Każdy film to dla nas być albo nie być, bo wpuszczamy do kin tylko dwie-trzy produkcje rocznie. "Kung Fu Panda 2" to 15. animacja komputerowa naszej firmy - rozmowa z Jeffreyem Katzenbergiem, szefem wytwórni DreamWorks produkującej hitowe serie "Shrek" i "Madagaskar". "Kung Fu Pandę 2" od paru dni można obejrzeć w polskich kinach
Jeffrey Katzenberg jest bez najmniejszej przesady królem współczesnej animacji. Jeden z założycieli i szef wytwórni DreamWorks ma na swoim koncie takie hity jak seria o Shreku, "Madagaskar" czy "Kung Fu Panda". Produkowane przez niego filmy podbijają box office'y na całym świecie, zdobywają prestiżowe nagrody i pochwały krytyków. Na wywiady Katzenberg zaprasza dziennikarzy do siedziby wytwórni - kompleksu niewysokich budynków położonych w Glendale w sąsiedztwie największego w Los Angeles parku. Zresztą samo DreamWorks przypomina park. Mnóstwo tu zieleni, sztuczne jeziorka, fontanny. Przed budynkami są wystawione stoły do ping-ponga, kafeterie nie przypominają w niczym korporacyjnych stołówek. Spędziwszy tam dzień, nawet biorąc poprawkę na atakującą mnie piarowską propagandę przyjaznej firmy, miałam ochotę zatrudnić się w wytwórni na pierwszym wolnym etacie.
Magdalena Lankosz: Pierwsza "Kung Fu Panda" przyniosła 632 mln dol. zysku. Seria, podobnie jak wcześniej "Shrek", ma szansę stać się kolejną kurą znoszącą złote jaja dla pańskiej wytwórni. Pan tymczasem powierzył tak cenny projekt w ręce debiutującej reżyserki. Czy to nie za duże ryzyko?
Jeffrey Katzenberg: Co to za ryzyko oddać film w ręce osoby, z którą pracuję od ponad dekady? Owszem, Jennifer nie była wcześniej reżyserem, ale była jedną z kluczowych osób w DreamWorks. Była pomysłodawcą pierwszej "Pandy", odpowiadała za prace nad jej scenariuszem i sama zajęła się choreografią scen walki w filmie. Gdy spojrzeć na tę filigranową kobietkę powtarzającą w kółko, że musi uważać na dłonie, bo jest rysownikiem i to jej narzędzie pracy, jest to bardzo imponujące.
Ekipa odpowiedzialna za drugą "Pandę" przed przystąpieniem do pracy nad filmem pojechała na dokumentację do Chin. Czy to nie lekka przesada? Przecież to film rysunkowy, po co wam było oglądanie plenerów?
- Sam byłem na tym wyjeździe i uważam, że dokumentacja była niezbędna. Kiedy spotykamy dziennikarzy z Chin, mówią nam, że rozpoznali w filmie konkretne miasta, krajobrazy, budowle. Całe tło filmu było rysowane "z natury". Chodziło nam o to, by kluczowe dla tej produkcji osoby złapały atmosferę Chin, światło, grę kolorów - tego nie oddają w pełni ani zdjęcia, ani filmy.
Wolimy zainwestować w takie wyprawy, niż potem martwić się, że film nie spodoba się widzom, bo w ramach oszczędności próbowaliśmy ich nabrać na półprodukt - zrobioną od sztancy animację, w której wszystko wygląda tak samo, podmienia się tylko imiona bohaterów. To nie była moje pierwsza podróż do Chin i wiedziałem, że to bardzo piękny i inspirujący wizualnie kraj.
Wiem, że przymierzacie się do "Kung Fu Pandy 3". Nazwałby pan tę serię najważniejszą w tej chwili produkcją DreamWorks?
- Każdy film to dla nas być albo nie być. Wpuszczamy do kin dwie, góra trzy produkcje rocznie. Nie mamy luksusu popełniania błędów. Zwykła wytwórnia hollywoodzka robi 20 filmów rocznie, w swoim biznesplanie zakłada, że pięć z nich będzie hitami, dziesięć nie przyniesie strat, a kolejne pięć to będą klapy. My nie dalibyśmy rady wyprodukować tylu filmów rocznie, animacje angażują zbyt wielu ludzi i zbyt wiele czasu. Przy każdej premierze cała wytwórnia przeżywa więc wzmożony przypływ religijności i wszyscy żarliwie się modlą, by znów się udało.
