Rewelacyjny dokument Wojciecha Staronia - zwycięzcy zakończonego niedawno Krakowskiego Festiwalu Filmowego - powstał niejako przy okazji dwuletniego rodzinnego pobytu Staroniów w Argentynie: żona reżysera Małgorzata uczyła tam potomków naszych emigrantów języka polskiego. - Traktowali mnie jak kosmitę - wspominał reżyser i znakomity operator (za zdjęcia do "El Premio" Pauli Markovitch zdobył Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie), który z kamerą w ręku zaczął uwieczniać mieszkańców niewielkiej miejscowości Azara. Ale w "Argentyńskiej lekcji" najważniejsze okazuje się zupełnie inne zdziwienie.
Janek, syn Staroniów, jest tu kimś więcej niż tylko bohaterem - to z jego perspektywy oglądamy argentyńską codzienność. Nie chodzi jednak o podpatrywanie egzotyki: Janek patrzy nie jak Polak wrzucony w obcy świat, tylko jak dziecko, które w naturalny sposób potrafi zachwycić się, przerazić, zdziwić. I zbliżyć do dziecięcych mieszkańców bardziej, niż potrafiłby to zrobić najwnikliwszy operator.
W Azarze Janek zaprzyjaźnia się z 11-letnią Marcią - wyjątkowo dojrzałą dziewczynką, która wchodzi niejako w role bezradnych rodziców. Próbuje różnymi sposobami wyciszać neurotyczną matkę - dolewa do jej soku uspokajające krople. Jedzie do pracującego daleko ojca i ma odwagę zapytać go wprost: Czemu nie mieszkasz z nami? W dodatku sama próbuje zarabiać - przy wyrobie cegieł, zbieraniu yerba mate, wreszcie w kiosku, którego nie pozwoli jej ostatecznie otworzyć brat.
Kamera staje się świadkiem tej przyjaźni, w której jest też miejsce na piłkę nożną (przecież to kraj Kempesa i Maradony), zabawę, dziecięce wygłupy. Ale spotkanie musi się skończyć wyjazdem Janka. Chłopiec jest mądrzejszy o "argentyńską lekcję", którą odrabia jednocześnie stojący za kamerą ojciec: również dla niego to imponująca lekcja uważności.
Źródło: Gazeta Wyborcza