http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Patrick Besson, "Lecz zabije rzeka białego człowieka"

Ludwika Włodek
2011-06-21, ostatnia aktualizacja 2011-06-21 13:31

Należy uważać, żeby cnota nie stała się obsesją. To prowadzi do dyktatury - mówi "Gazecie" kontrowersyjny francuski pisarz Patrick Besson, autor wydanej właśnie książki

Patrick Besson
Fot. MAHER ATTAR / MGA PRODUCTION EAST NEWS
Patrick Besson

Patrick Besson "Lecz zabije rzeka białego człowieka"
Przeł. Krystyna Arustowicz.
Noir sur Blanc, Warszawa


Rwandyjski rząd zleca tajną misję byłej agentce francuskich sił specjalnych. Po kilkudniowym pobycie w Kongu kobieta domyśla się, że prawdziwym celem operacji było skompromitowanie Francji. Zaczyna się skomplikowana gra, w której każdy podejrzewa wszystkich pozostałych (na ogół słusznie) o podwójną lojalność.

Wartka kryminalna intryga jest tylko pretekstem, żeby opisać Afrykę. Czytając, widzimy kolory ulicy, wdychamy zapachy potraw. Na własnej skórze czujemy szmer wypowiadanych przez bohaterów słów.

Besson kpi sobie z poprawności politycznej: "Afryka przemienia Europejczyków w kobiety. Te samiczki niemające nawet odwagi chodzić po ulicach ze strachu, że zostaną okradzione lub zgwałcone, siedzą w swoich terenówkach z przyciemnionymi szybami, aby jakiś czarny osobnik nie zobaczył ich ponętnych białych krągłości".

Mimo że akcja powieści rozgrywa się współcześnie, Besson sięga daleko w przeszłość. Opisuje dekolonizację Afryki, narastanie konfliktu między Tutsi i Hutu, wojny domowe w Kongu. Są w jego książce brudne interesy Zachodu i chciwi miejscowi kacykowie. Nie ma na szczęście protekcjonalnej litości białego nad biednymi Afrykanami.

Ludwika Włodek: Dużo pan podróżuje. Prawie każda kolejna pana książka dzieje się w innym kraju.

Patrick Besson: To prawda. Spędzamy na ziemi niezbyt wiele czasu. Warto to wykorzystać, żeby zobaczyć, jak ona wygląda. Wyjeżdżałem, żeby dowiedzieć się, co słychać w Europie Wschodniej, w Afryce, w Azji.

W Polsce właśnie wyszła pana afrykańska powieść "Lecz zabije rzeka białego człowieka". Dlaczego Afryka?

- Zadecydował o tym ciąg przypadków. Pierwszy raz byłem w Afryce w 1987 r., jako korespondent "L'Hummanité" na kongijskim Kongresie przeciwko Apartheidowi. Potem dla "Le Point" robiłem wywiad z prezydentem Konga Denisem Sassou-Nguesso. Połaziłem wtedy po mieście, pogadałem z ludźmi, spodobało mi się.

Na jednej z ulic zobaczyłem Chinkę. To zrodziło w mojej głowie obraz, od którego zacząłem pisanie książki: mężczyzna śledzi po Brazzaville Japonkę. Ale na początku jakoś mi nie szła ta powieść. W końcu zmieniłem śledzącego mężczyznę na kobietę.

Starannie odtwarza pan afrykańskie realia, politykę, historię. Zanim napisał pan tę powieść, czytał pan książki, szperał w internecie, robił notatki?

- Wszystko po trochu. Ale najważniejsze dla mnie są świadectwa ludzi. Paryż to bardzo afrykańskie miasto. W pewnym momencie w mojej książce telefonicznej przeważały imiona Afrykanów. Spędzałem całe dnie w afrykańskich kawiarniach, barach i dyskotekach.

Bardzo mi zależało, żeby nikt po przeczytaniu nie powiedział: "Ot, wybrał się raz do Afryki i powiedział, co wiedział". Później byłem wzruszony, gdy Kongijczycy pytali mnie: "Skąd to wszystko wiesz, skoro nie jesteś jednym z nas?".

Lubił pan ten świat?

- Jest specyficzny, poetycki, pełen ironii. Kongijczycy są bardzo subtelni, genialna jest ich literatura. Sony Labou Tansi jest dla mnie jednym z największych pisarzy. To taki Rimbaud, tylko bardziej zabawny. Jego książki są esencją kongijskiego dowcipu. Wrażenie zrobiła też na mnie swoboda obyczajów, wolność kobiet.

Co takiego?

- Tak. Wolność kobiet. Bo w wielu krajach to mężczyźni są wolni, a kobiety nie. W Kongu wolni są i jedni, i drudzy. W tamtejszych stosunkach rodzinnych zaskakująca jest właśnie ta równość w wolności.

Ale na koniec to kobieta zostaje z dziesiątką dzieci.

- Nie zawsze. Często to ojciec mieszka z dziećmi. Spotkałem w Brazzaville pracujące kobiety, studentki, właścicielki knajp. Zdarzało się, że miały po pięcioro dzieci. "Wszystkie są z tobą?" - pytałem. "Nie, dwoje u ojca, dwoje u mnie i jedno u mojej ciotki". Kobiety mają też wielu mężczyzn. Kongijka mówi swojemu kochankowi: potrzebuję domu. I on jej kupuje dom. Na to ona, że chce samochód. On - że już nie ma pieniędzy, że kupił jej przecież dom. Więc ona stwierdza, że potrzebuje kolejnego mężczyzny, żeby ten kupił jej samochód. I ten pierwszy facet nie ma nic do gadania. Nie może jej oskarżyć, że jest niemoralna albo zła.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 1
  • 2
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':