Patrick Besson "Lecz zabije rzeka białego człowieka"
Przeł. Krystyna Arustowicz.
Noir sur Blanc, Warszawa Rwandyjski rząd zleca tajną misję byłej agentce francuskich sił specjalnych. Po kilkudniowym pobycie w Kongu kobieta domyśla się, że prawdziwym celem operacji było skompromitowanie Francji. Zaczyna się skomplikowana
gra, w której każdy podejrzewa wszystkich pozostałych (na ogół słusznie) o podwójną lojalność.
Wartka kryminalna intryga jest tylko pretekstem, żeby opisać Afrykę. Czytając, widzimy kolory ulicy, wdychamy zapachy potraw. Na własnej skórze czujemy szmer wypowiadanych przez bohaterów słów.
Besson kpi sobie z poprawności politycznej: "Afryka przemienia Europejczyków w kobiety. Te samiczki niemające nawet odwagi chodzić po ulicach ze strachu, że zostaną okradzione lub zgwałcone, siedzą w swoich terenówkach z przyciemnionymi szybami, aby jakiś czarny osobnik nie zobaczył ich ponętnych białych krągłości".
Mimo że akcja powieści rozgrywa się współcześnie, Besson sięga daleko w przeszłość. Opisuje dekolonizację Afryki, narastanie konfliktu między Tutsi i Hutu, wojny domowe w Kongu. Są w jego książce brudne interesy Zachodu i chciwi miejscowi kacykowie. Nie ma na szczęście protekcjonalnej litości białego nad biednymi Afrykanami.
Ludwika Włodek: Dużo pan podróżuje. Prawie każda kolejna pana książka dzieje się w innym kraju. Patrick Besson: To prawda. Spędzamy na ziemi niezbyt wiele czasu. Warto to wykorzystać, żeby zobaczyć, jak ona wygląda. Wyjeżdżałem, żeby dowiedzieć się, co słychać w Europie Wschodniej, w Afryce, w Azji.
W Polsce właśnie wyszła pana afrykańska powieść "Lecz zabije rzeka białego człowieka". Dlaczego Afryka? - Zadecydował o tym ciąg przypadków. Pierwszy raz byłem w Afryce w 1987 r., jako korespondent "L'Hummanité" na kongijskim Kongresie przeciwko Apartheidowi. Potem dla "Le Point" robiłem wywiad z prezydentem Konga Denisem Sassou-Nguesso. Połaziłem wtedy po mieście, pogadałem z ludźmi, spodobało mi się.
Na jednej z ulic zobaczyłem Chinkę. To zrodziło w mojej głowie obraz, od którego zacząłem pisanie książki: mężczyzna śledzi po Brazzaville Japonkę. Ale na początku jakoś mi nie szła ta powieść. W końcu zmieniłem śledzącego mężczyznę na kobietę.
Starannie odtwarza pan afrykańskie realia, politykę, historię. Zanim napisał pan tę powieść, czytał pan książki, szperał w internecie, robił notatki? - Wszystko po trochu. Ale najważniejsze dla mnie są świadectwa ludzi. Paryż to bardzo afrykańskie miasto. W pewnym momencie w mojej książce telefonicznej przeważały imiona Afrykanów. Spędzałem całe dnie w afrykańskich kawiarniach, barach i dyskotekach.
Bardzo mi zależało, żeby nikt po przeczytaniu nie powiedział: "Ot, wybrał się raz do Afryki i powiedział, co wiedział". Później byłem wzruszony, gdy Kongijczycy pytali mnie: "Skąd to wszystko wiesz, skoro nie jesteś jednym z nas?".
Lubił pan ten świat? - Jest specyficzny, poetycki, pełen ironii. Kongijczycy są bardzo subtelni, genialna jest ich literatura.
Sony Labou Tansi jest dla mnie jednym z największych pisarzy. To taki Rimbaud, tylko bardziej zabawny. Jego książki są esencją kongijskiego dowcipu. Wrażenie zrobiła też na mnie swoboda obyczajów, wolność kobiet.
Co takiego? - Tak. Wolność kobiet. Bo w wielu krajach to mężczyźni są wolni, a kobiety nie. W Kongu wolni są i jedni, i drudzy. W tamtejszych stosunkach rodzinnych zaskakująca jest właśnie ta równość w wolności.
Ale na koniec to kobieta zostaje z dziesiątką dzieci. - Nie zawsze. Często to ojciec mieszka z dziećmi. Spotkałem w Brazzaville pracujące kobiety, studentki, właścicielki knajp. Zdarzało się, że miały po pięcioro dzieci. "Wszystkie są z tobą?" - pytałem. "Nie, dwoje u ojca, dwoje u mnie i jedno u mojej ciotki". Kobiety mają też wielu mężczyzn. Kongijka mówi swojemu kochankowi: potrzebuję domu. I on jej kupuje dom. Na to ona, że chce
samochód. On - że już nie ma pieniędzy, że kupił jej przecież dom. Więc ona stwierdza, że potrzebuje kolejnego mężczyzny, żeby ten kupił jej samochód. I ten pierwszy facet nie ma nic do gadania. Nie może jej oskarżyć, że jest niemoralna albo zła.