6 lipca Fleet Foxes zagrają w Poznaniu w ramach festiwalu Malta. Ich płyta w Polsce będzie dostępna pod koniec maja
Fot. FLASH PRESS MEDIA Redferns
Wydany właśnie w USA drugi album grupy Fleet Foxes "Helplessness Blues" to jeden z najpoważniejszych kandydatów do miana płyty roku. 6 lipca zagrają ten materiał w Poznaniu w ramach festiwalu Malta
Fleet Foxes, fot.mat.prasowe
Fleet Foxes
Pierwsze reakcje są entuzjastyczne. Brytyjskie "Independent" i "Mojo" - pięć gwiazdek. Internetowy portal Sputnickmusic - również najwyższa nota. Amerykański magazyn "Spin" - 9 na 10 możliwych punktów. Ceniony przez fanów muzyki niezależnej Pitchfork - 8,8 na 10. "Rolling Stone" i "Guardian" - cztery gwiazdki. Na ile te oceny to rzeczywisty efekt racjonalnej oceny, a na ile wyraz pokładanych we Fleet Foxes nadziei?
Może lepiej zamiast zadawać takie pytania, zdać się na zupełnie inne kryterium oceny. Robin Pecknold w wywiadzie dla magazynu "Rolling Stone" wyznał, że podczas pracy nad "Helplessness Blues" stał się tak nieznośny, marudny i drażliwy, że jego dziewczyna w końcu go rzuciła. Ale postanowiła wrócić, gdy... usłyszała nową płytę.
Historia tak ładna, że aż się chce, żeby była prawdziwa. Tym bardziej że niektóre piosenki na "Helplessness Blues" faktycznie brzmią tak, jakby mogły wyleczyć nawet najbardziej zranione serce.
Appalachy są w Seattle
- Nie mogę się doczekać wejście do studia i nagrywania kolejnego longplaya - tak w połowie 2008 r. mówił w "New York Timesie" lider Fleet Foxes Robin Pecknold. Jego kapela była właśnie w trakcie promocji debiutanckiej płyty zatytułowanej po prostu "Fleet Foxes" i mogła sobie pozwolić na snucie planów typowych dla formacji związanej ze sceną niezależną - promocja w mediach, trasa koncertowa, seria występów na festiwalach, a potem spokojny powrót do studia.
Za chwilę było jednak jasne, że plany Fleet Foxes będą musiały się zmienić. Znany praktycznie tylko w rodzinnym Seattle i okolicach zespół nagle zaczął zdobywać międzynarodowy rozgłos. Co prawda mogli podejrzewać, że coś wisi w powietrzu - pod koniec 2007 r. okazało się, że ich piosenki w serwisie MySpace w zaledwie kilka tygodni odsłuchało ćwierć miliona ludzi.
Ale nawet to nie było w stanie przygotować ich na nadchodzącą burzę. W albumie najpierw zakochała się Europa. Potem echo popularności zdobytej na Starym Kontynencie dotarło do Ameryki. Krytycy i publiczność zachwycili się surowym pięknem piosenek Fleet Foxes - mocno osadzonych w amerykańskiej tradycji folkowej, opartych na akustycznych brzmieniach i fantastycznych harmoniach wokalnych, w których słychać było zarówno dokonania takich legendarnych formacji jak Simon & Garfunkel czy Crosby, Stills & Nash, jak i archaiczne pieśni ludowych muzyków z Appalachów.
Jednego wieczora Fleet Foxes byli skromną niezależną formacją, następnego występowali w popularnym telewizyjnym show "Saturday Night Live". Pecknold mówił: - Pamiętam, że tuż przed premierą "Fleet Foxes" mówiliśmy: "Dobra, miejmy to już za sobą, wydajmy tę płytę i wreszcie będziemy mogli zająć się czymś innym". A tu nagle kompletnie zmieniło się nasze życie.
Mesjasze alternatywy
Ostatecznie w Stanach rozeszło się 400 tys. egzemplarzy "Fleet Foxes". W Europie fani kupili 700 tys. Na kompaktach lub winylach, bo drugie tyle rozeszło się w postaci plików cyfrowych w internecie. Amerykańska biblia muzycznego show-biznesu "Billboard", prestiżowy brytyjski magazyn "Mojo" oraz słynny serwis internetowy Pitchfork obwołały debiut Fleet Foxes płytą roku. Za najlepszy tytuł sezonu uznali ją w internetowym głosowaniu także słuchacze publicznej amerykańskiej stacji radiowej NPR. "To punkt zwrotny w historii amerykańskiej muzyki. Ten album już teraz jest klasykiem" - pisał brytyjski "Guardian". Krytycy zgodnie wskazywali na przełomowy charakter płyty, która wyznaczyła nowy kierunek w alternatywie - nagły zwrot ku akustycznym brzmieniom i folkowej tradycji oraz niespodziewaną dbałość o aranżacje skomplikowanych linii wokalnych. Paczka zarośniętych, ubranych w proste koszule i rozciągnięte swetry chłopaków z Fleet Foxes nagle objawiła się nie tylko jako świetna kapela pisząca dobre piosenki, ale wręcz nowy mesjasz alternatywy, który - stawiając na powrót do korzeni i związany z nim wspólnotowy wymiar muzykowania - miał nagle odnowić etos sceny niezależnej.
