http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak się robi Open'era

Rozmawiał Robert Sankowski
2011-06-29, ostatnia aktualizacja 2011-10-26 13:20

- Jeśli festiwal chce żyć, nie może wyłącznie schlebiać publiczności - mówi organizujący od 10 lat Open'er Festival szef Alter Artu

Opener 2008
Opner 2008, fot.Renata Dąbrowska/AG
Opener 2008
Mikołaj Ziółkowski
Fot. Filip Klimaszewski
Mikołaj Ziółkowski
SERWISY
Czy jest cokolwiek, co pozwala porównać dzisiejszego Open'era i tę pierwszą, organizowaną jeszcze w Warszawie pod nazwą Open Air Festival imprezę sprzed 10 laty?

Mikołaj Ziółkowski: Na pewno podobny jest poziom emocji, który towarzyszy ostatnim chwilom przed festiwalem oraz samemu festiwalowi. Ilość spraw i problemów pozostają te same, choć wtedy przecież skala przedsięwzięcia była nieporównywalnie mniejsza. Tak samo jak mniejsze były nasze siły i środki. Napięcie związane z festiwalem jest jednak wciąż równie silne. Zresztą ja przy każdej okazji powtarzam, że to, co robimy, to nie praca, lecz pomysł na życie, w którym wiele rzeczy przeżywa się całym sobą.

I rzeczywiście, tak jak mówią organizatorzy różnych festiwali, dzień po zakończeniu Open'era zaczynacie pracować nad kolejną edycją?

- Ja już w tej chwili prowadzę rozmowy na temat artystów przyszłorocznych. Pracujemy też nad kilkoma akcjami okołofestiwalowymi, których nie udało nam się dopiąć w tym roku, więc przeszły na kolejną edycję, czyli faktycznie ta ciągłość jest. Myślimy o festiwalu na różnych poziomach, już teraz zastanawiamy się nad kolejnymi latami. Nie nad najbliższą edycją, ale nad Open'erem za pięć-sześć lat. Wiadomo na przykład, że w przyszłym roku ze względu na budowę lotniska teren festiwalu będzie wyglądał inaczej. Praca nad Open'erem trwa permanentnie, a na początku lipca każdego roku kończą się tylko kolejne jej odcinki.



Już organizując pierwszą edycję, zakładałeś, że kiedyś chcesz robić wielki wakacyjny festiwal na wzór Roskilde czy Glastonbury, czy może dochodziłeś do tego pomysłu krok po kroku?

- Wizja od początku była jasna - w pewnej perspektywie czasowej mieliśmy zbudować duży europejski letni festiwal. Ale faktycznie dochodziliśmy do tego małymi krokami. Taka była nasza strategia. Pewnie spora grupa dzisiejszych widzów Open'era nie pamięta, jak wyglądała scena muzyczna w Polsce w latach 90. Jak bardzo była różna od tego, co mamy dzisiaj. Jak utrudniony był dostęp do dużych koncertów. Dziś to wydaje się nam naturalne, ale wtedy w ogóle Polska nie przypominała kraju ze średniej wielkości rynkiem koncertowym, jaki mamy dzisiaj. Bardzo trudno było zorganizować koncert, na który przyszłoby 3-4 tys. osób. Zwłaszcza dotyczyło to tej grupy artystów, którzy są dla mnie papierkiem lakmusowym stanu danego rynku - nowych zespołów rockowych

Koncert Oasis na warszawskim Torwarze w 2000 r. sprzedał się ledwie w połowie!

- Przyszło na niego około 2 tys. osób. To pokazuje, jak trudno było wówczas marzyć o dużej letniej imprezie. Oczywiście wiedzieliśmy, że Polska to duży europejski rozwijający się kraj, zamieszkany przez 40 mln ludzi, którzy w końcu zaczną kupować bilety i chodzić na koncerty. Że w końcu będzie ich na to stać. A może nawet nie tyle stać - bo ludzi, którzy mieli pieniądze na koncerty, i w latach 90. było sporo - ile chodzenie na koncerty stanie się po prostu elementem kultury. To była prawdziwa bariera. W latach 90. w gimnazjum czy liceum było kilka osób, które słuchały muzyki spoza mainstreamu. Dziś takie osoby stanowią dużą część każdej klasy.

Inne dziś jest też to, że mamy znacznie więcej festiwali, a koncertową koniunkturę nakręca internet

