Wychodzi na to, że po wielu latach nadrabiamy w końcu jedną z najważniejszych popkulturowych zaległości. W latach 60. krążyły plotki, że Bitelsi mają ochotę wystąpić gdzieś za żelazną kurtyną i w związku z tym być może zawitają w końcu do naszego kraju. Na nadziejach się skończyło. Zamiast tego nieliczni szczęściarze mogli podziwiać w Sali Kongresowej... Rolling Stonesów. Nigdy nie mieliśmy też okazji oglądać któregokolwiek z Bitelsów solo. Nie zmieniły tego ostatnie lata, gdy zdążyliśmy się przyzwyczaić, że giganci muzyki rozrywkowej pamiętają o naszym kraju przy okazji każdej trasy. Nie dotyczyło to jednak nikogo z byłej wielkiej czwórki. Zastrzelony przez szaleńca John Lennon nie żyje od 1980 r. George Harrison zmarł na raka dziesięć lat temu. Dwaj pozostali Bitelsi - choć to przecież panowie koło siedemdziesiątki - ani myślą o emeryturze.
Z żyjącej dwójki spora grupa fanów zapewne wolałaby obejrzeć w akcji Paula McCartneya. To w końcu żywa legenda, połowa spółki kompozytorskiej Lennon/McCartney, jeden z najważniejszych żyjących muzyków rockowych, który zapracował na tę pozycję nie tylko w czasach Bitelsów, ale też w następnych dekadach już jako muzyk solowy i szef zespołu Wings. Przy nim grający na perkusji Ringo wydaje się tylko skromnym krewnym, któremu od lat pozostaje ogrzewać się w blasku legendy zespołu, który kiedyś miał szczęście współtworzyć.
To niestety przekleństwo wielu perkusistów - podczas gdy ich koledzy z przodu sceny zgarniają większość oklasków, im pozostaje walić w bębny. Starr przekonał się o tym bardzo szybko. Nie miał najlepszej prasy już w czasach Bitelsów. Powszechnie uchodził za przeciętnego (łagodnie rzecz ujmując) muzyka, który gra w wielkiej czwórce przede wszystkim dlatego, że pasuje do zespołu osobowościowo i świetnie uzupełnia jego image. Z Ringo kpili najbliżsi współpracownicy. - Lennon był duszą, Harrison duchem, McCartney sercem, a Starr perkusistą - wypalił kiedyś słynny producent nagrań i twórca brzmienia Bitelsów George Martin pytany o role, jakie w zespole pełnili poszczególni muzycy. Złośliwości padały nawet ze strony kolegów z grupy. Gdy jakiś dziennikarz zapytał McCartneya, czy Ringo jest jego zdaniem największym bębniarzem na świecie, w odpowiedzi usłyszał: "On nie jest nawet najlepszym bębniarzem w The Beatles".
McCartney tłumaczył później, że to oczywiście tylko dowcip, podczas gdy tak naprawdę bardzo szanuje wkład Starra w The Beatles. To nie musiała być tylko kurtuazja. Ringo wniósł do zespołu więcej, niż się pozornie wydaje, nawet jeśli nie był "oryginalnym" Bitelsem. Dołączył do zespołu, zastępując pierwszego perkusistę grupy Pete'a Besta. Zanim do tego doszło, urodzony w 1940 r. Richard Starkey (tak nazywa się naprawdę) wyrobił już sobie markę na liverpoolskiej scenie muzycznej. Grał w lokalnym rywalu Bitelsów - zespole Rory Storm And The Hurricanes. To tej kapeli - porywającej na koncertach - a nie Bitelsom wróżono wielką karierę. Grupa nigdy nie była jednak w stanie przenieść koncertowej energii do studia. Pozostała tylko lokalną legendą, a Ringo, przechodząc do konkurencji, podjął jedną z najlepszych decyzji w historii muzycznego show-biznesu.
Wbrew temu, co mówił o nim Martin, był bardzo wyrazistym członkiem zespołu. Wniósł do grupy specyficzne poczucie humoru i zamiłowanie do błazenady. To nie przypadkiem wokół jego umiejętności aktorskich i naturalnego komizmu reżyser Richard Lester budował fabuły filmów o Bitelsach. Widać to zwłaszcza w "Help", którego Starr jest centralną postacią. Po prostu z całej czwórki to on najlepiej grał przed kamerą.
Ale Ringo to nie tylko osobowość. To także co najmniej kilka ważnych Bitelsowskich piosenek. Samodzielnie napisał takie kompozycje jak "Don't Pass Me By" czy "Octopus's Garden" (ten numer to zresztą do dziś jego flagowa kompozycja i znak rozpoznawczy).
Ale kojarzy się też z piosenkami, które napisali inni Bitelsi. To jego głos można usłyszeć w takich hitach jak "With a Little Help from My Friends" czy "Yellow Submarine".
To również Ringo - znany z naturalnego talentu do językowych kalamburów - wymyślił takie zwroty jak "tomorrow never knows" czy "a hard day's hight", które potem Lennon i McCartney zamienili w tytuły słynnych piosenek. Naprawdę nieźle jak na "tego czwartego", który rzekomo nawet nie potrafił uderzyć porządnie w bęben.
Po rozpadzie Bitelsów jego kariera miewała różne momenty, ale nawet w najlepszych chwilach Starr nie zbliżył się nawet popularnością do Lennona czy McCartneya. Nagrał 16 płyt solowych, pojawiał się gościnnie na albumach pozostałych Bitelsów oraz wielu innych gwiazd (od B.B. Kinga po Boba Dylana), zagrał w kilkudziesięciu filmach.
Od końca lat 80. gra trasy koncertowe z kolejnymi składami swojej efemerycznej formacji All Starr Band. Zaprasza do niej rozmaitych mniej lub bardziej legendarnych muzyków - w zespole grali już między innymi John Entwistle z The Who, Jack Bruce z Cream czy Gary Brooker z Procol Harum. Gwiazdorskie ekipy wspólnie wykonują piosenki z repertuaru swoich macierzystych grup. Do Polski przyjeżdża 11. już mutacja zespołu. Grają w niej między innymi klawiszowiec Edgar Winter oraz znany z grupy Mr Mister basista Richard Page. Starr zapewnia, że chciałby, aby w jego zespole zagrał też McCartney. Niestety podobno zawsze, gdy dzwoni z zaproszeniem, Paul odpowiada, że akurat jest bardzo zajęty. Ringo jest jednak wyrozumiały dla swojego dawnego kolegi z zespołu. - Nie chce pojawić się ze mną na jednej scenie, bo lubi o sobie myśleć, że jest jedynym żyjącym Bitelsem - żartuje nieco złośliwie, rewanżując się Paulowi za kpiny sprzed lat.