Oczywiście nie urodziliśmy się wczoraj, jesteśmy bardzo dobrze zarządzaną firmą. Nie pożyczamy pieniędzy, mamy gotówkę w banku, jesteśmy przygotowani na przetrwanie jednej klapy kinowej. Ale byłaby ona bardzo wyniszczająca dla wytwórni. Sam zastanawiam się często, jak udawało nam się do tej pory nie ponieść porażki. DreamWorks istnieje od ponad dekady, "Kung Fu Panda 2" to 15. animacja komputerowa w karierze naszej firmy. Do tej pory żadna z nich nie przyniosła zysków poniżej 204 mln dol. tylko z amerykańskiego rynku. To plasuje nas co roku w czołówce najlepiej zarabiających filmów.
Macie kompleks Pixara? Rywalizujecie z nimi?
- Pewnie, że istnieje rywalizacja i nie jest tajemnicą, że z 11 wyprodukowanych przez nich do tej pory filmów część zrobiła większe pieniądze niż nasze tytuły. Przynajmniej w Stanach, bo na rynku międzynarodowym to my jesteśmy górą. Tak czy inaczej, zarówno oni, jak i my jesteśmy w czołówce, jest więc na rynku miejsce i dla nich, i dla nas. A nawet dla innych wytwórni. W zeszłym roku pięć z dwunastu najlepiej zarabiających filmów było animacjami.
Planując film, myślicie w tych kategoriach: nie amerykanizujmy tego za bardzo, bo nie spodoba się publiczności w Europie?
- Pewnie. Obmyślamy swoich bohaterów w taki sposób, by nie byli zbyt zakorzenieni w jednej kulturze, religii czy w jednym stylu życia. Ale łatwo powiedzieć: zróbmy film uniwersalny, o wartościach, które łączą wszystkich ludzi. Jakby to było takie oczywiste, wszyscy robiliby arcydzieła ponad granicami. Naszym znakiem firmowym są oczywiście bohaterowie, którzy mają mnóstwo wad, jak obżartuch Panda czy gburowaty Shrek. Okazuje się, że każda kultura identyfikuje się z niedoskonałością.
Filmy DreamWorks pojawiają się w Polsce z dubbingiem. Jak dużą kontrolę sprawuje wytwórnia nad tym, kto zastąpi w narodowych wersjach językowych oryginalną obsadę?
- To rzecz, którą ja steruję ręcznie. Sam decyduję o dubbingu we wszystkich 46 językach. Kraje, w których film jest wyświetlany z dubbingiem, przysyłają mi próbne nagrania trzech-czterech aktorów do każdej znaczącej roli. Preferujemy znanych artystów, bo oni są gwarancją jakości. Nie rozumiem, dlaczego w Ameryce ciągle powtarza się: "O, wzięli celebrytów, żeby przyciągnąć ludzi na film". Aktorzy są sławni dlatego, że mają talent. Bez talentu celebrytą może zostać tylko Paris Hilton.
Ile czasu przeciętnie mija od pomysłu na film animowany do jego premiery?
- Robimy plany na pięć lat naprzód. Jesteśmy największą na świecie wytwórnią zajmująca się animacją. Nad jednym projektem pracuje na pełnym etacie około 400 osób. Kontrakt na jeden film trwa średnio cztery lata. Teraz jesteśmy zaawansowani w pracy nad filmem "The Croods", który opowiada o prehistorycznej rodzinie. Proszę wejść do tego budynku za naszymi plecami i obejrzeć rysunki do filmu.
Jeśli mowa o nowych filmach, Steven Spielberg - który obok pana jest jednym z założycieli DreamWorks - kończy właśnie prace nad "Tintinem". Doradzał mu pan przy tym filmie?
- On nie potrzebuje żadnych doradców. Ale pokazał mi kawałek filmu i zdaje się, że będzie to niezwykła rzecz.
Nie kusi pana świat poza DreamWorks?
- Ja sobie tu zbudowałem raj. Prawie mieszkam w wytwórni. Przychodzę tu codziennie, czeka na mnie 1700 pracowników, z których wszyscy są zadowoleni. Mam piękną przestrzeń i mnóstwo zapału do tego, co robimy. Nie spieszymy się, wkładamy serce w naszą pracę. Kto z twórców filmów z aktorami ma taki komfort? Jerry Bruckheimer jest jednym z moich najbliższych przyjaciół. Razem przecieraliśmy sobie szlaki w biznesie filmowym. Jego wizja tego, jak powinna wyglądać praca filmowca, jest bardzo bliska mojej. A jednak w porównaniu ze mną Jerry żyje w nerwowym piekle.
Gdzie tu można złożyć podanie o pracę?
- Słyszę to od wielu osób, które odwiedziły DreamWorks. Pierwszy budynek po lewej za fontanną.