Mariusz Szczygieł, "Niedziela, która zdarzyła się w środę".
wyd. Czarne, Wołowiec Wstaję, otrzepuję się, chcę się rozejrzeć i nie mam kiedy, zaraz otacza mnie cały zastęp świeżo upieczonych bezrobotnych, prosto z wolnorynkowej patelni. Przyciśnięci do muru, nie mając innego wyjścia, zwolnili się sami w zamian za odprawkę. Przez lata całe ich zakład spełniał nie tylko podstawowe, egzystencjalne ich życzenia, ale też prestiżowe. Wczoraj "pani księgowa", dziś sprzątaczka biura po sobie samej. Był, ten zakład, a teraz obca firma, drugim ich domem, złotą ich rybką, którą połknął niemiecki wieloryb o nazwie "Siemens". Skarżą się, lamentują. Lud, który jeszcze nie rozumie, że jeśli ma być oczkiem, to nie w głowie już, a w pończosze, a tej nie oddaje się już do reparacji, lecz do likwidacji. Kapitalistyczny spychacz zepchnął ich do rowu z napisem "Odpadki" i, żeby nie było czuć nędzą, posypał zabijającym bakterie zasiłkiem. Stali się nieważni na tyle, że jedynym dowodem sankcjonującym ich istnienie jest PESEL ("Poczet pokrzywdzonych").
Idę do kiosku, kiosk jak lej z kolorowymi bombami. Zrzucanymi z Niemiec na III RP. W postaci kolorowych tytułów kolorowej prasy. W tytułach codziennych barszcz ogłoszeń, z którego Szczygieł wyjmuje najbardziej smakowite grzyby ("Polska w ogłoszeniach"). Za opłatą jedni zdesperowani obiecują innym zdesperowanym wszystko: milion w minutę (na konto trzeba włożyć taką sumę, aby procent dawał właśnie milion) i wzrost, jeśli ktoś za niski (dużo chodzić po górach, a jeśli nie ma w okolicy, po schodach).
Najbardziej zdesperowana, oprócz tokarza, który przyjąłby się również jako "pan do towarzystwa", jest "atrakcyjna bezrobotna" z Kędzierzyna-Koźla, a więc z miasta, którego ominąć nie mogę. Ta blondynka to facet w średnim wieku, ogłoszenia o pracy nic mu nie dały, więc chciał zobaczyć, co traci, jeśli byłby tą, za którą się podał. Ot, taki kędzierzyński transwestyta. Do tej giełdy desperacji Szczygła dodałbym - dla kontrastu - ogłoszenie matrymonialne, które kiedyś wyczytałem w Niemczech: "Jestem młody, przystojny, bogaty. Mam dom, dwa
samochody, lato spędzam na Karaibach. Nie żebym kogoś szukał, tak tylko, pochwalić się trochę chciałem".
Szczygieł wśród ciemnych plemion Szczygieł jako pośrednik milionera z Ameryki, Szczygieł jako moderator Radia dla Ciebie i na zjeździe Amwaya. Szczygieł wśród ciemnych plemion, czyli w Licheniu. Jak Tomek na tropach. Ale nigdy na wojennej ścieżce. Na to maniery jego za dobre. Tam gdzie ja jechałbym prawdopodobnie po bandzie, on kroczy na koniu w stępie. Dżentelmen. O przednim poczuciu humoru, i stylu: "Urząd Pracy nie dał mu szans, a opieka społeczna 500 tysięcy złotych" ("Polska w ogłoszeniach").
Lub taki zapis:
"Spośród trzech fabryk jedną właśnie się zamyka, dwie upadają. Spośród czterech tokarzy pierwszy jadł dziś na
śniadanie bułkę rozdrobnioną w mleku, drugi - salceson od cioci ze wsi, trzeci dziękuje Bogu, że nie ma apetytu, czwarty jadł najlepiej - konserwę tyrolską" ("Klatka").
Jak on wpadł na to, żeby zapytać tych czterech, co jedli na śniadanie? I połączyć to z trzema upadającymi fabrykami? I z jakiego nieba spadły mu te trzy staruszki, które przybyły do lumpeksu ("Krystal")? Gdzie, kiedy on z nimi rozmawiał, w tym lumpeksie był? Żyją razem, w komunie, to jest ich "solidarność", tak taniej. Przechodząc przez jezdnię, trzymają się za ręce: "Jak nas zabije, to od razu trzy". Podział ról w mieszkaniu: jedna czyta, bo "ma oczy", druga gotuje, bo "ma smak", trzecia sprząta, "bo najmłodsza". Te "Trzy siostry" z końca XX wieku w Polsce, ta miniaturka spuentowana serialem "Dynastia", to perełka w koronie książki.
Adin, dwa, tri Z "Niedzieli, która zdarzyła się w środę" buduję sobie dom z kart wczesnej III RP. Na dachu ma neon, napis "Kantor". Jest wieczór, okna są oświetlone. W jednym z nich chłopiec trzyma pod kranem kromkę chleba, kapie na nią woda, potem posypuje ją cukrem, w ten sposób cukier lepiej przykleja się do chleba. Rodzina nie ma pieniędzy, ale co z tego, "to jest bardziej smaczne niż różne słodycze". W drugim oknie para małżeńska zamyka i otwiera żaluzje, pierwsi w wieżowcu, którzy je mają. W innym bezrobotny mężczyzna ogląda niemiecką telewizję, nie rozumie nic i o to chodzi, może "patrzeć na ekran, a skupiać się na myśleniu". W innym była pracownica działu zaopatrzenia zastanawia się, z ilu metrów sfotografowała
papieża: "A może to nie były cztery metry, tylko trzy?". W jeszcze innych klasa robotnicza i chłopska. Jak to one, mordują się, najczęściej między sobą, w rodzinie. Najczęściej nożem, po pijaku. Siekierą też - widać, jak za parę konserw chłop rąbie pijaną babą po plecach. Lub, w innym, jak na podłodze leży mężczyzna z kablem wokół szyi, nożem w brzuchu i własnym penisem w ustach.
Ten dom wygląda, jakby pomalowany był do parteru białą farbą, ale to nie farba, on ubrany jest w białą skarpetkę. Znak rozpoznawczy muzyków disco polo. Muzykę tę słychać z każdego prawie okna, ale nie ona stanowi główny sound. Szczygłowi dodaję tu głos Boga, który, jak to Bóg, widocznie mu się ulotnił. Głos Boga polskiego ludu z tamtej dekady, wszechmogącego Kaszpirowskiego. Słychać, jak liczy adin, dwa, tri "do dziesięciu, a potem od nowa".
Biało-czarne zdjęcia Witolda Krassowskiego (rarytas, negatywy!) są zawstydzające i wzruszające jednocześnie. Dla mnie to jakby jedna i ta sama kobieta i jeden i ten sam mężczyzna w różnym wieku, i w różnych odsłonach. Wydaje się, że to nasi przodkowie z zupełnie zamierzchłej epoki, a przecież to mogłem być ja sam.
Wznowienie książki Mariusza Szczygła uważam za rzecz cenną, przede wszystkim dlatego, że podróż w czasie, którą funduje nam autor, uwidacznia kop cywilizacyjny, jaki nam się wydarzył. Żyjesz dzisiaj, Polaku, w najlepszej z dotychczasowych Polsk. Nie marudź.
Janusz Rudnicki - pisarz, felietonista, autor m.in. "Męki kartoflanej" i "Śmierci czeskiego psa", która w ubiegłym roku znalazła się w finale nagrody Nike