http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niech architekt usiądzie przy stole

Dorota Jarecka
2011-07-11, ostatnia aktualizacja 2011-07-11 18:36

Dom z jedną ścianą, projekt z 2007 roku zrealizowany w Zurychu. To jak dotąd najbardziej radykalny budynek Kereza
Dom z jedną ścianą, projekt z 2007 roku zrealizowany w Zurychu. To jak dotąd najbardziej radykalny budynek Kereza
Fot. Christian Kerez

"Kerez walczy o honorarium", "Kerez zaprojektował supermarket", "Kerez opóźnia budowę Muzeum Sztuki Nowoczesnej". Kim jest ten drapieżnik?

Kerez pracuje teraz nad projektem osiedla socjalnego na terenie wielkiej faveli w Sao Paulo, które ma zintegrować ją z resztą tkanki miejskiej
Fot. Christian Kerez
Kerez pracuje teraz nad projektem osiedla socjalnego na terenie wielkiej faveli...
Szkoła w Zurychu, 2009 rok. Realizacja idei otwartości w architekturze. Na najwyższym piętrze znajduje się przeszklona sala gimnastyczna
Fot. Christian Kerez
Szkoła w Zurychu, 2009 rok. Realizacja idei otwartości w architekturze. Na...
Christian Kerez
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Christian Kerez
Pamiętam podpis pod zdjęciem na art.blox.pl. Jest luty 2007 r. Christian Kerez - nikomu w Polsce nieznany szwajcarski architekt - wygrywa konkurs na budynek Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. W Stowarzyszeniu Architektów Polskich odbywa się spotkanie, tłumy ludzi. Nie ma dyrektora muzeum i większości rady programowej. Tli się już konflikt. Dyrektor Zielniewicz ogłosił, że nie zgadza się z decyzją jury i będzie promował inny projekt. Za chwilę minister kultury powie, że werdykt zostaje podtrzymany, a wtedy Zielniewicz i rada ustąpią. Gazety (w tym nasza "Stołeczna") już chyba napisały, że budynek według projektu Kereza najbardziej przypomina im supermarket. Jednak Kerez chyba jeszcze nie czytał. Podpis brzmi: "Ten miły pan na zdjęciu to Christian Kerez. Uśmiecha się, bo jeszcze nie wie, że zaprojektowany przez niego budynek Muzeum Sztuki Nowoczesnej nie powstanie".

Męczące przyłącza

Z tym "niepowstaniem" to autor blogu trochę jednak przesadził, ale przyszłość Kereza w Warszawie przewidział dobrze: będą kłopoty. Dzisiaj wiceprezydent Wojciechowicz zapewnia "Gazetę", że "nie ma żadnego zagrożenia budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej". Jednak Kerez nie miał łatwego życia ani wśród tzw. masowej publiczności, ani wśród przedstawicieli urzędów. Był to dopiero drugi zagraniczny architekt, z którym musieli negocjować duży projekt, po Rainerze Mahlamäkim, który w 2005 r. wygrał konkurs na Muzeum Historii Żydów Polskich. To ostra droga pod górkę, czasem chodzi o inne rozumienie tej samej sprawy. Np. przyłącza. Według polskich standardów, tłumaczył mi kilka dni temu wiceprezydent Warszawy Jacek Wojciechowicz, przyłącza należą do obowiązków architekta, a według szwajcarskich - nie. No i m.in. z tego powodu od zeszłego roku w mieście leżą papiery potrzebne do uzyskania pozwolenia na budowę. "Ja rozumiem - mówi "Gazecie" Kerez - że politycy muszą mieć czas na podjęcie decyzji". Jednak - dodaje - "wszyscy jedziemy na tym samym wózku". Chodzi o to, że Warszawa tylko zyska na budowie muzeum. Po czterech latach miły uśmiech nie schodzi mu z twarzy.

