Jeśli jeszcze niedawno zmorą polskiego dokumentu była hermetyczna lokalność, tegoroczny festiwal w Krakowie - najstarszy festiwal filmowy w Polsce - pokazał ważną zmianę: nasi dokumentaliści coraz chętniej jeżdżą w świat, szukają tematów i bohaterów tam, gdzie ich zagraniczni koledzy. W Kałmucji, gdzie szachy urastają do rangi narodowego mitu ("Planeta Kirsan" Magdaleny Pięty), na Kubie, gdzie 23-letnia kobieta chce odnaleźć znanego tylko z fantazji ojca ("Mój tata Lazaro" Marcina Filipowicza) czy na drogach dawnego ZSRR, które pokonuje wiozący złom kierowca ciężarówki ("Odyseja złomowa" Pawła Ferdka i Łukasza Gutta).
Czasem - jak określił to jeden z jurorów - przypomina to naprędce kręcone filmy podczas krajoznawczych wycieczek. Ale czasem powstaje dokument tak niezwykły jak "Kołysanka z Phnom Penh": największe zaskoczenie festiwalu (Srebrny Róg w konkursie międzynarodowym oraz Srebrny Lajkonik w konkursie polskim).
Kambodża i seks Jej autor Paweł Kloc - do tej pory twórca klipów, reklam i programów telewizyjnych - bohaterów filmu poznał przypadkiem podczas podróży do stolicy Kambodży: on - Ilan - wyemigrował z Izraela („trudno tam o pracę, a poza tym ciągle trwa wojna”) i zarabia, wróżąc z kart Tarota, ona - Saran - sprawia wrażenie, jakby chciała jedynie przetrwać kolejny dzień. Żyją razem, chociaż daleko od stereotypów. Z trudem dogadują się po angielsku, często kłócą i prawią sobie złośliwości. „Przed ślubem kobieta jest wróżką, po - czarownicą” - mówi Izraelczyk, który nie zamierza żenić się z „agresywną alkoholiczką”. „Nie chcesz ślubu, ale chcesz »bum-bum «, a ze mną nie musisz za to płacić” - twierdzi Kambodżanka, która swojego partnera, jak można podejrzewać, szczerze nie znosi.
Łączy ich wspólne dziecko, ale Saran dzieci ma więcej. Ile i z kim? Czy to prawda, że dwoje z nich umarło, czy może zostało oddanych na wychowanie innym? "Same tajemnice" - mówi Ilan, który z początku wie niewiele więcej niż widz, za to z przerażeniem patrzy na przyszłość swojej córki. Czy rzeczywiście rodzina Saran chce ją wychować na prostytutkę i "sprzedać"? W tle przewija się przecież kambodżański seksbiznes. Dziewczyny z 51 Ulicy - "piękne, młode kurtyzany ubrane w skąpe ubrania" - uwodzą nie tylko turystów. Kupić można 15-latkę, która robi już wszystko, 12-, 13-latkę (tylko seks oralny), ale najdroższe - rozmowy z alfonsami rejestruje ukryta kamera - są dziewczyny zaledwie... 10-letnie: kosztują sto dolarów.
"Kołysankę..." ogląda się trochę jak naturalistyczny, odarty z pięknej formy Bergmanowski dramat, a trochę jak thriller, w którym żadna z zagadek nie wyjaśni się do końca. W kambodżańskim piekle ani Ilan nie jest uosobieniem szlachetności, ani Saran nie jest kwintesencją zepsucia i cynizmu. Nie ma prostego klucza, nie da się tego świata przeniknąć - sugeruje reżyser, który patrzy na swoich bohaterów z pokorą i empatią.
Patrzeć jak dziecko Jeśli pojawił się na festiwalu film wybitny, to była nim "Argentyńska lekcja" Wojciecha Staronia - zarazem dokument i hipnotyczna fabuła, opowieść o konkretnych ludziach w konkretnym miejscu i wizualny esej. Nie chodzi tu o żadną sprawę, z góry określony "temat" - kamera Staronia, podobnie jak w argentyńskim "El Premio" Pauli Markovitch o dzieciństwie w czasach argentyńskiej dyktatury lat 70. (za ten film operator otrzymał w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia), rejestruje spojrzenia dziecka, które potrafi się dziwić, zachwycić, przerazić.
W "Argentyńskiej lekcji" żona reżysera i operatora Małgorzata (znana z wcześniejszego dokumentu Staronia "Syberyjska lekcja") jedzie do Argentyny, by uczyć potomków polskich emigrantów polskiego. Widzimy spotkania w Klubie Polskim im. Jana III Sobieskiego w Azara, zaglądamy na lekcje dla najmłodszych. Ale dla reżysera najważniejsza jest perspektywa jego syna Janka - sympatycznego chłopca o niezwykłych, dużych oczach, który obcy dla siebie świat próbuje przyswoić i oswoić.