Perfekcjoniści kasują
Po czymś takim nie jest łatwo tak po prostu skończyć trasę, wejść do studia i nagrać kolejną płytę. Promocyjne obowiązki ciągnęły się w nieskończoność, a gdy Fleet Foxes mogli wreszcie zapomnieć o debiucie i skoncentrować się na nowym materiale, zaczęły się schody.
Postawili sobie techniczne i artystyczne cele, których realizowanie zamieniło pracę w koszmar. Brzmienie miało być bardziej "organiczne". Produkcja - jak najbardziej surowa. Sesje nagraniowe - realizowane na żywo. Wokale - nagrywane wyłącznie w pierwszym podejściu. Kompozycje - najlepsze, jakie do tej pory napisali. Teksty - dopracowane co do słowa.
- Czy to wszystko miało sens? Jeszcze nie wiem - mówi dziś Pecknold.
W grupie nieustannie wybuchały awantury, piosenki nagrywane były po kilkanaście razy, aż w końcu zespół podjął decyzję o skasowaniu nagranego już materiału i rozpoczęciu całej pracy od początku. Oznaczało to co prawda wydanie 60 tys. dol. z własnej kieszeni na nowe sesje nagraniowe - ale czego nie robi się dla sztuki?
Ucieczka do przodu
To znana w historii popkultury przypadłość. Wykończyła już niejednego obiecującego artystę. Jednak Fleet Foxes najwyraźniej sobie z nią poradzili. Wytrzymali i presję wywołaną sukcesem debiutanckiego albumu, i napięcia związane z własnym dążeniem do doskonałości. "Helplessness Blues" wydany w Stanach nakładem macierzystej wytwórni grupy legendarnej Sub Pop, a w Wielkiej Brytanii - firmy Bella Union, której współwłaścicielem są muzycy formacji Cocteau Twins, nie zawodzi. Już przy pierwszym przesłuchaniu tej płyty uderza to wszystko, czym grupa czarowała również na debiutanckim "Fleet Foxes".
Niezwykłe współbrzmienie głosów, piękne, trochę nierzeczywiste melodie, specyficzna surowość, która jednak ani przez chwilę nie ma nic wspólnego z prostotą, oniryczno-bukoliczny klimat - mimo napięć w studiu i ciągnących się miesiącami sesji Fleet Foxes nie zatracili żadnego ze swoich największych atutów. Takie utwory jak "Montezuma", "Battery Kinzie" czy utwór tytułowy spokojnie mogą rywalizować z największym hitem debiutu "White Winter Hymnal".
- Skasowaliśmy część nagrań, bo za bardzo tkwiły w kontekście współczesnej muzyki indie - tłumaczył Pecknold decyzję o powtórnym nagraniu materiału. Porównanie "Fleet Foxes" z "Helplessness Blues" dobrze pokazuje, o co mu chodziło. O ile mimo wszystkich folkowych odniesień na debiutanckiej płycie mocno (np. w strukturze piosenek czy grze sekcji rytmicznej) pobrzmiewa idiom współczesnej alternatywy, o tyle drugi longplay to bardziej zdecydowany krok poza kanony wyznaczane obecnie na rockowej scenie niezależnej.
W nowych piosenkach ciągle słychać zarówno ludową tradycję, jak i wpływy tria Crosby, Stills & Nash (posłuchajmy choćby "Bedouin Dress" lub "Someone You'd Admire"). Ale sam Robin, mówiąc o tej płycie, przyznaje, że jego zespół inspirował się też dokonaniami innych - Roya Harpera z okolic płyty "Stormcock" i Vana Morrisona z "Astral Weeks". Ci dwaj brytyjscy muzycy patronują niewątpliwie najbardziej rozbudowanym, wieloczęściowym kompozycjom na "Helplessness Blues" - "The Plains/Bitter Dancer" oraz "The Shrine/An Argument".
To niemal małe suity. Najambitniejsze, zdradzające spore pretensje artystyczne grupy. Wciąż czuć w nich folkowy sznyt, ale rozbudowana, chwilami wręcz rozbuchana forma (drugi z tych utworów trwa aż osiem minut) daleka jest od schematu prostych ludowych piosenek. A pojawiający się tam saksofon to chyba jedno z największych zaskoczeń na tej świetnej płycie.
Z tym że polscy fani będą mogli się o tym przekonać dopiero pod koniec maja, kiedy płyta pojawi się w naszych sklepach.