http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zbajerowana odpowiada koneserowi

Aleksandra Szyłło
2011-06-08, ostatnia aktualizacja 2011-06-08 16:16

Nie chcę dyskutować z Krzysztofem Vargą, czy "Melancholia" jest filmem dobrym czy złym, bo musiałabym napisać: Jak nie zachwyca skoro zachwyca? A o gustach się nie dyskutuje. Do felietonu Vargi wkradło się jednak kilka myśli, które moim zdaniem sprawiają, że to ten felieton, a nie film Triera, jest hochsztaplerstwem


Fot. MATERIALY PRASOWE
"Melancholia", reż. Lars von Trier
ZOBACZ TAKŻE
Po pierwsze, Krzysztof Varga i ja byliśmy na zupełnie różnych filmach. "Wiadomo, o co chodzi, do Ziemi zbliża się planeta Melancholia, która ją rozpirzy w drobiazgi, o tym jest ten film". "Melancholia" w ogóle nie jest o tym. Ten film jest próbą przyjrzenia się naszym ludzkim reakcjom na świadomość nieuchronności śmierci. Zdołowany Trier pokazuje szyderczo całe spektrum: Lament. Wyparcie. Szamotanina (matka z dzieckiem na rękach pędzi na minuty przed końcem świata do "pobliskiego miasteczka" w irracjonalnej nadziei, że to coś pomoże? Że w kupie bezpieczniej? Że ktoś coś wymyśli?). Wzniosłość (świeczki, symfonia Beethovena, kieliszek wytrawnego wina wypity w ostatniej chwili na tarasie ...zaświadczą, że nasze życie było głębokie? Że miało znaczenie?) Niezależnie od tego, jak nasza psychika radzi sobie z wiadomością końca, zegar tyka tak samo. I co z tego dla nas wynika? Dla mnie "Melancholia" jest zaproszeniem do bardzo intymnego namysłu - co z tego dla mnie wynika?

Po drugie, Varga pisze, że von Trier blisko jest brukowców, ponieważ "ściema polega na tym, że dziś tylko emocje się liczą (...) Nie liczy się wcale, czy naprawdę umiesz śpiewać, pisać czy kręcić filmy, ale czy twoja smutna historia kogoś poruszy". Zaskakujące. Wywołanie odpowiednich emocji (a może nawet khatarsis) jest podstawowym sensem utworu artystycznego. Chopin gra emocjami i Eurypides i Monthy Python. Moim zdaniem zasadniczą różnicą pomiędzy utworem artystycznym a "smutną historią", czli rzygiem z brukowca nie jest wirtuozerska technika, tylko celowość. Artysta tworzy utwór, aby uczciwie podzielić się z odbiorcami swoim osobistym doświadczeniem i przemyśleniem, mniejsza o formę. Brukowiec nie rozumie na czy polega artystyczna uczciwość. Wydala kontent (nieważne, czy "z życia" czy fabularny), aby podniecić i sprzedać (zwiększyć oglądalność, klikalność). Nie obchodzi mnie prywatne rozliczenie von Triera, ani kogokolwiek innego, z jego prywatną depresją, o którym być może opowiada on w wywiadach (nie wiem, bo nie posiadam telewizora).

I nic mnie też nie obchodzi idiotyczny, lanserski tatuaż na pięści von Triera, która po angielsku nazywa się "fist". Nie interesuje mnie malunek na jego pięści, ponieważ nie idę z von Trierem na randkę, tylko oglądam jego filmy. I szczególnie nie obchodzi mnie, czy reżyser gdzieś swą pięść umieszcza i gdzie. Utwór artystyczny jest dziełem skończonym. "Melancholia" nie jest ani lepsza ani gorsza w zależności od tego, jaki seks uprawia von Trier. "Nóż w wodzie" nie jest ani trochę lepszym czy gorszym filmem ze względu na to, z kim spał Polański, a nawet jak bardzo jego seks był przestępczy.

Dałam się zbajerować von Trierowi do tego stopnia, że przyznaję, po wyjściu z kina jeszcze przez dłuższy czas rozmawiałam o tym, jak żyć. Co zrobić z tymi paroma chwilami, które mi zostały do (mojego) ostatecznego końca i jakie to ma znaczenie, co z nimi zrobię.

Woody Allen powiedział niedawno, że najwięcej, czego jego zdaniem może oczekiwać reżyser to to, że ludzie po wyjściu z sali kinowej jeszcze przez chwilę na temat jego obrazu podyskutują. W tym sensie von Trier jest górą.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':