"Synku, stałeś się niebezpieczny. Pewne rzeczy muszą zostać w rodzinie" - mówi w "Książce" Mikołaja Łozińskiego tata narratora, w którym nietrudno rozpoznać reżysera Marcela Łozińskiego. W dokumencie "Tonia i jej dzieci" Łoziński sam wchodzi na zakazany teren.
Opowiedziana przed kamerą rodzinna historia, przez którą przewija się melodia starej socjalistycznej kołysanki z początku wieku o tym, jak "robotnicze dziecko śpi i o czarnym chlebie śni", ma ciężar ołowiu i rangę XX-wiecznej tragedii. Ta tragedia pozostaje niewypowiedziana. Przesłaniają ją nam słowa "komunizm" i "komuniści" używane jako straszak, inwektywa, deprecjonujące określenie wroga, zawsze w liczbie mnogiej. Ten film operuje liczbą pojedynczą, rodzinnym konkretem. Wciąga widza do rozmowy, w której "komunizm" jest zarazem najgłębszą wiarą rodziców, jak przekleństwem ich życia.
Opowieść rozegrana w jednym miejscu i jednym czasie, stwarza wrażenie zarejestrowanego za jednym zamachem materiału. Nic bardziej mylącego. Film powstawał długo, miał wiele wersji, a ostateczny kształt ma precyzję tragedii zawieszonej na jednym słowie, które pada na końcu rozmowy.
Przy stole, pod lampą, wśród zdjęć, listów, protokołów przesłuchań siedzą trzy osoby: dzieci Toni Lechtman - Wera, jej młodszy brat Marcel - oraz drugi Marcel, reżyser. Znają się od dzieciństwa. Mają dziś około siedemdziesiątki. Urodzili się we Francji, ich rodzice byli bojownikami antyfaszystowskimi, komunistami. Brat i siostra odtwarzają przed kamerą swoją historię. Może dzięki kamerze po raz pierwszy o tym z sobą rozmawiają? Film rodzi się jakby na naszych oczach. Jest przetykany zdjęciami, na których wszyscy są uśmiechnięci, jak zwykle w rodzinnym albumie. A jednak jest to podróż przez piekło. Wraz z bohaterami oglądamy od środka piekło historii, piekło ideologii wybrukowane dobrymi intencjami. Ta historia jest równie ludzka i równie okrutna jak eksperymenty na ludziach dokonywane w powieściach markiza de
Sade'a.
Jest rok 1949. Wera, córka Toni, stoi ze swoim dziewięcioletnim braciszkiem Marcelem na progu domu dziecka, dokąd ich skierowano po aresztowaniu matki. Dzieci są same, czekają długo. W końcu ktoś otwiera drzwi, pyta: "Kto wy jesteście?". "My jesteśmy dzieci komunistów" - odpowiada rezolutnie Wera i podaje wychowawczyni teczkę swoich dokumentów. Tamta krzyczy: "Znowu nam tę żydokomunę przysyłają!". "Wtedy po raz pierwszy usłyszałam to słowo" - dodaje z uśmiechem Wera. Tak zaczyna się opowieść o Toni i jej dzieciach.
Na to, co w potocznej polszczyźnie staje się polem szantażu politycznego, patrzymy w tym filmie od środka. Zostajemy jakby wciągnięci do rodziny, dopuszczeni do jej tajemnic.