- Festiwale stały się dziś elementem dojrzewania, tożsamości kulturowej, świadomości społecznej. I to nie tylko u nas. Bardzo ciekawym doświadczeniem był dla mnie swego czasu udział w dyskusji z brytyjskimi promotorami koncertów. My nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale jeszcze 15-20 lat temu w Wielkiej Brytanii też nie było wielkiej infrastruktury koncertowej. Nie było wszystkich tych słynnych obecnie aren w rodzaju londyńskiej O2, a koncerty stadionowe były rzadkością. Większość życia koncertowego koncentrowała się w klubach na 2-3 tys. ludzi. Dziś jest tam kilkanaście wielkich festiwali i wszystkie wyprzedają się w parę godzin. Tam też ten rynek został zbudowany w ostatnich kilkunastu lat. Glastonbury pracowało na swoją pozycję od lat 70. I też kroczyło powoli w kierunku swojej obecnej roli. Prawdziwa rewolucja dokonała się tam jednak dopiero w latach 90. Jej ukoronowaniem był rok ubiegły, gdy po raz pierwszy w historii wpływy z koncertów przerosły dochody z płyt i wszystkich związanych z nimi praw. Jeszcze 10 lat temu koncert supportował płytę. Dziś sytuacja jest odwrotna. Liczy się granie i koncerty. Wzorcowym przykładem jest The National, który organiczną pracą koncertową wypracował sobie pozycję festiwalowej gwiazdy.



Dzięki Open'erowi w ciągu tych 10 lat nadrobiliśmy mnóstwo muzycznych zaległości. Ale ciekaw jestem, czy masz jednak takie zespoły, wobec których czujesz niedosyt, że mimo wszystko u ciebie nie zagrały.

- No więc po zamknięciu tegorocznego programu już zupełnie nie. Absolutnie nie zakładałem sobie tego, że wszyscy czterej headlinerzy tegorocznego festiwalu będą grali w Polsce po raz pierwszy. Tak się jednak stało. Po raz pierwszy grają u nas Prince, Coldplay, Pulp i The Strokes. Uważam więc, że plan został wykonany. Ta edycja symbolicznie zamyka dla mnie całą dekadę, a otwiera nową. Zakończyliśmy etap gonienia zachodnich imprez, ścigania się z innymi festiwalami. Kończymy z odrabianiem lekcji, a zaczynamy wnosić coraz więcej od siebie. Będziemy stawiać na kreację, na bardziej twórcze myślenie. Już teraz podejmujemy ryzyko. Choć Pulp nigdy nie był w Polsce tak wielkim zespołem jak w innych krajach europejskich, chciałem, żeby był jednym z naszych headlinerów. Moim zadaniem jest pójść czasem na przekór. Nie mogę zmarnować takiej szansy, bo być może już nigdy więcej okazja, aby zobaczyć u nas Jarvisa Cockera i jego zespół, może się nie zdarzyć. Z drugiej strony spełnieniem marzenia dla mnie jako promotora jest obecność Prince'a. To, że mogliśmy ogłosić jego tegoroczny występ jako pierwsi w całej Europie, to ogromny sukces i dowód na zmianę cywilizacyjną, jaką przeszły Polska i Open'er. 10 lat temu to nie byłoby absolutnie do pomyślenia. No i jego koncert to wyzwanie ze względu na bardzo specyficzny stosunek, jaki ma do swojej muzyki i działalności

No właśnie. Jak się negocjuje występ takiego artysty jak Prince?

- To się nie daje do niczego porównać. Nie ma drugiego takiego artysty. On jest genialnym muzykiem, a jednocześnie ma bardzo indywidualne spojrzenie na wszystko, co dzieje się na rynku muzycznym. To się przekłada na to, że na ogół działa na przekór temu rynkowi i nie podporządkowuje się żadnym obowiązującym na nim prawom. Przez co oczywiście współpraca z nim jest fantastyczną przygodą, ale jednocześnie cieszę się, że nie ma więcej takich muzyków, bo gdybym musiał na podobnych zasadach negocjować z kimś jeszcze, to byłoby to nie do zniesienia (śmiech). Prince osobiście podejmuje wszystkie decyzje. W związku z tym przez ostatnie miesiące dzień w dzień prowadziliśmy nieustanne rozmowy. Ale to wszystko doprowadziło do sytuacji, w której to właśnie my zorganizowaliśmy w Paryżu ekskluzywny wywiad z Prince'em dla brytyjskiego „Guardiana”. To też obrazuje drogę, jaką w ciągu tych 10 lat przeszedł Open'er.

Jak się organizuje taki festiwal? Nie bierzesz przecież każdego artysty, który akurat ma wolny termin.

- O dziwo, dziś robi się go trudniej niż kiedyś. A to dlatego, że festiwali w ogóle jest dziś znacznie więcej niż kiedyś, na dodatek Open'er odbywa się w wyjątkowo trudnym terminie - w pierwszy weekend lipca, gdy ma za konkurencję między innymi duńskie Roskilde i belgijski Rock Werchter. Banalna rzecz, z którą na przykład musimy się zmagać - Trójmiasto nie ma bezpośredniego połączenia regularnych linii z Londynem. Wyobraź więc sobie, jak my musimy konstruować naszą logistykę, aby jakoś temu zaradzić. Mam przez to wrażenie, że z każdym kolejnym rokiem wkładamy w negocjacje z artystami znacznie więcej serca i wysiłku. Co zaś do całego programu - tak było i tak będzie, że jest to festiwal autorski. Alter Artu, nasz, mój. Nie ma ani jednego zespołu w historii całego festiwalu, którego sam nie chciałbym na żywo zobaczyć.

