Jak wyglądał Jezus? Pokolenia europejskich artystów ufały popularnemu opisowi Publiusza Lentulusa, który w liście do rzymskiego senatu twierdził, że "jego [Jezusa] włosy mają barwę niedojrzałych orzechów laskowych, są aż prawie po uszy gładkie, ale potem opadają na ramiona nieco ciemniejszymi i bardziej lśniącymi lokami; pośrodku głowy ma przedziałek, brodę koloru włosów, niezbyt długą, lecz nieco rozdzieloną na końcu; oczy szare i jasne". Uważany za świadectwo z czasów Chrystusa, tekst ten jest w istocie średniowiecznym falsyfikatem, a opisana twarz przypomina znane z bizantyjskich ikon idealne boskie oblicze. Według tego modelu, jako delikatnego blondyna, przedstawiali jednak Jezusa najwięksi północni mistrzowie, z Janem van Eyckiem na czele. Rewolucji w boskim obrazie dokonał w połowie XVII w. Rembrandt van Rijn: pokazał Boga jako młodego, ogorzałego Żyda.
Latem 1656 r. Rembrandt van Rijn był na skraju bankructwa. W inwentarzu jego przeznaczonego na sprzedaż mienia znalazły się trzy głowy Chrystusa, jedna z nich namalowana "według natury" ("nae het leven"). Jądrem paryskiej wystawy jest grupa takich podobizn - olejnych szkiców na dębowej desce. W Paryżu po raz pierwszy pokazano je razem. Wyeksponowana w półkolistym, zaciemnionym pomieszczeniu seria "portretów Boga" robi piorunujące wrażenie. Ukazane na neutralnym tle głowy zajmują niemal całe pole obrazu. Zamaszyście rozsmarowana farba, żłobiona twardym narzędziem dla wzbogacenia faktury. Chrystus ma ciemne włosy, mięsiste, zmysłowe usta i oczy o ciężkich powiekach. W poszczególnych wersjach różnią się przede wszystkim emocje, podkreślane grą światła i cienia. Na obrazie z muzeum w Filadelfii, z przechyloną głową i uciekającym wzrokiem, Jezus jest pochłonięty własnymi myślami. W wersji z Amsterdamu ma zamknięte oczy i lekko uchylone usta, jakby przeszywał go wielki ból. Na innym, energicznym szkicu widać zarys złożonych rąk, a twarz jest zatopiona w modlitwie. Z kolei namalowany nieomal impresjonistycznie, z mocnymi, jasnymi odcieniami skóry i wyżłobionymi w powierzchni farby liniami, Chrystus z Cambridge wydaje się zajęty dysputą. Na znakomicie zachowanym obrazie z Berlina widać nawet drobne plamki ostrej czerwieni, którą Rembrandt wykończył odwróconą od nas twarz. W innym ujęciu Chrystus został ukazany en face, jednak nie patrzy na widza. Także w obrazie z Detroit modli się ze wzrokiem zwróconym ku górze.
Rembrandt namalował ziemską, ludzką twarz Chrystusa, pogrążoną w rozterkach, skrajnie różną od beznamiętnego, androgynicznego blondyna, jakiego przedstawiali zwykle malarze Północy. Wystarczy go porównać z ukazanym w sąsiedniej sali hieratycznym, kamiennym obliczem Jezusa z tryptyku Rogera van der Weydena z połowy XV w. Rembrandta nie zainspirował też mandylion - idealnie symetryczna Święta Twarz, jaką niesie dwóch aniołów na rycinie Dürera. Jezus Rembrandta to żywy człowiek, pozbawiony nawet identyfikującego atrybutu.
Wydaje się, że wszystkie te obrazy zainspirował ten sam model, zapewne mieszkał niedaleko Rembrandta w amsterdamskiej dzielnicy Jodenbreestraat. Nic dziwnego, że artysta tak właśnie mógł wyobrazić sobie Chrystusa. Niewiele wcześniej do Holandii, która jako pierwsza w Europie ogłosiła wolność religijną, przybyli Żydzi z całej Europy oraz z ogarniętego inkwizycją Półwyspu Iberyjskiego. W XVII w. świat żydowski i chrześcijański spotykały się na ulicach Amsterdamu, "Nowej Jerozolimy". Sam Rembrandt, który należał do liberalnej protestanckiej sekty mennonitów, utrzymywał kontakty z wyznającym reinkarnację rabbim kabalistą Menassehem Ben Israelem, którego kilkakrotnie sportretował. Choć na początku swojej kariery, zgodnie z panującą tradycją, Rembrandt przedstawiał stereotypowe, karykaturalne oblicza Żydów, jednak szkicując z natury, stworzył bardziej ludzki, żywy obraz amsterdamskich sąsiadów, a w końcu wyobraził sobie żydowskiego Jezusa.
