http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Anatomia zbrodni latynoamerykańskiej

Artur Domosławski
2011-04-12, ostatnia aktualizacja 2011-04-11 20:23

Opowiadając o jednym politycznym zabójstwie w jednym małym kraju, Francisco Goldman zdołał uchwycić paradoksy i perwersje zimnej wojny oraz opisać spustoszenia, jakie zostawiła

11 grudnia, Gwatemala. Farmer Juan Xajpot przy zbiorze kukurydzy.
Fot. Rodrigo Abd AP
11 grudnia, Gwatemala. Farmer Juan Xajpot przy zbiorze kukurydzy.
''Sztuka politycznego morderstwa'' Francisco Goldman, przeł. Janusz Ruszkowski, Czarne, Wołowiec

Zapatrzeni we własne krzywdy historyczne nie mamy często pojęcia, jakich cierpień doznawały społeczeństwa Południa, których rządy w czasach zimnej wojny stały "po stronie dobrego Zachodu".

W dalekiej, małej Gwatemali w imię walki z komunizmem dopuszczono się ludobójstwa: wymordowano 200 tys. ludzi - oponentów, działaczy społecznych, niezależnie myślących ludzi wolnych zawodów, wspólnoty indiańskie. Koszmar nie skończył się wraz z końcem zimnej wojny - w czasach "wolności i demokracji" nadal giną ci, którzy szukają prawdy o przeszłości. Najgłośniejszą z tych ofiar był biskup Juan Gerardi, o zabójstwie którego traktuje "Sztuka politycznego morderstwa".

Dobrze przeczytać najpierw wznowioną niedawno książkę "Dlaczego zginął Karl von Spreti" Ryszarda Kapuścińskiego, która daje solidne tło pierwszych kilkunastu lat antykomunistycznej dyktatury w Gwatemali. Goldman opowiada o tym, co zdarzyło się potem, a przede wszystkim o koszmarnym dziedzictwie tamtych czasów, z którego kraj nie może wyjść do dziś i zapewne długo jeszcze nie wyjdzie.

Kultura śmierci i strachu

Biskup Gerardi stał na czele zespołu, który przygotowywał raport o zbrodniach junty, uzbrojonej w ideologię antykomunizmu, rządzącej Gwatemalą od 1954 r. do lat 90.

Władze od początku brnęły w kłamstwa i manipulacje, rozsiewały domysły, że biskup był gejem i że jego śmierć w 1998 r. to wynik "stylu życia", jaki prowadził. W machistowskim społeczeństwie to dużo, żeby stłumić współczucie i solidarność z ofiarą.

„Kto zabił biskupa Juana Gerardiego? (...) Ilu ludzi ostatecznie wzięło w tym zabójstwie udział? - pyta Goldman. - To zależy, co się rozumie przez »udział «. Niektórzy uważają, że taka kontrowersyjna i ryzykowna operacja nie byłaby możliwa bez współpracy przynajmniej kilku osób z wszystkich kręgów władzy - wojska, rządu, biznesu i Oficinity [tajnej organizacji chroniącej wojskowych przed odpowiedzialnością i korumpującej wymiar sprawiedliwości], która zapewne pełniła funkcję pośrednika. Przez wiele miesięcy poprzedzających zabójstwo wpływowi prawicowi komentatorzy ostro krytykowali działalność tej części gwatemalskiego Kościoła katolickiego, którą reprezentował biskup Gerardi. Z pewnego punktu widzenia morderstwo było logiczną i wręcz nieuniknioną konsekwencją systemu wartości wyznawanego przez liczne odłamy gwatemalskiego społeczeństwa - »kultury śmierci i strachu «, jak to ujął Jan Paweł II kilka miesięcy po zabójstwie biskupa”.

Mniej istotne jest tutaj rozwiązanie kryminalnej zagadki, kto konkretnie wykonał wyrok na biskupie - istota rzeczy tkwi w strukturze tej zbrodni, jej społecznej i politycznej anatomii, przyzwoleniu i usprawiedliwianiu.

