http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nowy Jork słucha polskiej muzyki

Jacek Hawryluk, Polskie Radio
2011-04-14, ostatnia aktualizacja 2011-04-14 02:01

Od prestiżowego Lincoln Center po modne alternatywne kluby Greenwich i Brooklynu - krakowskie festiwale Unsound i Sacrum Profanum pokazały się nowojorskiej publiczności

Sacrum Profanum: koncert zespołu The Cinematic Orchestra z krakowską Sinfonietta Cracovia
Fot. Tomasz Wiech / Agencja Gazeta
Sacrum Profanum: koncert zespołu The Cinematic Orchestra z krakowską...
To nowa jakość - chwalimy się na świecie imprezami, które w Polsce mają już status wydarzeń pierwszej kategorii. Ryzyko się opłaciło - w gąszczu nowojorskich wydarzeń ubiegłego tygodnia (m.in. gala dla Japonii z udziałem Lou Reeda, Philipa Glassa i Johna Zorna, powrót zespołu Sebadoh, koncerty Toro y Moi) codziennie można było odnaleźć imprezy organizowane pod szyldem Unsoundu.

Już po raz drugi ten krakowski festiwal muzyki elektronicznej, eksperymentalnej, improwizowanej zawitał do Nowego Jorku. O ile w Krakowie głównym organizatorem festiwalu jest fundacja Tone, o tyle tam współtworzą go też Instytut Polski oraz Instytut Goethego. Powtórzyły się niektóre wątki z wydania krakowskiego z jesieni 2010 (odbyło się ono pod hasłem "Horror - przyjemność strachu i niepokoju"), ale festiwal zachował odrębny charakter.

Trwał od 1 do 10 kwietnia, przy czym pierwsze dni były rodzajem laboratorium - spotkań, pokazów filmowych, dyskusji. Część zasadnicza rozpoczęła się 5 kwietnia. Alice Tully Hall w prestiżowym Lincoln Center niemal wypełniony po brzegi. W pierwszej części Sinfonietta Cracovia wykonała utwory Krzysztofa Pendereckiego (Serenada na smyczki, Sinfonietta per archi, Chaconne) - znakomicie, z zaangażowaniem, niemal wzorcowo. Potem Duet na dwoje skrzypiec i zespół smyczkowy oraz Triple Quartet Steve'a Reicha. Sinfonietta zagrała je nieco lżej, inaczej, z większym luzem.

I Penderecki, i Reich (obecny zresztą na sali) podobali się nowojorskiej publiczności, ale największe owacje otrzymał Paweł Mykietyn. Koncert rozpoczął się od filmu - krakowskiej rejestracji jego utworu "3 dla 13" w świetnej interpretacji Ensemble Modern.

Jaki był cel tego koncertu? - Promocja Sinfonietty Cracovii, projektu "Made in Poland" - mistrzowskich wykonań utworów polskich kompozytorów, ale przede wszystkim krakowskiego Sacrum Profanum, którego głównym bohaterem będzie w tym roku Steve Reich, a w przyszłym Penderecki - mówi Filip Berkowicz, dyrektor artystyczny Sacrum Profanum.

W drugiej części Sinfonietta Cracovia wraz z Benem Frostem i Dan~elem Bjarnasonem przestawili "Muzykę do Solaris" - na nowo wymyśloną ścieżkę dźwiękową do filmu Andrieja Tarkowskiego. Pomysł, związany z przypadająca w tym roku 50. rocznicą wydania książki Lema, został już przedstawiony w Krakowie. W Nowym Jorku kompozycja została wydłużona, zmodyfikowano także obrazy - Brian Eno i Nick Robertson zamiast pokazywać fragmenty filmu, powyciągali z niego kadry, stapiając je w jedno, jak sami twierdzili, "malowidło". "Muzyka do Solaris" została zarejestrowana przez islandzką wytwórnię Bedroom Community i ukaże się jesienią.

Pozostała część Undsoundu przeniosła się do nowojorskich klubów, głównie na Greenwich i Brooklynie. Weteran elektroniki Amerykanin Morton Subotnick prezentował klasyczną, pionierską kompozycję "Silver Apples on the Moon" (1967), ambientowy norweski Death Center poprzedzał koncert z utworami Henryka Mikołaja Góreckiego w wykonaniu Sinfonietty Cracovii. W modnym klubie (Le) Poisson Rouge przy Bleecker Street doszło do kolejnego porozumienia ponad podziałami - niemiecki krautrockowy perkusista Harald Grosskopf wystąpił z młodzieżą, m.in. Julianną Barwick (wydała właśnie znakomity album), Blondes i Arp; zaś Alan Howarth po wykonaniu syntezatorowych tematów ze ścieżek filmów klasy B połączył siły z nową gwiazdą elektroniki - zespołem Emeralds. Na takich spotkaniach oparta jest idea Unsoundu.

