Zamiar jest karkołomny, poetycki, o biblijnym rozmachu i zarazem naturalistycznie dosłowny. Historia amerykańskiej rodziny zostaje wpisana w dzieje świata na równi z powstaniem galaktyk, planet czy bakterii. Film jest, jak się zdaje, głęboko osobisty - Malick realizował go w osiedlu identycznym jak to, w którym sam się wychował w Teksasie lat 50.
Mężczyzna przekraczający smugę cienia (Sean Penn) powraca myślą do dzieciństwa. W rodzinną retrospekcję wplecione są sekwencje ukazujące skrót całej historii świata, od Wielkiego Wybuchu, przez powstanie życia, od bakterii po dinozaury. Wizje te prowadzą do finałowego triumfu życia. Obraz pulsującego światła otwiera i zamyka film, niczym oko Boga. A może oko kamery o obiektywie najjaśniejszym z możliwych?
Bohater narrator dochodzi do wewnętrznego pojednania z surowym ojcem, z którym walczył w dzieciństwie, i do pogodzenia się ze śmiercią brata. Zło, nienawiść, śmierć okazują się objęte wyższym planem. Malick dąży do tego, aby widz uzyskał wrażenie pełni, jak w kuli, gdzie wszystko łączy się ze wszystkim.
I tak w sekwencji prehistorycznej oglądamy scenę, w której drapieżny dinozaur już, już ma zmiażdżyć innego, rannego dinozaura, ale w ostatniej chwili cofa swoją łapę. Podobnie postępuje chłopiec nienawidzący autorytarnego ojca (Brad Pitt). W pewnym momencie zastaje go naprawiającego
samochód. Przechodzi mu przez myśl, żeby opuścić dźwignię lewara, tak by kadłub samochodu przygniótł ojca, ale jego ręka się cofa. Dobro zwycięża. Musi zwyciężyć.
Tak jak los człowieka w tym filmie jest w całości podporządkowany boskiemu planowi, tak samo losy bohaterów są podporządkowane koncepcji autora. Wszelki rozdźwięk między rzeczywistością a ideą zostaje zatarty.
Amerykańskie kazanie Nie pierwszy raz Malick zderza ze sobą dwie sprzeczne perspektywy. Można je nazwać umownie "boską" i "ludzką". Życie widziane z dołu stanowi "marność", jest uwikłane w zło, skazane na klęskę. Ale to samo życie widziane z innej perspektywy okazuje się nieustannym cudem, triumfem istnienia, realizacją boskiego planu. Skąd znamy ten plan? Z naszej własnej świadomości. Ludzka świadomość może stać się boska, ogarnąć wszechświat. Wszystko, co oglądamy w tym filmie - zarówno wspaniałe obrazy kosmosu, jak i dzieje pewnej rodziny - dzieje się wewnątrz świadomości bohatera narratora.
Terrence Malick wydaje się w prostej linii ideowym potomkiem XIX-wiecznych amerykańskich transcendentalistów, z Emersonem na czele, którzy głosili, że rozum i intuicja pozwalają człowiekowi wniknąć w dzieło stworzenia, w samego Boga, który objawia się w naturze. Tak streszcza ich główną, optymistyczną myśl Tomasz Żyro w książce "Boża plantacja. Historia utopii amerykańskiej".
W kolejnych filmach Malicka coraz wyraźniej dochodzą do głosu podobne przekonania, z tą różnicą, że wcześniej miały one formę doświadczenia mistycznego. Natomiast w "Drzewie życia" proporcje przechyliły się na korzyść idei. Aż tak wielki jest żal bohatera, jego rozczarowanie życiem, poczucie jałowości, że dopiero wizja stworzenia świata może zapełnić pustkę? Dosłowność tej wizji, natręctwo argumentów przypomina kazanie misjonarza, propagandzisty wiary. Choć może jest to wyraz rozpaczliwego poszukiwania sensu?
Mistrz prywatnie Mówią o Terrensie Malicku: mistyk z Teksasu, outsider. Porównują go do odciętego od życia publicznego pisarza J.D. Salingera. Rzeczywiście, udaje mu się od lat nie udzielać żadnych wywiadów, nie pokazywać na festiwalach i promocjach; nie pozwala się nawet fotografować. Z drugiej strony aktorzy pracujący z Malickiem twierdzą, że w codziennym obcowaniu jest fantastycznym kompanem, a jego ulubionym filmem jest popularna komedyjka "Zoolander".
