''Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie'' Raja Shehadeh, przeł. Anna Sak, Karakter, Kraków Najlepiej pojechać tam wiosną, gdy wzgórza i doliny, które niebawem spali ostre słońce, budzą się ze snu. Deszcz pada w zasadzie tylko w zimie, do marca, lecz nawet odrobina wilgoci potrafi czynić cuda. Nagle okazuje się, że pustynia i nagie skały zamieniają się w kwitnący ogród pełen pachnących ziół. Deszcze zmywają kurz z wiekowych gajów oliwnych, wszystko wokół zdaje się jakoś oswojone i bardziej przyjazne.
Raja Shehadeh to palestyński pisarz, adwokat i obrońca praw człowieka mieszkający w Ramallah. Żałuję, że chodząc po tamtej pustyni, nie miałem ze sobą jego książki. Wiedziałbym wówczas, że różowy kwiatek to najpewniej len, kosaćce i szałwia są niebieskie, asfodelia - biała. Tak, pisanie Shehadeha może służyć jako podręcznik dla niedzielnego miłośnika botaniki.
"Palestyńskie wędrówki" to zapis łazęgi po górach i parowach Zachodniego Brzegu. Shehadeh nazywa je po arabsku "sarha" i nadaje im znaczenie niemal magiczne. "Nie każda wycieczka zasługuje jednak na miano sarhy - pisze. - Ktoś, kto idzie na sarhę, wędruje bez celu, idzie nakarmić swoją duszę i się odnowić. To euforia bez sztucznego wspomagania".
Ale smutna to euforia. A może to, co zostaje w pamięci po takich wędrówkach, przykrywa radość wynikającą z transowego wędrowania bez celu. Shehadeh przygląda się Zachodniemu Brzegowi i zdaje się płakać. To już nie ta sama ziemia, jaką pamięta z dzieciństwa i opowieści starszych, którzy też chodzili na sarhę. Płacz Shehadeha jest przejmujący i szczery.
Adwokat z Ramallah przygląda się konfliktowi izraelsko-palestyńskiemu w sposób szczególny. Nie interesują go - zdaje się - zamachy, demonstracje, namiętne manifesty polityczne, a nawet fanatyzm. Obchodzi go bardziej, co dzieje się z pejzażem degradowanym przez politykę. Tam, gdzie jeszcze w latach 70. były dzikie wzgórza, wyrosły betonowe osiedla żydowskich osadników. Pustynię pocięły autostrady. "Autostrady dzielą skuteczniej niż mury. Mur zawsze można zburzyć, ale raz wybudowana droga staje się okrutną rzeczywistością, którą o wiele trudniej zmienić. Teraz Jerozolima to wykoślawione, pełne barier i ohydnych bloków mieszkalnych umęczone miasto, z którego uszła dusza".
Shehadeh, w końcu Palestyńczyk, zna winnego tego barbarzyństwa. To
Izrael; pisarz nie ma co do tego żadnych wątpliwości, i najgorsi ze złych, czyli osadnicy. Nie mam pewności, czy gdyby wzgórza Zachodniego Brzegu były w wyłącznym władaniu Palestyńczyków, wyglądałyby tak samo jak przed dziesięcioleciami. Widziałem, jak kosztem pustyni rozrastają się palestyńskie miasta, i nie wiem, co bardziej szpeci krajobraz: osiedle Ma'ale Adumim czy przedmieścia Ramallah. Ale rozumiem ból Shehadeha. "Przeżyłem - pisze - konfrontację z młodym żydowskim osadnikiem, który spędził 25 lat życia pośród tych samych wzgórz co ja. Wiedziałem, że jego świat opiera się w znacznej mierze na kłamstwach A jednak czy pomimo świadomości mitów tworzących jego światopogląd mogę twierdzić, że jego miłość do tych wzgórz się nie liczy i tylko ja mam do niej prawo? Co taka konstrukcja znaczyłaby zarówno dla naszej przyszłości, jak i przyszłości naszych krajów?".
W 2008 r. "Palestyńskie wędrówki" otrzymały Nagrodę Orwella przyznawaną autorom, którzy pisanie o polityce wznieśli na poziom sztuki. Shehadeh na nią zasłużył nie tylko dlatego, że piórem odmalowuje urodę znikających krajobrazów. W jego książce jest ból, żal i tęsknota. Nie ma nienawiści, języka, w jakim nic nie da się porządnie opisać.