A przecież przyłącza to drobiazg w porównaniu z innymi problemami, które trzeba było pokonać. Po pierwsze, druga linia metra, która przesunęła otwarcie muzeum aż o dwa lata (na 2015), bo postanowiono, całkiem zresztą logicznie, najpierw zbudować tunel metra pod muzeum, a dopiero potem muzeum. Po drugie, teatr, którego zaprojektowania wewnątrz budynku zażądano od architekta w 2008 r., choć nie było o tym mowy w warunkach konkursu. Po trzecie, zmiana planu zagospodarowania pl. Defilad, do której też musiał się dostosować. I jest jeszcze coś - po czwarte. Coś nieuchwytnego, czego nie można dotknąć ani zobaczyć, ale można to poczuć: atmosfera podejrzliwości, klimat niechęci. Coś, co kazało urzędnikom rozpowszechniać plotki, że Kerez "zażarcie negocjuje honorarium", tak jakby było skandalem, że chce otrzymać wynagrodzenie za swoją pracę. Albo że "utrudnia" i "komplikuje". Nawet ostatnio "Gazeta Stołeczna" napisała, że to Kerez "opóźnia budowę muzeum", wiedząc przecież, że wydanie pozwolenia na budowę jest po stronie urzędu miasta, a nie architekta. Ta niechęć to sprawa niemal fascynująca. Dlaczego Bogu ducha winny Szwajcar stał się negatywnym bohaterem mediów?

Złe nazwisko, nie taki projekt

Wiele rzeczy sprzysięgło się przeciwko Kerezowi, w tym dwie najważniejsze - miejsce i czas.

Miejsce to plac Defilad. Nie można było gorzej trafić. To miejsce kultu, nietykalne. Miejsce, dla którego przez dwadzieścia lat nie potrafiliśmy uchwalić planu zagospodarowania. Miejsce postrach - pustka w sercu Warszawy. To z powodu Pałacu Kultury ustąpiła poprzednia ekipa Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Powiedzieli, że budynek Kereza mu nie sprosta. Tak jakby ciągle trzeba było walczyć z komunizmem.

Drugi element to czas. Jest rok 2007, niby żadna nadzwyczajna data, ale Warszawa jest wyposzczona. Na świecie trwa boom, wieżowce strzelają w niebo w Moskwie i Pekinie, jeszcze nie nastąpił krach na nowojorskiej giełdzie. Polska żyje mitem architekta Franka O. Gehry'ego i jego muzeum w Bilbao. Krytycy ostrzegają: uwaga, Warszawa to nie postindustrialne, zbiedniałe miasto w kraju Basków, dla którego muzeum (filia Guggenheima) było jedyną szansą wyrwania się zapaści. Jednak Polacy wierzą w "starchitektów". I ciągle liczą na to, że w czasie konkursowej gali Hanna Gronkiewicz-Waltz otworzy kopertę z nazwiskiem Zahy Hadid, Jeana Nouvela, a co najmniej Daniela Libeskinda. Tymczasem ze zdumieniem odczytała nazwisko Kereza. Kerez ma nie tylko złe nazwisko, ale i "nie taki" projekt. Antyikonę: zgrabne pudełeczko, które - jak tłumaczył cierpliwie dziennikarzom - ma w zasadzie tylko wnętrze. Podwieszona kurtynowa ściana jest funkcją wewnętrznej konstrukcji, gdzie główną rolę grają liczne kolumny. Zaletą wnętrza są rzeźbiarskie sufity. "Muzeum to odwrócony Pałac Kultury" - mówił Kerez. I wyjaśniał to tak: "Pałac Kultury ma przede wszystkim fasadę, to, co się dzieje w jego wnętrzu, wynika z ukształtowania zewnętrza, ja zrobiłem dokładnie na odwrót".

Tu warto zatrzymać się na chwilę. Projekt muzeum był kolejnym logicznym krokiem w jego rozwoju jako architekta i teoretyka architektury. To dla Kereza typowe - budynek jako refleksja o architekturze.

Kim jest Kerez?

Synem Szwajcara i Brazylijki, który urodził się w 1962 r. w Wenezueli, potem przeniósł się z rodziną do Szwajcarii i ukończył Politechnikę w Zurychu, uczelnię, która chwali się dwudziestoma laureatami Nobla. Debiutował jako fotograf albumem poświęconym elektrowniom kantonu Grisons. Zdjęcia są piękne, czarno-białe, nawet jakoś mistyczne. W niektórych późniejszych budynkach, z widoczną na zewnątrz konstrukcyjną strukturą, będzie widać echo tych młodzieńczych fascynacji.