Razem z rówieśnikami Janek zbiera drzewo, ucieka przed krową, bawi się w "udawane" drinki i patrzy na miejscowe potańcówki. Ale przede wszystkim zaprzyjaźnia się z 11-letnią Marcią Majcher - rezolutną dziewczynką, która niejako wyręcza swoich bezradnych rodziców. To ona dolewa po kryjomu chorej matce uspokajające krople, próbuje zorganizować miejscowy kiosk i zarabiać - może zbierać yerba mate, gotować u pani Mańki, "tej od sklepu", myć
samochody albo robić cegły (30 złotych za 1000 cegieł). Ona też odszukuje ojca, który od dawna pracuje w innym mieście na plantacji ryżu i ze łzami w oczach zwraca się po polsku do stojącego za kamerą Staronia: "Nie jest łatwo, panie Wojtek, ale trzeba dalej...".
Janek bierze w tym wszystkim udział, a jednocześnie cały czas stoi z boku. Odzywa się rzadko, głównie słucha (np. gdy ktoś mówi: "w tym mieście jest dużo śmierci - zabijają, ucinają głowy"). To on przechodzi tytułową, argentyńską lekcję (rodzina Staroniów spędziła tam dwa lata), która fundamentalne znaczenie ma też dla Staronia seniora: jest przecież lekcją patrzenia.
Chronić dokument w dokumencie Zderzyły się w Krakowie różne podejścia do dokumentu, różne sposoby chwytania rzeczywistości. Wstrząsająca "Tonia i jej dzieci" Marcela Łozińskiego (Złoty Lajkonik - najlepszy polski dokument) to intymna, rodzinna psychodrama - siedzący przy stole Wera i Marcel Lechtmanowie rekonstruują własną historię "dzieci komunistów". Próbują zrozumieć, gdzie w historii ich matki, tytułowej Toni - przed wojną szczerze i gorliwie wierzącej w komunizm, po wojnie przez komunistów więzionej - kryje się mit, a gdzie fakty, co jest prawdą, a co historycznym kłamstwem. Towarzyszą im zeznania Toni sprzed lat, archiwalne zdjęcia, pamiątki z przeszłości. Ale też przyjaciel z dzieciństwa, czyli reżyser: dla niego to historia nie o Lechtmanach, ale o wysokiej cenie, jaką pokolenie dzieci musiało zapłacić za wybory swoich rodziców.
W szwedzkich "Rozczarowanych" Marcusa Lindeena (Srebrny Róg za najlepszy film średniometrażowy) strategia dokumentalna jest podobna, ale temat skrajnie inny: dwóch siedzących naprzeciwko siebie Szwedów stara się dociec, na czym polega płciowa tożsamość. Obaj przeszli operacje zmiany płci (jeden w 1967 roku, drugi w 1994) i obaj tę decyzję próbowali później chirurgicznie odwrócić. "Nowy penis nie tworzy mnie w całości" - mówi ten, który ma za sobą 11-letnie małżeństwo (jako kobieta) i nawet dziś - jako mężczyzna - ubiera się kobieco. "Operacja nic nie zmienia: jesteś tym, kim jesteś. Może reprezentuję inną, trzecią płeć? Może obaj wyprzedziliśmy czas?".
Nie zabrakło na festiwalu klasycznych dokumentów opartych na żmudnej, uważnej obserwacji - najbardziej szlachetny przykład to "Lekarze" Tomasza Wolskiego: niezwykły portret pracujących w szpitalu chirurgów, codziennej pracy, w której ratowanie życia dyskretnie zderza się z lekarskim "ego". Pojawiły się intrygujące, dokumentalne "śledztwa" - jak "Baranek boży" Alejandry Sanchez o dorosłym dziś Meksykaninie, który chce odnaleźć molestującego go w dzieciństwie księdza, zrzucić wstydliwy bagaż, ale po spotkaniu z dawnym mentorem (w którym był szczerze zakochany) pozostaje tak samo bezradny jak na początku filmu.
Coraz chętniej dokumentaliści wykorzystują też technikę animacji - jak w "1989 (Gdy miałem pięć lat)" Thora Ochsnera czy w "Podróży na Wyspy Zielonego Przylądka" José Miguela Ribeiro (oba filmy nagrodzone Srebrnymi Smokami).
Ironicznie - choć to ironia bezwzględna i wyjątkowo celna - zabrzmiał w tym kontekście film Piotra Bernasia (fotoreportera związanego przez kilka lat z "Gazetą") "Paparazzi" wyróżniony PRIX EFA, co oznacza nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej. W tym portrecie polskich łowców sensacyjnych fotek, w którym odbija się jak w pigułce oglądany przez pryzmat "skandalu" rok 2010 (od katastrofy smoleńskiej po nocnik
Kasi Cichopek) nie chodzi przecież tylko o zjawisko paparazzich.
"Cały ten proces bycia skurwysynem przechodzisz świadomie - podłe rzeczy robi się łatwiej, to cię napędza od środka" - wyznaje bohater reżyserowi. Brawurowy, montowany wideoklipowo dokument Bernasia nie tyle krytykuje tabloidy, co uzmysławia potrzebę innego, nietabloidowego podejścia do rzeczywistości. To "inne" spojrzenie - udowadnia krakowski festiwal - wciąż ma się dobrze.