http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wiktor Skok: Postawiliśmy na hardcore

Rozmawiała Marta Pietrasik
2011-06-15, ostatnia aktualizacja 2011-06-16 18:27

- Byliśmy w opozycji do wszystkiego: systemu, oficjalnej kultury, społeczeństwa, pseudoawangardy, sztuki postkonceptualnej - o łódzkiej sztuce undergroundowej mówi Wiktor Skok, kurator wystawy "L-Und. Łódzka scena podziemna 1985-1995", którą otworzy 17 czerwca o godz. 19 Galeria Manhattan

Wiktor Skok
Fot. Michał Sierszak / Agencja Gazeta
Wiktor Skok
Rozmowa z Wiktorem Skokiem, kuratorem wystawy

Marta Pietrasik: Co oznacza "L-Und"?

Wiktor Skok, kurator wystawy: L-Und, czyli Łódzki underground. Na "Łódź" nikt z cudzoziemców nie reaguje. Inaczej jest ze słowem "Lodz". W Niemczech wystarczyło kiedyś sformowanie "Theo, wir fahr'n nach Lodz" ze znanej piosenki i wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Tytuł można interpretować jako "lost and found". Zobaczymy rzeczy, które wydawałoby się, że zaginęły. Bo nie miały szczęścia zostać uwiecznionymi, skatalogowanymi, zdefiniowanymi. To ostatni moment, by przywrócić je do życia. Pokażemy twórczość, która nie bywa uznawana za sztukę. Wiele osób współtworzących underground nie miało świadomości, jaką wartość reprezentowały ich prace. Trafiły do pawlacza, potem do kosza.

Historia zaczyna się w 1985 roku...

- To umowna granica. 1985 r. to czas uwiądu systemu. Wchodziłem w dorosłe życie. Wspominam te lata jako epokę małych możliwości, ograniczonego pola widzenia. To czas smuty w życiu kulturalnym i publicznym. Każdy koncert - a było ich może dwa na pół roku - był świętem.

A jednak się nie zniechęciłeś.

- Pierwszy koncert Wunder Wave, na który niedługo później zaczęliśmy sprowadzać punkowe zespoły ze Stanów Zjednoczonych, zorganizowałem w 1989 r., kilka dni przez 4 czerwca. Nie miałem jeszcze dowodu osobistego.

Udał się?

- Średnio. Za późno zajęliśmy się reklamą. Ale ci, którzy przyszli wtedy, przychodzili również na kolejne imprezy. Na następny koncert zorganizowany w klubie Lodex przyszło tyle ludzi, że nie dało się wejść. Koniec lat 80. to u artystów - tak zwanych klasyków awangardy - początek walki o profity i synekury. Zajęli się tylko tym. Etos walczących o wzniosłe wartości w zetknięciu z rzeczywistością okazał się śmieszny.

Jaką drogę wybrałeś dla siebie?

- Tamta sztuka była passé. Nie zadawała istotnych pytań. Traktowała życie, jakby go nie było. Udawała, że są ważniejsze sprawy. Była wątpliwą zabawą, grą dla małych elit. Mieliśmy dosyć nadęcia artystycznego, lansujących się twórców, którzy i tak już byli na świeczniku. My kpiliśmy z nich. Byliśmy w opozycji do niemalże wszystkiego: systemu, opozycji, oficjalnej kultury, społeczeństwa, pseudoawangardy, sztuki postkonceptualnej, nudnej i starczej.

Na co postawiliście?

- Na realną ekspresję, czyli punk i hardcore. Jeśli chodzi o sztukę, to były to czasy biednej i przeintelektualizowanej twórczości, niedoboru pigmentu i tworzywa. Robiliśmy ciuchy, kolaże, które kleiliśmy ze śmieci, rysowaliśmy komiksy. W mieście takim jak Łódź, w którym powietrze jest nieprzenikliwe, szare i brudne, nie widzieliśmy sensu, by tego nie pokazywać w naszych pracach. Zaczęły pojawiać się pierwsze próby wideo, półlegalne galerie, jak Chaos Faza 3. Wielu wartościowych artystów tworzyło na tym samym poziomie co warszawska Gruppa czy wrocławski Luxus. Nie mieliśmy jednak dobrej krytyki artystycznej, co dziś również jest bolączką miasta.

W czym to przeszkadzało?

- Nie było osób, które by artystów dowartościowywały, potępiały lub pokazywały im właściwe tory. W Łodzi jest również coraz mniejsza publiczność. I coraz gorsza. Łódź cierpi na deficyt intelektualnego potencjału.

Kiedy skończył się łódzki underground?

