiego jest bardzo ciekawy. Jest on zarówno rysownikiem gazetowym, jak i występującym w galeriach artystą. Do dzisiaj rysuje dla założonego przez liberalną inteligencję po przewrocie politycznym 1989 r. tygodnika "22". Jak mi powiedział przed otwarciem wystawy w Warszawie, gdzie spędził kilka dni, rysując na ścianie, poza kartkę papieru i gazetę wyszedł po raz pierwszy w 1999 roku, kiedy zaproszono go na Biennale w Wenecji. Wtedy w pawilonie rumuńskim powstały jego rysunki na podłodze; można było po nich chodzić. Potem ktoś podrzucił pomysł ściany. Warszawska wystawa to już któraś z kolei.
Perjovschi podzielił ją na dwie części. Z lewej strony umieścił tematy uniwersalne, globalnej polityki, rysunki z komentarzem albo i bez, polityczne ideogramy które komentują najnowsze wydarzenia: rewolucje arabskie, terroryzm, stereotypy kulturowe. Prawa cześć poświęcona jest Polsce, to rezultat pobytu w Warszawie, rozmów z ludźmi, obserwacji tego, co się dzieje w prasie i na ulicy. Z tematów bliskich i niedawno dyskutowanych można wymienić Pałac Kultury i Muzeum Sztuki Nowoczesnej według projektu Kereza, które pojedynkują się na pistolety i hasło "Free Aiweiwei", skrzyżowane z napisem "Free Market".
- O co chodzi? - pytam artystę.
- Kiedy Aiweiwei siedział w areszcie, w najważniejszych muzeach na Zachodzie odbyły się jego wystawy, a ceny jego prac poszły do góry - odpowiada mi Dan Perjovschi, całkowicie niepoprawnie politycznie, ale zgodnie z tytułem wystawy.
Marek Raczkowski zostaje tu chyba po raz pierwszy wciągnięty w obszar sztuki współczesnej, eksperymentuje z animacją i ze ścianą. Bardzo to dobre, ale uważam, że niepotrzebnie kopiuje się tutaj metodę już oswojoną przez artystę rumuńskiego. Raczkowski nie musi być "polskim Perjovschim". Może pozostać Raczkowskim.
Koniec świata według Adama i Ewy Mimo podobieństw, właściwie każdy z tych artystów ma trochę publiczność, każdy funkcjonuje w innym obiegu. Robert Crumb to np. klasyk kontrkulturowego, krytycznego komiksu amerykańskiego. W swej makabrycznej historii ten znany rysownik, autor wydanej także u nas "Ameryki" i "Księgi Genezis", rysuje alternatywne scenariusze przyszłości
USA, które są zarazem realizacją najbardziej obscenicznej i wstydliwej rasistowskiej wizji, ilustracją wypartych kompleksów i fobii. W pierwszym, nazwanym "Kiedy czarnuchy zdobędą Amerykę", mamy straszny sen białego człowieka - oto czarni biorą na nim odwet, urządzając krwawy pogrom. W drugim - "Kiedy przeklęci Żydzi zdobywają Amerykę" - tytuł mówi sam za siebie. Koniec jednak przekracza wszystko - pojawiają się nowi Adam i Ewa, którzy odwrotnie niż na początku bajki o ludzkości postanawiają zniszczyć ten świat. Ostatni obrazek to wielki grzyb atomowy. Jak w każdej przyzwoitej amerykańskiej utopii, to jednak biały mężczyzna jest tym, kto przyciska guzik.
Trzecia grupa to artyści, którzy swoje rysunki animują, tworząc filmy, jak świetni Phil Mulloy William Kentridge czy Philipe Grammaticopoulos. To tylko pozornie "nowe media", bo trzeba pamiętać, że punktem wyjścia pozostaje rysunek. Chodząc po wystawie, zatrzymałam się też na dłużej przy monitorze z wczesnymi filmikami Piotra Dumały z początku lat 90. Krótkie, pozbawione tekstów i tytułów, to jakby rozciągnięte w czasie rysunki epatujące skatologią, przemocą, jakąś grozą. Można je traktować już tylko jako historię, zabytek tej niezbyt wesołej w Polsce epoki przełomu. Ale ja bym widziała w nich coś więcej - odtrutkę na gładką, komercyjną współczesną kulturę, także dużej części współczesnego komiksu niestety.
"Black and White. Niepoprawny komiks i animacja". Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Warszawa 16 lipca - 18 września, kuratorzy Galit Eilat i Łukasz Ronduda