Część I - Aleksandria
Rozdział pierwszy
Aleksandrię spowijała dziwnie nieuchwytna aura. Podobno działo się to za sprawą żyjącego nieopodal wyspy Faros Posejdona, boga morza, który owiewał miasto swoim boskim oddechem. Zależnie od nastroju, zsyłał na nie raz taką, raz inną pogodę. Zimą powietrze bywało jałowe i nieznośne, tak suche, że starzy ludzie z trudem łapali oddech i z utęsknieniem oczekiwali balsamicznego powiewu wiosny. Latem oblepiało miasto jak kleista morska maź. Czasami niosło jedynie muchy i kurz, a czasami porywiste pustynne wiatry, które zawracały lekką bryzę boga mórz do miejsca jej narodzin. Ale tego ranka, usposobiony wiosennie, bóg przymilał się nadmorskiemu klejnotowi łagodnym szmerem fal, podnosił od krzewów winorośli delikatną woń kapryfolium i wypełniał powietrze aromatem cytryn, kamfory i jaśminu.
Pośrodku miasta, na skrzyżowaniu ulicy Sema z Drogą Kanopijską, stała kryształowa trumna założyciela Aleksandrii, Aleksandra Wielkiego. Macedoński król leżał w miejscu swego wiecznego spoczynku już ponad dwieście lat. Doskonale zmumifikowanego ciała czas się nie imał, i hołd jego młodzieńczemu geniuszowi mógł składać cały świat. Czasami Egipcjanie odciągali synów od trumny wielkiego wojownika, zabraniając odmawiania modłów w kulcie obcego przybysza, Greka, w kulcie wpajanym we wszystkich szkołach, i besztając za wiernopoddaństwo obcej krwi. Lecz ów Grek miał jasną wizję tego raju, wykreślając kredą symetryczną siatkę ulic. Zbudował Heptastadion, groblę, która wysuwała się w wody połyskliwego morza jak długi żarłoczny język i oddzielała Wielki Port od Portu Szczęśliwych Powrotów. Sukcesorzy Aleksandra, wielkonosy Grek Ptolemeusz i jego potomstwo, wznieśli na Faros latarnię morską, aby rozpalony na jej najwyższej kondygnacji, nigdy nie gasnący płomień, niby berło boga ognia bezpiecznie prowadził okręty ku płytkiej, skalistej przystani. Zbudowali wielką Bibliotekę, gromadzącą całą wiedzę świata, ulice wykładane wapiennymi płytami, obrzeżone rzędami kolumn, których arkady dawały cień przechodniom, a także wiele teatrów, gdzie każdy - Grek, Egipcjanin, Żyd - mógł obejrzeć komedię czy tragedię, lub wysłuchać oracji wprawionego w sztukę oratorską męża. Po grecku, ma się rozumieć, lecz nie było wykształconego Egipcjanina, który by nie mówił językiem najeźdźcy, tyle że najeźdźca nie płacił tą samą monetą.
Miasto wciąż jeszcze było rajem, nawet jeśli dawniejsi wielcy, a obecnie zdegenerowani Ptolemeusze dali początek nowemu gatunkowi władcy - poczwarze rozmiaru morsa, obrośniętej w sadło i żarłocznej jak zwierzę z ogrodu zoologicznego. Pochlebcy, który dla ugłaskania nowych władców świata, Rzymian, niefrasobliwie ogołacał skarbiec egipski. Co parę lat egipski motłoch mordował przynajmniej jednego Ptolemeusza, aby reszta pamiętała, że z czasem przychodzi kres każdej dynastii.
Ale takiego dnia jak dzisiaj, kiedy zakochane pary czuliły się do siebie w cienistych alejkach parku Pana, kiedy wiotkie łodyżki wiosennych kwiatów strzelały w czysty błękit nieba a kaskady białej bugenwilli spływały z balkonów jak rzeki mleka łatwo było nie pamiętać, że ród Ptolemeuszów nie był tym, czym był kiedyś. Takiego dnia jak dzisiaj boskie ożywcze westchnienia kazały wylec mieszkańcom Aleksandrii na ulice i cieszyć się ogrodami i promenadami, i kramami, i bazarami. Takiego dnia jak dzisiaj uśmiechali się wszyscy, i wszyscy oddychali oddechem boga morza. Nikogo nie obchodziło, czy powietrze jest greckie, egipskie, afrykańskie czy rzymskie. Ono nie miało narodowego charakteru. Po prostu wypełniało im płuca i przepełniało szczęściem.
*
Rodzina królewska, której przodkowie uczynili miasto wielkim, nie doświadczała żadnej z tych przyjemności. Pałac, oblany morzem, pysznił się swoją wyniosłą samotnością, niedostępny plebejskim uciechom; jego okiennice były szczelnie zamknięte na rozkosze wiosennego powietrza i niezwykłość wiosennego dnia. Słudzy krzątali się każdy przy swoim zajęciu w skupionym milczeniu, z pochyloną jak w lękliwej modlitwie głową. Sklepienia rozległych komnat były zasnute gęstym dymem kadzidła. Nie miało tu dostępu szczęście; królowa była chora, a najsławniejsi lekarze cywilizowanego świata orzekli, że nie wyzdrowieje.
Kleopatra, z miejsca na podłodze, z którego miała dobry widok na wszystko, co się wokół działo, obserwowała jak przez w pośpiechu otwarte drzwi, jaśniejące blaskiem, jej ojciec wprowadza do sypialni matki niewidomego ormiańskiego uzdrawiacza. Oczy dziewczynki, czasami brązowe, ale teraz zielone jak niedojrzałe ziarnka pieprzu, zolbrzymiały na widok mlecznobiałych kraterów pod czołem świętego męża. W znoszonym odzieniu, zwisającym z ramion niby płaszcz postrzępionych piór, ślepiec przekuśtykał koło dziecka na czymś, co wyglądało jak dwie wykrzywione szczapy. Niewiele brakowało, by podróżne juki pacnęły Kleopatrę po głowie. Przestraszona, uskoczyła w bok i wspięła się na sofę, gdzie, splecione uściskiem, siedziały jej siostry - rodzona, Berenika, i przyrodnia, Teja. Czując, że sztywnieją na sam jej widok, szybko odsunęła się na brzeg sofy i przysiadła na jej poręczy.
- Czy mała księżniczka powinna tu przebywać? - Z tym pytaniem naczelny lekarz króla zwrócił się do piastunki, jakby samo dziecko nie rozumiało jego słów. - Sytuacja jest poważna.
Matka Kleopatry, królowa Kleopatra V Tryfajna, przyrodnia siostra i małżonka króla, leżała w łożu apatycznie, owładnięta dziwną gorączką stawów. Oszalały z żądzy utrzymania się na stanowisku, naczelny lekarz ściągnął do Aleksandrii najbieglejszych medyków z Aten i z Rodosu. Królowej dawano na poty, puszczano krew, ziębiono w mokrych prześcieradłach, nacierano wonnymi olejkami, pojono ziołami, karmiono, głodzono i odprawiano nad nią modły, a mimo to gorączka wygrywała każdą bitwę.
- Dziecko jest uparte - szepnęła piastunka. - Wszystko wymusza krzykiem. To prawdziwe utrapienie. Ma trzy lata, a nie potrafi powiedzieć po grecku choćby jednego jako tako skleconego zdania.