Na planie wymagający i precyzyjny, potrafi "jak dziecko, zachwycać się przelatującym motylem". Ma specjalną metodę pracy, dąży do tego, by sytuacje filmowe jak najbardziej upodobnić do realnych. Na potrzeby "Drzewa..." kazał wyłączyć z życia całe miasteczko, żeby mieć je do swojej dyspozycji i móc buszować po nim z kamerą. Potrafi realizować jeden film latami. Pomiędzy "Niebiańskimi dniami" a "Cienką czerwoną linią" miał 20-letnią przerwę w filmowaniu. Wykładał w tym czasie filozofię na słynnej uczelni Massachusetts Institute of Technology, tłumaczył Heideggera. Zainteresowania ma rozległe, obraca się między sprzecznościami - ten transcendentalista zainteresował się biografią Che Guevary i był bliski realizacji filmu o nim. Co łączy mistyka i rewolucjonistą? Wiara w utopię?
Zepsute arcydzieło Ta wiara przenika wszystkie filmy Malicka. W "Niebiańskich dniach" groźna wspaniałość teksańskiej natury w słynnej finałowej sekwencji nalotu szarańczy unieważnia tragedię miłosnego trójkąta. Ludzki dramat zostaje jakby wchłonięty przez przyrodę.
W "Cienkiej czerwonej linii", dziejącej się podczas II wojny światowej na froncie na Pacyfiku, równolegle prowadzone są dwie niezależne linie narracyjne, niczym dwie rożne melodie, o odmiennych tempach. Pierwsza to ukazany z dokumentalną, naturalistyczną precyzją atak amerykańskiej piechoty morskiej; kamera biegnie razem z żołnierzami wśród traw. A równocześnie na innym planie toczy się kontemplacyjny monolog wewnętrzny, nacechowany spokojem. Głos wewnętrzny (podobnie jak w "Drzewie życia" należący do Seana Penna) stawia pytania - Bogu i zarazem sobie samemu: "Czy jesteś sprawiedliwy? Skąd się bierze zło? Czy w tobie też jest ten mrok? My, ludzie, byliśmy kiedyś jedną rodziną. Co się z nami stało? Jak utraciliśmy to dobro?".
Jak w dawnych poematach epickich - u Homera czy w hinduskiej "Bhagawadgicie" - skrupulatny opis wojennej jatki jest wypełniony dziwnym spokojem, przenika się z obrazami rajskiej natury, pięknego świata, nie na zasadzie sprzeczności, tylko dopełnienia. Jednak w "Drzewie życia" ta metoda zawiodła. Nastąpiła niefortunna zmiana proporcji - ludzi zagłuszyła idea.
Dlaczego nie mogę w nią uwierzyć? Ja, który uwierzyłem w mistyczny sens uśmiechu Giulietty Masiny w słynnym zakończeniu "Nocy Cabirii" Felliniego, w "Zielony promień" Rohmera i w "drzewko życia" w finale "Ofiarowania" Tarkowskiego? Tamte filmy wydobywały symbol ukryty w ludzkiej twarzy, w prostych obrazach natury. Tarkowskiemu w "Ofiarowaniu" wystarczyło jedno drzewko, aby powitać na nowo życie po niedoszłym końcu świata. Jego korona starczyła mu za cały kosmos.
Malick chce olśnić obrazami galaktyk i wulkanów, ale gigantyzm obraca się przeciwko niemu. Kosmiczne panoptikum, odfotografowane w skali 1:1 niczym reportaż o tworzeniu świata, wydaje się płaskie. Przypomina fotografie z gabloty w salce katechetycznej.
Co stało się z kinem, że oduczyło się operowania symbolicznym skrótem i stało się tak nieznośnie dosłowne? Co stało się z Ameryką, że jest niezdolna do stworzenia uniwersalnej utopii? A może wcześniej coś stało się z nami, że nie jesteśmy zdolni do jej przyswojenia?
Łapanie Pana Boga za nogi Na początku filmu pada cytat z Księgi Hioba. Hiob pyta, dlaczego cierpi niewinny. Bóg odpowiada mu, jakby nie na temat, arogancko: "Gdzieżeś był, kiedy zakładałem podwaliny ziemi?". Bóg chce olśnić Hioba wspaniałością stworzenia, odwrócić jego myśli od siebie, od własnego cierpienia. Chce sprawić, żeby zobaczył swoje życie jako część wielkiej całości.
Malick przyjmuje odpowiedź Boga za dobrą monetę. Ale tu właśnie bierze początek moja niewiara w "Drzewo życia", mój dystans do tego filmu. Wierzę Hiobowi, gdy pyta "dlaczego?". Nie wierzę w odpowiedź, która zresztą wielu biblistom wydaje się dodana, prowizoryczna, dopisana przez innego autora. Tak naprawdę Bóg nie wie, co odpowiedzieć. Przekonującą odpowiedzią byłaby dopiero solidarność z cierpiącym, przyjęcie jego cierpienia na siebie. Ale nie taki jest Bóg w amerykańskiej utopii.