Historia Toni i podobnych jej ofiar Stalina, komunistów torturowanych przez innych komunistów, skazywanych w pokazowych procesach, przyznających się do niepopełnionych win i w duchu nieumiejących się rozstać z ideą młodości, a później w 1968 r. wyrzucanych z kraju, będących ofiarami, a zarazem nieświadomymi winowajcami - to wszystko stanowi ładunek mocniejszy niż pamiętne filmowe "Przesłuchanie". Tam ofiarą była przypadkowa osoba - podczas gdy Tonia cierpi za to, w co wierzyła w sposób religijny. Jej tragizm polega na tym, że nie jest w stanie oddzielić swoich prześladowców od idei, w którą wierzy, jak potępieniec w piekle szuka w sobie win. Zwolniona z więzienia po ogłaszanych w Wolnej Europie rewelacjach Światły, zbiegłego na Zachód wysokiego rangą funkcjonariusza UB, nie chce wyjść z więzienia! Powiedzieli jej, że aresztowanie było pomyłką, jednak ona początkowo nie chce w to uwierzyć. Wciąż czuje się winna.
Po raz pierwszy dostała w twarz za swoje komunizowanie, za ulotki rozrzucane pod fabryką od rodzonego ojca jako młoda dziewczyna, jeszcze przed wojną. Jej rodzina emigruje w latach 30. do Palestyny, żeby być jak najdalej od komunizmu. Ale Tonia nie chce się wyleczyć. W Palestynie nie przestaje studiować Lenina. Zostaje
policyjnie wyrzucona z kraju. Ze swoim mężem jedzie walczyć z faszyzmem w Hiszpanii w Brygadach Międzynarodowych. Po zwycięstwie Franco odwiedza męża we francuskim obozie dla uchodźców. Tam począł się brat Wery Marcel. W tym czasie oboje zrywają kontakty z przyjaciółką, która należała do rozwiązanej przez Stalina KPP. Tak każe partia - a partia się nie myli. Mąż Toni zostaje wydany przez Francuzów gestapo. Zginie w Oświęcimiu. Tonia Lechtman z dziećmi, Werą i Marcelem, zostają uratowani przez francuskiego urzędnika. Po wyzwoleniu w 1945 r. jest aresztowana przez władze francuskie jako bezpaństwowiec. Odzyskuje wolność i polski paszport. Pracuje dla Polaków we Francji w komitecie repatriacyjnym. Tam styka się z amerykańską chrześcijańską organizacją charytatywną założoną przez unitarian, odłam protestantów bliski arianom. Działa w niej Noel Field. Znajomość z nim sprawi, że Tonia zostanie w Polsce kilka lat po wojnie oskarżona o uczestnictwo w szpiegowskim spisku. Zwolniona po śmierci Stalina ("wyzwolił mnie ten sam Światło, który mnie aresztował"), odzyskuje po latach swoje dzieci Werę i Marcela. Mieszkają razem na Dolnym Mokotowie. Tonia leczy się psychiatrycznie. Syn wstydzi się matki. Kiedy Tonia przyrządza w domu więzienną sałatkę z cebuli, woła do niej: "Tak jedzą Żydy!". Tego nauczył się w internacie. Dowiaduje się wtedy po raz pierwszy o swoim pochodzeniu.
Tonia utrzymuje kontakt z dwiema kobietami, dawnymi współwięźniarkami z celi. Jedna z nich była uwięziona "za AK", druga - "za Gomułkę". Różnice poglądów nie miały w ich sytuacji żadnego znaczenia. Torturowane kobiety pomagały sobie wzajemnie. Dzięki temu przeżyły piekło konwejera, dwunastodniowego niespania, opluwania, wyrywania włosów, miażdżenia palców. Kiedy spotykają się na wolności, odreagowują więzienny horror, odgrywają przed sobą sceny przesłuchań, parodiują Różańskiego, który torturował je osobiście.
Zaprzyjaźniony z Marcelem Lechtmanem Marcel Łoziński - wówczas, w latach 60., student łódzkiej szkoły filmowej - realizuje etiudę dokumentalną "Trzy kobiety". Filmuje seanse pamięci Toni, Ewy i Haliny, ich rozpaczliwą obronę przed koszmarem, od którego nie mogą się uwolnić. Szkoła przestraszyła się tego filmu. Zabroniono mu go ukończyć, materiały zostały zniszczone. Zachowały się tylko fragmenty. Łoziński pokazuje je teraz dzieciom Toni - Werze i Marcelowi.
