http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jedz, módl się, remontuj i kochaj

Grzegorz Wysocki
2011-06-07, ostatnia aktualizacja 2011-06-07 13:58

Na listach bestsellerów - również w "Gazecie" - królują dziś opowieści o tym, że do szczęścia wystarczy daleka podróż i zasobny portfel. Ostatnim z pewnością mogą się cieszyć ich autorzy

ZOBACZ TAKŻE
Przejrzyj listę bestsellerów "Gazety Wyborczej"

Jeśli do tej pory nie uświadamialiście sobie, jak często mylą się wielcy filozofowie, naszedł właściwy moment, by ta bolesna prawda wyszła na jaw. Przykładowo, Francuz Paul Janet uważał, że człowiek nie może być szczęśliwy, gdyż posiada wyobrażenie wieczności. Z wyobrażeniem tym - twierdził - wiąże się pragnienie permanentnego szczęścia, a ono, delikatnie mówiąc, jest naiwne. Janet nie miał racji. Do końca życia tkwił w błędzie, gdyż zmarł w 1899 r., a "Rok w Prowansji" Petera Mayle'a ukazał się dokładnie 90 lat później. To właśnie od Mayle'a mógłby się dowiedzieć, że (prawie) wszyscy możemy być nieustannie szczęśliwi.

Nie słyszeliście nigdy o istnieniu Janeta? Nic nie szkodzi. To zapewne jakiś pomniejszy, regularnie błądzący, myśliciel. Gorzej, gdy okazuje się, że istnienie szczęścia podważały takie tęgie głowy jak Schopenhauer, Kierkegaard czy Nietzsche. Albo taki Flaubert, może nie filozof, ale w końcu wybitny pisarz, jeden z największych, a potrafił czasami napisać rzecz tak niemądrą jak: "Szczęście jest niepotrzebne". Gdyby żył współcześnie, musiałby się bić w piersi za tego rodzaju heretyckie wystąpienia. Jako pokutę zadałbym mu uważną lekturę "Pod słońcem Toskanii" Frances Mayes, "Tysiąca dni w Wenecji" Marleny de Blasi i "Sezonu na oliwki" Carol Drinkwater. Mógłby się przekonać, że szczęście jest towarem bardziej pożądanym niż chleb i woda. A wystarczy się trochę postarać i już możemy być szczęśliwi od rana do wieczora. Wystarczy jeść, modlić się i kochać. Niejaka Elizabeth Gilbert jest najlepszym dowodem na skuteczność swej trójstopniowej "metody".

Winnica we Włoszech (szczęście w zestawie)

W poszukiwaniu niekończącego się nigdy szczęścia powinniśmy się udać do najbliższej księgarni lub biblioteki. Nie będziemy mieć problemu z odnalezieniem właściwych tytułów, od kilku lat mnożą się jak króliki. Mowa o niezwykle popularnej odmianie literatury faktu o charakterze autobiograficznym, której bohaterowie (rozwiedziona lub dopiero co porzucona kobieta ze skłonnościami depresyjno-histerycznymi, małżeństwo z długim stażem, wrażliwy mężczyzna po przejściach) decydują się na całkowitą odmianę tragicznego lub mało satysfakcjonującego życia.

Mogą wybrać jedną z kilku opcji przewrotu: kilkumiesięczna wyprawa (wybrali się na nią Rachel Cusk z rodziną, Kristin Harmel, Peter Pezzelli czy Michael Sadler) lub decyzja o kupnie domu w jednym z obcych państw i spędzenie tam reszty życia.

Druga opcja jest najpopularniejsza i najbardziej lubiana przez czytelników. Obstawili ją m.in. Mayle, Máté, de Blasi, Drinkwater i Karen Wheeler.

Autorzy ci sugerują, że nie możemy poszukiwać szczęścia gdzie bądź. Musimy się zdecydować: albo kupujesz dom i winnicę we Włoszech (szczęście w zestawie), albo kupujesz dom i gaj oliwny we Francji (szczęście w zestawie).

Jeśli decydujesz się na Włochy, to pierwsze miejsce w rankingu idyllicznych regionów zajmuje Toskania. A jeśli żaden chłop nie sprzeda ci domu w okolicach Sieny czy Florencji, w grę wchodzi co najwyżej Umbria, Rzym, Neapol. Podobnie z Francją. Najpierw jest Prowansja, potem długo nic, następnie Bretonia, Turenia i (w ostateczności) Paryż.