Portret balzakowski

Reporterska książka Goldmana - mimo że to literatura faktu - budzi pod pewnymi względami skojarzenia z powieścią Maria Vargasa Llosy "Święto kozła". Peruwiańczyk konstruował swoją powieść wokół spisku i zamachu na dyktatora Dominikany gen. Rafaela Leonidasa Trujillo. Jednakże ta sensacyjna intryga była pretekstem do namalowania wielobarwnego portretu, w balzakowskim stylu, społeczeństwa zdeptanego przez dyktaturę - społeczeństwa, w którym niemalże nie ma niewinnych (z wyjątkiem bohaterki, którą ojciec, urzędnik dyktatora, oddaje temuż, żeby zaspokoić jego seksualny apetyt i zarazem ocalić swój stołek). Nawet sami zamachowcy, wierni janczarzy tyrana, współtworzyli zręby dyktatury i ocknęli się dopiero wtedy, gdy sami stali się ofiarami kaprysów Trujillo.

Goldman, rekonstruując drobiazgowo polityczną zbrodnię, śledztwo i proces, maluje zarazem portret społeczeństwa Gwatemali, po którym Historia przejechała się walcem. Nie ma tu ludzi, których by nie naznaczyły strach, przemoc, okrucieństwo. Goldman opowiada o świecie już po dyktaturze, jednak zrozumienie tegoż jest niemożliwe bez wielokrotnych retrospekcji, historycznego tła, wieloznacznych miniportretów bohaterów i antybohaterów różnych planów tej opowieści. Żeby wszystko to opisać i przekazać, reporter musi mieć sporo zacięcia badawczego Vargasa Llosy i niemało cech bohatera powieści Arthura Conana Doyle'a.

Również pozytywistyczna z ducha drobiazgowość zbliża Goldmana do tradycji pisarskiej Vargasa Llosy i konsekwentnie jego XIX-wiecznych poprzedników. Dokładnie na takiej samej zasadzie jak magia niektórych reportaży Kapuścińskiego przywodziła skojarzenia z prozą Gabriela Garcii Marqueza.

Za szczegółową rekonstrukcją - właśnie te szczegóły stanowią o piorunującym efekcie książki - idą porażające nieraz skojarzenia i wnioski. Przykład: "Szczególnie tragicznym paradoksem był fakt, że podczas gdy w ramach sponsorowanego przez prezydenta Kennedy'ego programu Alliance for Progress [Sojusz na rzecz Postępu] wyszukiwano w Gwatemali i wspierano młodych, umiarkowanych, demokratycznych reformatorów - w latach 60. fundowano im nawet stypendia, by mogli studiować w Stanach Zjednoczonych - to w tym samym czasie gwatemalska służba bezpieczeństwa i tutejsze szwadrony śmierci, również wspierane przez Stany Zjednoczone, tychże reformatorów mordowały, gdy ci, powróciwszy do ojczyzny, próbowali wcielić w życie to, czego się nauczyli. Do końca lat 70. zabito w Gwatemali dwie trzecie byłych stypendystów rządu Stanów Zjednoczonych".

Przemoc to prawo numer jeden

Czytając książkę Goldmana, konfrontowałem ją z własnymi doświadczeniami reporterskimi z tego kraju. Znajomy Brazylijczyk, pracujący dla ONZ, który pojechał rozejrzeć się, jak wygląda społeczeństwo obywatelskie w Gwatemali po zimnej wojnie, wrócił przerażony, mówiąc, że "tam nie ma z kim rozmawiać"; tzn. niemal cała elita społeczna - aktywiści, związkowcy, obrońcy praw człowieka, środowiska, adwokaci, zaangażowani księża - została wymordowana w czasach dyktatury.

Choć jest w tym przesada, to oddaje istotę rzeczy. Organizacje praw człowieka działają w Gwatemali, ale to kwiaty na zgliszczach. Gwatemala to jeden z krajów najbardziej przetrąconych przez zimną wojnę - choć należało by raczej rzec - brudną wojnę. I jeśli ktoś już prowadzi tam działalność społeczną, to polega ona zazwyczaj na demaskowaniu przemocy przeszłej lub dzisiejszej, na takim czy innym leczeniu z niej ludzi. Nadużywane czasem pojęcie "kultura przemocy" nie ma w Gwatemali nic z przenośni, jest realistycznym opisem dziedzictwa "wojny z komunizmem". Przemoc to prawo numer jeden, jakie rządzi tu relacjami między ludźmi i grupami społecznymi.