Czy da się nazwać, wypowiedzieć do końca przeżycie, które naznaczyło je na zawsze? Kluczowym momentem ich wewnętrznej biografii było rozdzielenie z matką. Zanim jeszcze została uwięziona, sama oddała je do domu dziecka, poświęcając się pracy przy odbudowie kraju. "Czy nie można, pracując dla kraju, mieć dziecka w domu?" - Łoziński pyta swoich przyjaciół. To retoryczne pytanie zadaje również sobie, bo i on, dziecko bojowników, z podobnych powodów został oddany do domu dziecka. W imię zbiorowego dobra staje się krzywda, zostaje zadane cierpienie. Ale Wera, ani Marcel nie umieją ani nie chcą oskarżyć swojej matki. Chcą ją tylko zrozumieć. Czy to możliwe? Płaczą nad nią. Przezwyciężając szloch, czytają przed kamerą jej zeznania, w których Tonia przyznaje się do niepopełnionych przestępstw. W tej podróży w przeszłość, jaką wspólnie odbywają, odsłania się dramat rodzeństwa: opiekuńczość Wery wobec młodszego brata, któremu musiała matkować, i jego ucieczka, wypieranie rodzinnej więzi, niezdolność do braterskich uczuć.
Z jednej strony "Tonia i jej dzieci" obnaża swoich bohaterów, dotyka najboleśniejszego punktu ich świadomości. Z drugiej strony reżyser tej psychodramy robi wszystko, żeby uniknąć roli śledczego. Siada razem ze swoimi bohaterami przy jednym stole. Jest uczestnikiem tego samego dramatu, dzieckiem tej samej tragedii. Po raz pierwszy, przełamując wewnętrzny opór, Marcel Łoziński mówi w swoim filmie: ze mną było podobnie.
W "Toni i jej dzieciach" dokonuje paradoksalnej operacji - jak w dokumencie "Żeby nie bolało", gdzie odsłaniał wewnętrzne zranienie swojej bohaterki, a zarazem starał się ją osłonić, pokazać, jak ta samotna kobieta heroicznie przekracza swoją sytuację, swój los, jak broni się za pomocą głębokiej samoświadomości.
W "Toni i jej dzieciach" nie ma tonu skargi. Oskarżenie systemu? A cóż to za byt? Przecież wszystko rozgrywa się między ludźmi. Najgorsze, czego dowiadujemy się o ludzkości, tkwi we wnętrzu człowieka. Łatwo dziś mówić o tamtym "systemie", jakby był ewenementem w dziejach, niemającym z nami nic wspólnego. A przecież komunizm jedynie odsłonił coś, co jest w nas, co może powrócić z nieoczekiwanej strony.
Prawda nie może być ujawniona do końca. Jest zakorzeniona zarówno w historii, jak i w naturze ludzkiej. Jedno od drugiego nie może być oddzielone. Rozwiązaniem nie jest też uznanie siebie za ofiarę losu, historii, ideologii. Każda ideologia jest wypełniona dobrymi intencjami, chęcią naprawy świata. Nie ma więc zadowalającej odpowiedzi na pytanie: "Skąd zło?", i nie do niej zmierzają filmy Łozińskiego. Są pytania, na które nie ma odpowiedzi. Opowiedzenie losów Toni i jej dzieci otwiera otchłań, w którą trzeba mieć odwagę zajrzeć. Co pozostaje? Zrozumienie, świadomość, budowanie więzi. I coś jeszcze, to najważniejsze, niedopełnione, wokół czego krążą czarne dokumenty Łozińskiego. Ostatnie słowo, które wydusza z siebie przed kamerą brat "nienauczony uczuć", to "kocham".
Film Marcela Łozińskiego "Tonia i jej dzieci" znajdzie się w konkursie na festiwalu Planete Doc Review