Istnieje jeszcze jeden sposób na życiowy zamęt i nowy start: roczna podróż "dookoła świata". Ta metoda wchodzi w grę od czasu publikacji "Jedz, módl się, kochaj" Gilbert (prawa sprzedane do 40 krajów i prawie 10 mln sprzedanych egzemplarzy na świecie, z czego 300 tys. w Polsce), a także jej popularnej ekranizacji z Julią Roberts w roli głównej. Sformułowania "dookoła świata" nie należy brać literalnie. Wybieramy trzy, za to zdecydowanie się od siebie różniące państwa i żyjemy w każdym z nich po cztery miesiące.

Wyrzucili cię z pracy? Tym lepiej dla ciebie

Wszyscy autorzy podkreślają, jak bardzo spontaniczna była ich decyzja o porzuceniu przygnębiającej przeszłości. Istnieją jednak okoliczności zewnętrzne, bez których plan by się nie powiódł.

Po pierwsze, bohaterowie w chwili przełomu nie mają dzieci (Gilbert, Mayle, Máté, Green) albo ich pociechy są już dorosłe (de Blasi, Mayes), więc można wreszcie zacząć cieszyć się życiem.

Po drugie, decyzję ułatwia właśnie zakończony bolesny rozwód lub odejście ukochanej/ukochanego. W końcu to w zupełnie innym miejscu najłatwiej będzie zapomnieć i ewentualnie szaleńczo zakochać się w jakimś przystojnym Włochu (de Blasi, Green), Brazylijczyku (Gilbert) czy Francuzie (Drinkwater).

Po trzecie, skoro już zrywamy z dotychczasowym życiem, to na całego, więc pomocna okaże się utrata pracy albo - lepiej - buńczuczne jej rzucenie, bo przecież i tak jej nienawidziliśmy.

Wyjście na kolację? Toż to ciężka praca

A propos pracy i zarabiania pieniędzy. Wojciech Orliński pisał na łamach "Wysokich Obcasów", że "Jedz, módl się, kochaj" to sztandarowy przykład priv-lit, czyli literatury poradnikowej pisanej przez kobiety społecznie uprzywilejowane. Autorki wszystkie problemy współczesnej kobiety radzą rozwiązywać za pomocą karty kredytowej. Wystarczy nieco rozbudować definicję priv-lit i uznać, że dzięki zasobnemu portfelowi uszczęśliwimy wszystkich, nie tylko kobiety, ale też mężczyzn, małżeństwa, ba, nawet całe rodziny, a zmieścimy w niej wszystkie książki, o których tutaj mowa.

Za co kupił swój osiemnastowieczny dom położony pośród winnic i sadów czereśniowych Prowansji Peter Mayle? Jakim cudem stać go jeszcze na dziesiątki unowocześnień i zakupów, które z irytującą skrupulatnością opisuje na kolejnych stronach "Roku w Prowansji"? W książce nie znajdziemy na ten temat ani słowa. Zapoznamy się za to z ironicznymi uwagami autora na temat turystów, którzy nic nie robią, wstają późno i najchętniej nie wychodziliby z basenu. Co innego małżeństwo Mayle'ów. Żona kroi warzywa do sałatki, a mąż przygląda się robotnikom oczyszczającym basen przed domem lub instalującym centralne ogrzewanie. Czasami trzeba też wyjść na kolację lub obiad. Są jeszcze wyprawy na targi staroci oraz do gospodarzy sprzedających świeżą oliwę, makarony, sery czy trufle. Prawdziwie wykańczające zajęcia.

Zapisuj, zapisuj, zapisuj

Gilbert radzi, by jeść, modlić się i kochać, które to, nieznacznie zmodyfikowane, reguły hedonistyczno-zakonne podkradła licznym autorom książek toskańskich i prowansalskich. Mayle, Máté czy de Blasi mówią nam: jedz (i nie przejmuj się wagą), remontuj swój domek na wzgórzu (i nie przejmuj się wysiłkiem remontującej go taniej siły roboczej), zwiedzaj (wskazane pikniki w lesie, wypady samochodowe do sąsiednich miast i miasteczek oraz rozmowy z tubylcami).

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 3
  • 2
  • 1
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':