Jednego przedpołudnia udało mi się uniknąć strzelaniny przed hotelem w jedynej - umownie mówiąc - bezpiecznej dzielnicy w stolicy kraju (szczęśliwie, spóźniłem się o parę minut). Dokładnie tego samego dnia rozmawiałem z działaczką praw człowieka przygotowującą raport o "odstrzeliwaniu" przez latyfundystów chłopów bez ziemi i związkowców. W ciągu kilku godzin zyskałem namacalne dowody, że przemoc rządzi tu - dosłownie - ulicami i stosunkami społecznymi. Na wstrząsający przykład natrafiłem krótko potem w "The New York Timesie": kampania wyborcza, jaka toczyła się w tamtym czasie, zebrała żniwo pięćdziesięciu zamordowanych (dlatego "powrót demokracji" w Gwatemali opatruję cudzysłowem). Również i te zbrodnie opisuje w swojej książce Goldman.

Młodzieńcy, którzy strzelali przed hotelem, należeli do jednej z osławionych pandilli - gangów młodzieżowych, które dla dzieciaków bez perspektyw, zwykle bez domu i rodziny, pełnią funkcję rodziny właśnie, jedynej wspólnoty, z którą się identyfikują, która otacza ich - osobliwą, to fakt - opieką. Dorośli nie zajmują się nimi, bo nie mają środków, nie potrafią albo ich po prostu nie ma (wyjechali, nie żyją); państwo widzi w tych młodych jedynie narośl, którą trzeba wyciąć, wypalić ogniem, i wysyła policjantów, żeby do nich strzelali, gdy są jeszcze wałęsającymi się po ulicach dziećmi. Dlatego tak wielu szybko trafia do pandilli: w samej stolicy Gwatemali do różnych tego typu gangów-"rodzin" należy co najmniej kilkanaście tysięcy młodych - i to oni rządzą ulicami. Żyją z haraczy od sklepikarzy, kierowców autobusów, napadów, czasem też z handlu narkotykami (choć zasadniczo narcotraficantes to osobna grupa nielegalnego świata).

„Pół wieku po tym, jak Stany Zjednoczone interweniowały w Gwatemali i utworzyły nowoczesną gwatemalską armię - pisze Goldman - a także całe dziesięciolecia wspierały siły zbrojne o podobnym charakterze w Salwadorze i Hondurasie, te trzy kraje łączyła rzecz następująca: najwyższe na świecie wskaźniki zabójstw oraz bezkarność rządzących i ustosunkowanych”.

Bossowie świata przestępczego to często ludzie, którzy dokonywali zbrodni w czasach dyktatury, torturowali, zabijali lub wydawali rozkazy zabijania. Granice między światem polityków, wojskowych, biznesmenów i przestępców zamazują się w tym kraju. Gwatemala jest jedną z najklarowniejszych ilustracji nowego, postępującego schorzenia demokracji w tej części świata: niejawnego przedostawania się przestępczości zorganizowanej do struktur państwa. To jedna z najtrwalszych spuścizn "wojny z komunizmem", opisywanej niegdyś przez Kapuścińskiego, a dzisiaj - wespół z nowymi zjawiskami - przez Goldmana.

To się nie skończyło

Książka Goldmana to najwyższej próby sztuka politycznego i zaangażowanego reportażu, sztuka moralnej wrażliwości i odwagi, a także sztuka krytycznego myślenia. To także opowieść o niezwykłych ludziach, niektórzy z nich poświęcili życie, inni bezpieczeństwo i spokój, żeby dociec prawdy i choć trochę wynagrodzić krzywdy. Niektórych nie złamały: zastraszanie, pogróżki, oczerniające kampanie. Inni, ratując życie swoje i bliskich - co najzupełniej zrozumiałe - wycofywali się bądź wyjeżdżali z kraju na jakiś czas bądź na zawsze.

Sędzina Yassm~n Barrios mówi do Goldmana - w ostatnich niemal słowach książki - że zrezygnowała ze swojej wolności, "żeby inni mogli cieszyć się sprawiedliwością i mówić, co myślą".

Książka pozostawia niepokój: świat, który opisuje, bynajmniej się nie skończył. Na dodatek - to już wiedza spoza tej książki - istnieje nie tylko w Gwatemali, choć zapewne Gwatemala jest jego jedną z najpotworniejszych postaci.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':