Industrialne przestrzenie Brooklynu przyjęły eksperymentalną improwizowaną elektronikę (Marcus Schmickler, COH, Robert Piotrowicz i Spencer Yeh!, Instant Coffee) oraz tę do tańczenia (Kode 9, Badawi, Atom TM).

Unsound trafił w gusta nowojorskiej publiczności - niedzielny koncert Roberta Piotrowicza i Lustmorda trzeba było powtórzyć, bo tylu było chętnych; klubowe noce na Brooklynie w Public Assembly pękały w szwach. Teraz Unsound zbiera pomysły na polskie wydanie jesiennie. A Sacrum Profanum już szykuje w Krakowie urodziny Steve'a Reicha.



rozmowa z Matem Schulzem

szefem festiwalu Unsound

Grzegorz Sokół: Jak narodził się Unsound?

Mat Schulz: Pierwszy, z założenia undergroundowy, zorganizowałem w 2003 r. w Krakowie razem z przyjacielem ze Stanów i z pomocą grupki Polaków. Ale zaczęło się to jeszcze wcześniej, w Wagga Wagga w Australii, moim rodzinnym mieście, gdzie taki festiwal robili mój brat z kolegami. Ja zorganizowałem dla nich koncert w Krakowie - dla 20 osób. Pierwsza edycja Unsound była totalną klapą, utopiliśmy w tym masę własnych pieniędzy. Potem przez pięć lat Unsound istniał jako undergroundowa i lokalna impreza. A potem miasto wsparło nas finansowo i mogliśmy się rozwinąć.

Jak układacie formułę Unsoundu?

- W tworzeniu programu uczestniczy wiele osób. Dwudziestoparolatków, którzy wiedzą i czują, co się w muzyce dzieje. Kluczem jest łączenie różnych gatunków w nietypowy sposób - np. orkiestry symfonicznej z muzyką noise. Takie przedsięwzięcia są na świecie rzadkie. Chcemy też pokazać inspiracje między gatunkami, np. wpływ Góreckiego czy Pendereckiego na muzykę ambient. Ostatnio w Krakowie mieliśmy też wątek tematyczny - muzyka w horrorze. W Nowym Jorku pomysł przewodni to po prostu polski lokalny kontekst. Ludzi to kręci. A my chcemy pokazać artystów z Europy Wschodniej, którzy z różnych przyczyn bywają pomijani na Zachodzie.

Jak festiwal trafił do Nowego Jorku?

- Kiedy dyrektor krakowskiego Instytutu Goethego został przeniesiony do Nowego Jorku, chciał pokazać tutaj nieme filmy Warhola, które my pokazywaliśmy w Krakowie. Potem nowojorski Instytutu Kultury Polskiej podchwycił nasz pomysł.

W Europie festiwali jest dużo, bo są na to publiczne środki. W Ameryce takich festiwali właściwie nie ma. Fakt, że Nowy Jork nie miał takiej imprezy, jest dla mnie dość dziwny, to miasto po prostu czekało na coś takiego. Pojedynczych koncertów jest tu codziennie setki, ale w festiwalu chodzi o stworzenie wspólnego kontekstu między koncertami, panelami, warsztatami itd. I to my, przyjeżdżając z Krakowa, połączyliśmy miejscowe kluby i organizatorów, często tak różnych jak Lincoln Center i małe undergroundowe Littlefield na Brooklynie, a oni przyjęli to z entuzjazmem. Pewnie będzie następna edycja. Na pojedynczy koncert pewnie dotarłaby garstka wtajemniczonych, a w ramach festiwalu przychodzi sporo ludzi.

Ten festiwal, choć zakorzeniony w Krakowie, to z założenia taki mgławicowy byt, który przemieszcza się ponad granicami. Interesują nas zwłaszcza kraje na tzw. peryferiach Europy. Mieliśmy już edycje w Pradze, Warszawie, Bratysławie, Kijowie i Mińsku.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':