Dorota Wodecka: Pytanie, za które pan mnie znienawidzi... Tomasz Piątek*: Jak to się stało, że wróciłem do nałogu? Byłem wtedy sam, bez rodziny w
Warszawie. Nikt mnie nie pilnował, a ja czułem się silny. To złudne. Kupiłem rum kokosowy. Niektórzy rozcieńczają go mlekiem, ale ja piję go jak wodę. Wtedy chyba litr. Sądziłem, że to raz i koniec, że taki wyskok można sobie w głowie zagadać. Przetrwałem długo, bo przez cały następny dzień. Wieczorem znowu wypiłem. Po tygodniu wziąłem heroinę. I tak przez cały poprzedni rok. Z przerwami, bobym nie przeżył.
Wrócił pan w świat, o którymi pisał przed laty? Do bohaterów "Heroiny"? - Część z nich już nie żyła. Pani sobie chyba nie wyobraża jakichś powitań, klepania po plecach i: "Cześć stary, jak dobrze, że wróciłeś"? W świecie narkomanów od razu przechodzisz do konkretów: ile chcesz i za ile.
Powiedział pan żonie? - Przez miesiąc ukrywałem przed nią, co się stało. Przyjeżdżałem do
Łodzi w weekendy i chorowałem. Hania jest współuzależniona, więc z jednej strony ma potrzebę kontrolowania mnie, a z drugiej oszukiwania siebie samej, że to niemożliwe, bym brał.
Doszedłem do ściany. Awanturowałem się, rodzice wyrzucili mnie z domu. Nie miałem dokąd pójść, a nie chciałem fundować żonie tego samego co rodzicom. Hania zawiozła mnie na terapię.
To dla niej po raz drugi poszedł pan na odwyk? - Jestem świeżo po tzw. reanimacji i jeszcze nie wiem, czy przeszedłem przez nią dla niej, czy dla siebie. Jeden z terapeutów powiedział mi, że zrobiłem z Hani żywy esperal i trzeba z tym skończyć.
I jaka jest rzeczywistość bez heroiny? - Po odstawieniu pierwsze dni są zawsze straszne, nawet jak nie ma fizycznych objawów. Do tej pory lekko trzęsą mi się ręce, jak patrzę na to, co widzę.
Na co? - Lampa, stół, krzesło. Wszystko boli. Wszystko drażni. W ośrodku w tym stanie człowiek jest konfrontowany z rzeczami, które jeszcze bardziej zwiększają poczucie bezsensu, nieprzystawalności wszystkiego.
Codziennie musiałem wysprzątać mały parterowy budynek. Za pierwszym razem było OK, ale za drugim? Przecież dokładnie go posprzątałem poprzedniego dnia. Zero pyłku. Dopiero po kolejnych dniach sprzątanie tej czystej powierzchni było medytacyjne. Ale kiedy zostałem na chwilę kierownikiem pracy w ośrodku, nie kazałem nikomu myć po raz pięćdziesiąty kibli.
Tylko? - Wyjść na podwórko i zgarnąć śnieg z całego terenu na jedną wielką kupę, a potem skakać po niej, by rozdrobnić ją na kawałki.
Po co? - Żeby szybciej stopniał. Nienawidzili mnie za to, przeklinali mnie i śpiewali o mnie wredne
piosenki: "Tomek Piątek to choróbska jest początek", ale jednak mieli o wiele lepszą zabawę niż przy sprzątaniu kibli.
A pan się czuł bogiem? - Byłem dobrym bogiem. Poskakali na powietrzu, zamiast szorować ten sam idealnie czysty sedes.