Letni festiwal to wielkie przedsięwzięcie. Jest w jego organizacji coś wyjątkowego, co umyka zarówno mediom, jak i publiczności?

- Przede wszystkim nikt, kto nie był w środku, nie ma szans, żeby zdać sobie sprawę z tego, jak wielkie i trudne jest to zadanie. Widzi się tylko te 85 tys. ludzi pod sceną. Ale połączenia tych wszystkich wątków - 4 tys. ludzi obsługi, 130 artystów, 100 hektarów festiwalowego terenu, 7 scen, przyjazdy, wyjazdy, pole namiotowe, zasilanie, które mogłoby dać prąd 10-tysięcznemu miastu z całą jego infrastrukturą, książeczki festiwalowe, mapy, agencje pozarządowe, opaski - tego wszystkiego trzeba się uczyć latami. Z zewnątrz tego nie widać.

Oprócz Open'era robisz dwa inne festiwale - Selector i Coke Live. Chyba nikt na świecie nie bierze na siebie aż tylu imprez.

- Jest jedna taka firma w Wielkiej Brytanii oraz w Niemczech, gdzie dwóch promotorów ma kilka festiwali. My robimy to dlatego, że po pierwsze, potrzebna była pewna dywersyfikacja artystów, a po drugie, rynek okazał się na to gotowy. Gdybyśmy realizowali tylko Open'era, bylibyśmy przywiązani terminami tylko do jednego lipcowego weekendu. A tak mamy swoją imprezę w każdym z letnich miesięcy. I dzięki temu możemy sprowadzić do Polski nie tylko Prince'a, Coldplaya i The Strokes, ale też La Roux czy Kanye Westa, którego występ był jednym z większych wydarzeń podczas tegorocznej edycji amerykańskiego festiwalu Coachella.

Jak oceniasz rynek festiwalowy w Polsce? Masz coraz większą konkurencję

- Nie obrażam się na rzeczywistość, którą sam chciałem wykreować. Zależało nam na rozwinięciu rynku koncertowego, więc cieszę się, że w Polsce jest aż tyle imprez. Mamy kilka naprawdę fantastycznych, wartościowych festiwali. Ich sukces sprawił, że sporo miast próbuje robić swoje imprezy. Nie zawsze - choć są nimi z nazwy - są to festiwale z prawdziwego zdarzenia. Nie zawsze też prezentują wysoką jakość. Ale mimo wszystko to chyba dobrze, że w wielu miastach myśli się już nie tylko o stawianiu nowych fabryk, lecz również o inwestowaniu w kulturę. Jedyne, co się w tym wszystkim może trochę nie podobać - i dotyczy to raczej koncertów niż festiwali - to czasami zbytnia łatwość w wydawaniu na pewne wydarzenia zbyt dużych pieniędzy publicznych. To rzeczywiście potrafi psuć rynek. Jest kilka takich przykładów, gdy na otwarciu jakiegoś stadionu czy innej celebracji zaproszonych artystów po prostu znacznie przepłacono.

Mówisz, że Open'er będzie się zmieniał. Jak?

- Nie ma co ścigać się z własnymi osiągnięciami. Prince'a i Coldplaya przecież nie przebijemy. Nie jestem zwolennikiem pomysłów typu ściąganie na festiwal Rolling Stonesów. Zamiast tego stawiamy na jakość i wyznaczamy sobie ambitne cele kulturalne. Uważam, że często trzeba myśleć na przekór krytyce i różnym opiniom. Tylko wtedy przynosi to efekty. Na Open'erze jest co roku 85 tys. osób. A zaczynaliśmy przecież od imprez dla kilku tysięcy. Udało się nam zbudować tę grupę. Zakładam, że podczas każdej edycji jest średnio kilkanaście tysięcy ludzi, którzy przyjeżdżają na Open'era po raz pierwszy. Oni wchodzą w świat z naszą muzyką. Dlatego naszym zadaniem jest pokazać im Pulp. Albo pokazać Prince'a. Nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że dla wielu dzisiejszych 18-latków ma on średnie znaczenie. Chcąc funkcjonować, chcąc żyć, festiwal nie może wyłącznie schlebiać publiczności. Kończymy pewien etap. Jesteśmy już dużą europejską imprezą. Teraz czas na chwilę przystanąć i zastanowić się, co dalej. Przejść do kreacji. Wyjść z jeszcze większą ilością własnych inicjatyw. Zaoferować nową jakość. Może nawet kosztem liczby widzów. Wprowadzamy na przykład taki program, że w ramach festiwali wschodnioeuropejskich będziemy się starali zbudować grupę swoich ważnych zespołów. W tym momencie ich nie mamy. Plan zakłada pięcioletnią pracę, która obejmuje szukanie takich wykonawców i ich promocję od Bałtyku po Morze Śródziemne. Na Open'erze powstanie więc osobna scena wschodnioeuropejska, która w zamierzeniu ma być showcase'em tego wszystkiego, co najlepsze w tej części Europy. Zobaczymy, czy to się uda. Przyszłość Open'era zapowiada się fascynująco.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9
  • 3
  • 1
  • 2
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':