W 1993 r. Kerez założył pracownię w Zurychu i trzy lata później zadebiutował budynkiem bardzo skromnym, ale takim, który od razu przyniósł mu sławę, stając się symbolem szwajcarskiego minimalizmu - kaplicą w Oberrealta. To niezwykle wyciszona, maleńka, odlana z betonu forma. Z wąskim prześwitem na osi, przez który wpada światło - pełniąc funkcję wirtualnego ołtarza.

Potem zbudował własny dom, bez ścian zewnętrznych, są tylko szyby. Znów minimalizm. By oddzielić się od świata, trzeba zasuwać zasłony. Wreszcie w 2007 r. buduje coś jeszcze bardziej radykalnego - "Dom z jedną ścianą". Do tej pory pozostaje on architektonicznym manifestem Kereza. Ma tylko jedną centralną, skręconą kilka razy ścianę, jedyny nośny element budynku. To dom sprowadzony do swojej istoty, do esencji. Widziałam go kilka lat temu. Kiedy stoi się w środku, wrażenie jest takie, jakby płynął w powietrzu przez rozległy górzysty pejzaż. Kiedy zaś na dom patrzy się z ulicy, wewnętrzna betonowa "noga", widoczny z daleka szkielet budynku, przypomina o tym, że dom jednak stoi. I nigdzie nie odleci.

Ale Kerez to nie tylko projektant eksperymentalnych willi. Pracuje właśnie nad projektem budownictwa socjalnego w Sao Paulo. Zadanie jest takie - zintegrować gigantyczną favelę z resztą tkanki miejskiej. Zaproponował domy o strukturze podobnej do faveli, o niewielkiej powierzchni, spiętrzone, które podnoszą standard życia, a jednocześnie nie zrywają z przyzwyczajeniami ludzi. Jeśli modernizm to wielkie projekty, które zmieniają totalnie styl życia i kierunek ruchu w mieście, Kerez jest antymodernistą. Zarówno w Sao Paulo, jak i w Warszawie.

Zaprośmy go do stołu

- Zawsze w czasie wykładów lub wystaw - mówi "Gazecie" Kerez - pokazuję projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ostatnio w 2010 r. na Biennale Architektury w Wenecji.

Mimo dużego respektu, którym jest darzony, prawdopodobnie nigdy nie będzie "starchitektem". Nie tylko dlatego, że lubi inny, bardziej kameralny tryb życia. Nie marzy o tym, by latać własnym odrzutowcem, telefon zawsze odbierze sam. To także artystyczna strategia, pragnie pozostać autorem. Jego biuro zatrudnia niewiele osób. Nie obsyła setek konkursów pracami swoich stażystów, sam pracuje nad każdym projektem. "Nienawidzę wizualizacji komputerowych" - mówi. Co to znaczy? Że nie chce liczyć na efekt. Każdy budynek traktuje jak rzeźbę. Kiedy projektował szkołę w Zurychu, w pracowni zbudował jej ogromny metalowy model. I jest fanem Warszawy. Mam w ręku ilustrowaną książkę "Warszawa", którą własnym nakładem wydał po seminarium ze swoimi studentami, które odbył tu w 2008 r., niezrównany jak dotąd dla mnie przewodnik po powojennym modernizmie mojego miasta.

Może więc przebaczmy mu wreszcie, że nie jest Zahą Hadid, Frankiem O. Gehrym i Danielem Libeskindem? W "Wojnie i pokoju" Tołstoj ukazuje starego księcia Bołkońskiego, ojca bohatera, jako bardzo postępowego ziemianina: odrzucając feudalne przesądy, pozwalał architektowi jadać ze sobą przy wspólnym stole. Najwyższy czas, byśmy i my zrobili krok do przodu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 24
  • 3
  • 2
  • 9
  • 78 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    49 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':