Swoje portrety Chrystusa Rembrandt malował w czasie reformacji, która podważyła rolę obrazów i ogołociła kościoły z malarskiej dekoracji. Być może także to sprawiło, że Chrystus Rembrandta to człowiek, który chodził po ziemi. Tylko dzięki delikatnej stylizacji rozumiemy, że nie jest to portret żydowskiego młodzieńca. Indywidualne rysy zostały lekko wyidealizowane, aby nie odbiegały od kanonu, a pozy i skromny strój nie pozostawiają wątpliwości. Postać Jezusa przemawia już nie tylko poprzez cierpienie, lecz także siłą osobowości. Na szkicu przedstawiającym scenę w domu Marii i Marty Jezus wychyla się od stołu i z żywą gestykulacją zwraca się do pochłoniętej obowiązkami domowymi starszej siostry. Gdyby nie bijące od niego światło, rysunek z pochyloną nad książką Marią można by uznać za scenę domowych korepetycji. "Ludzki" obraz Chrystusa nie był jednak dla Rembrandta odkryciem młodości, lecz ewoluował przez kilkadziesiąt lat jego kariery. Paryska wystawa pozwala prześledzić etapy tych poszukiwań.
Żadna z "głów Chrystusa" nie została dokładnie powtórzona na znanym nam dziś obrazie. Nie wiadomo także, czy są dziełami samego mistrza, czy też stanowiły ćwiczenia jego warsztatu. Tworzenie licznych wersji tego samego tematu należało do praktyki Rembrandta.
Wystawa ukazuje drogę Rembrandta od młodzieńczych, teatralnych wizji, z dramatyczną akcją i udziałem tłumów, do coraz bardziej intymnych, skupionych kompozycji. Na "Wskrzeszeniu Łazarza", rycinie z 1632 r., wagę cudu podkreślają oślepiające światło i gwałtowne gesty świadków wydarzenia. Dziesięć lat później Rembrandt ukazuje znacznie bardziej powściągliwe ujęcie tego tematu. Przyglądający się scenie ludzie nie unoszą rąk w przerażeniu, lecz ze skupieniem patrzą na wyłaniającego się z grobu Łazarza. Nie przypadkiem Rembrandt wybierał te epizody z życia Jezusa, w których najwyraźniejsza jest reakcja ludzi na jego obecność. Dlatego powracał do tematu Chrystusa i jawnogrzesznicy, niewiernego Tomasza, nauczania czy "noli me tangere". Ten ostatni tytuł oznacza "nie dotykaj mnie" i odwołuje się do spotkania zmartwychwstałego Chrystusa z Marią. Aż pięciokrotnie przedstawiał także Rembrandt wieczerzę w Emaus, gdzie Chrystus objawił się uczniom przy łamaniu chleba. W fascynującym obrazie z 1629 r. główną rolę odgrywa niezwykła iluminacja. Nie widzimy twarzy siedzącego tyłem Chrystusa. Jezus jest "światłością świata", która odbija się zadziwieniem na twarzy ucznia. Zachowana w Luwrze wersja tego samego tematu z 1648 r. jest o wiele skromniejsza, Jezus łamie chleb i modli się z oczami zwróconymi ku górze.
Na tym medytacyjnym obrazie maleńka twarz Chrystusa jest bliska „głowom Chrystusa” które zapewne powstawały mniej więcej w tym samym okresie, w ostatniej dekadzie aktywności artysty. Podobne oblicze Jezusa można znaleźć na słynnej rycinie „Hundertguldenblatt” - Rembrandt starał się na niej podsumować misję Chrystusa, który zarazem naucza i uzdrawia, przyjmuje dzieci, napomina apostołów i odpowiada faryzeuszom.
Poprzez serię znakomicie dobranych porównań paryska wystawa pozwala docenić radykalizm wizji Rembrandta. Być może po części świadomie artysta realizował kalwinistyczne pouczenie nakazujące wyryć obraz Chrystusa w sercu i duszy. Jego portrety Jezusa przemawiają do serca religijnej czy świeckiej wyobraźni ponad czasem i wyznaniowymi podziałami.
"Rembrandt et la figure du Christ", 18 kwietnia - 18 lipca 2011 r., Luwr, Paryż.
Wystawa zorganizowana przy współpracy z Philadelphia Museum of Art i Detroit Institute of Arts.
Źródło: Gazeta Wyborcza