- Wystawę zamyka 1995 r., ale to data umowna. Nie koniec undergroundu, lecz początek schyłku fali entuzjazmu po 1989 r. My od początku nie płynęliśmy na tej fali. Uważaliśmy, że Polska nadal będzie krajem o niepełnej suwerenności, z zapóźnieniem intelektualnym, kulturowym, obyczajowym i technicznym. To również początek masowej emigracji młodych ludzi z Łodzi. Od tamtego czasu miasto opuściło ponad 100 tys. osób. A przecież mogli współtworzyć to miasto, by wyglądało w przyszłości inaczej.

Mówimy o negatywnych stronach miasta. Czy widzisz pozytywy?

- Gdybym ich nie widział, ta wystawa nie mogłaby powstać. Bieda życia kulturalnego zmusiła grupę ludzi do samodzielnego działania. Nie czekali na aplauz parnasu artystycznego czy szerokiej publiczności. Robili coś dla siebie, rówieśników i kolegów. Choć zasięg był ograniczony, środowisko zaczęło pulsować: organizowaliśmy koncerty Wunder Wave, pojawił się w Łodzi pierwszy squat i masa wystaw, mniejszych lub większych wydarzeń. Było wtedy wiele nadziei i swobody. Przełom lat 80. i 90. stworzył przestrzeń niekontrolowaną, jeszcze niepodzieloną i zarządzaną. Dzięki temu w bunkrach w parku Poniatowskiego zaistniała jedna z pierwszych w Polsce impreza techno czy wystawa Roberta Laski - w dziurze po spalonym pawilonie sklepów chemicznych. W tej przestrzeni pokazano wystawę fotografii, był tam też koncert.

Czy w latach 80. czułeś się wolny?

- W tamtych czasach, paradoksalnie, wolność wydawała się większa. Obecnie wybory artystyczne, estetyczne podlegają presji rynku i mody. W destrukcyjny sposób, niszcząc indywidualność ludzi, którym wmawia się, że indywidualnościami pozostają. W tamtych czasach tępiono indywidualność. Nawet z liceum plastycznego, do którego trafiłem na pół roku, wyrzucono mnie za wygląd. Walczyłem, by istnieć obok represyjnego społeczeństwa. Represyjność nie pochodziła tylko od systemu, ale również od ludzi przepełnionych agresją wobec ludzi wyglądających lub zachowujących się inaczej. To były czasy, kiedy każdy patrol milicji był mój.

Jak wtedy wyglądałeś?

- Na przykład miałem pół głowy przefarbowane na czarno, pół na biało. Kolczyki były wtedy szokiem, a ja miałem ich całe ucho. Nie znałem jeszcze "Małej apokalipsy" Konwickiego, ale moje podejście do rzeczywistości, w której żyłem, było podobne. System generował opozycję, która żyła z nim w symbiozie. Opozycjoniści znali się ze swoimi oprawcami, kaci z ofiarami, mijali się na ulicach i razem pili wódkę w Spatifie.

Wychodziliście ze sztuką na ulice?

- Nie było czegoś takiego jak zamerykanizowane graffiti, tagi i intensywna autopromocja. Kiedy wykonaliśmy nawet małe graffiti, od razu było zauważane. Nieco później ta względna barwność życia przyciągała do Łodzi ludzi z innych miast. Choćby Janek Koza, wyśmienity artysta, spędził tu kilka lat. Później wyjechał jednak do Warszawy. Inni - do Berlina, Londynu czy Nowego Jorku. Potem, gdy intensywność czasów przełomu zaczynała już przemijać, o Łodzi latami mówiono, że to miasto klubów i pubów. Na początku lat 90. w Łodzi można było wybrać się do niejednego klubu. Miały o wiele bardziej undergroundowy i twórczy klimat. Teraz dominują kiepskie klubiki - ubodzy krewni fajnych miejsc w innych miastach. To, co w Łodzi tępiono, tam doceniono. To niezbyt motywujące, że gdzie indziej, gdy tworzysz coś ciekawego, bywasz doceniany, a tutaj jesteś raczej zbędny.

Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź
  • 1
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Prezydent Litwy: Warszawa traktuje nas jak kozła ofiarnego

Wilno stworzyło Polakom najlepsze warunki do nauki w języku polskim na świecie, a Warszawa traktuje Litwę jak "kozła ofiarnego" - twierdzi Dalia Grybauskaite

Dlaczego władza milczy?

Ultraprawicowe podziemie rośnie z roku na rok. Ataków jest coraz więcej i są coraz lepiej zorganizowane. A władza w najlepszym razie przysyła policjantów - pisze Jacek Żakowski