''Sztuka politycznego morderstwa'' Francisco Goldman, przeł. Janusz Ruszkowski, Czarne, Wołowiec Zapatrzeni we własne krzywdy historyczne nie mamy często pojęcia, jakich cierpień doznawały społeczeństwa Południa, których rządy w czasach zimnej wojny stały "po stronie dobrego Zachodu".
W dalekiej, małej Gwatemali w imię walki z komunizmem dopuszczono się ludobójstwa: wymordowano 200 tys. ludzi - oponentów, działaczy społecznych, niezależnie myślących ludzi wolnych zawodów, wspólnoty indiańskie. Koszmar nie skończył się wraz z końcem zimnej wojny - w czasach "wolności i demokracji" nadal giną ci, którzy szukają prawdy o przeszłości. Najgłośniejszą z tych ofiar był biskup Juan Gerardi, o zabójstwie którego traktuje "Sztuka politycznego morderstwa".
Dobrze przeczytać najpierw wznowioną niedawno książkę "Dlaczego zginął Karl von Spreti" Ryszarda Kapuścińskiego, która daje solidne tło pierwszych kilkunastu lat antykomunistycznej dyktatury w Gwatemali. Goldman opowiada o tym, co zdarzyło się potem, a przede wszystkim o koszmarnym dziedzictwie tamtych czasów, z którego kraj nie może wyjść do dziś i zapewne długo jeszcze nie wyjdzie.
Kultura śmierci i strachu Biskup Gerardi stał na czele zespołu, który przygotowywał raport o zbrodniach junty, uzbrojonej w ideologię antykomunizmu, rządzącej Gwatemalą od 1954 r. do lat 90.
Władze od początku brnęły w kłamstwa i manipulacje, rozsiewały domysły, że biskup był gejem i że jego śmierć w 1998 r. to wynik "stylu życia", jaki prowadził. W machistowskim społeczeństwie to dużo, żeby stłumić współczucie i solidarność z ofiarą.
„Kto zabił biskupa Juana Gerardiego? (...) Ilu ludzi ostatecznie wzięło w tym zabójstwie udział? - pyta Goldman. - To zależy, co się rozumie przez »udział «. Niektórzy uważają, że taka kontrowersyjna i ryzykowna operacja nie byłaby możliwa bez współpracy przynajmniej kilku osób z wszystkich kręgów władzy - wojska, rządu, biznesu i Oficinity [tajnej organizacji chroniącej wojskowych przed odpowiedzialnością i korumpującej wymiar sprawiedliwości], która zapewne pełniła funkcję pośrednika. Przez wiele miesięcy poprzedzających zabójstwo wpływowi prawicowi komentatorzy ostro krytykowali działalność tej części gwatemalskiego Kościoła katolickiego, którą reprezentował biskup Gerardi. Z pewnego punktu widzenia morderstwo było logiczną i wręcz nieuniknioną konsekwencją systemu wartości wyznawanego przez liczne odłamy gwatemalskiego społeczeństwa - »kultury śmierci i strachu «, jak to ujął
Jan Paweł II kilka miesięcy po zabójstwie biskupa”.
Mniej istotne jest tutaj rozwiązanie kryminalnej zagadki, kto konkretnie wykonał wyrok na biskupie - istota rzeczy tkwi w strukturze tej zbrodni, jej społecznej i politycznej anatomii, przyzwoleniu i usprawiedliwianiu.
Portret balzakowski Reporterska książka Goldmana - mimo że to literatura faktu - budzi pod pewnymi względami skojarzenia z powieścią Maria Vargasa Llosy "Święto kozła". Peruwiańczyk konstruował swoją powieść wokół spisku i zamachu na dyktatora Dominikany gen. Rafaela Leonidasa Trujillo. Jednakże ta sensacyjna intryga była pretekstem do namalowania wielobarwnego portretu, w balzakowskim stylu, społeczeństwa zdeptanego przez dyktaturę - społeczeństwa, w którym niemalże nie ma niewinnych (z wyjątkiem bohaterki, którą ojciec, urzędnik dyktatora, oddaje temuż, żeby zaspokoić jego seksualny apetyt i zarazem ocalić swój stołek). Nawet sami zamachowcy, wierni janczarzy tyrana, współtworzyli zręby dyktatury i ocknęli się dopiero wtedy, gdy sami stali się ofiarami kaprysów Trujillo.
Goldman, rekonstruując drobiazgowo polityczną zbrodnię, śledztwo i proces, maluje zarazem portret społeczeństwa Gwatemali, po którym Historia przejechała się walcem. Nie ma tu ludzi, których by nie naznaczyły strach, przemoc, okrucieństwo. Goldman opowiada o świecie już po dyktaturze, jednak zrozumienie tegoż jest niemożliwe bez wielokrotnych retrospekcji, historycznego tła, wieloznacznych miniportretów bohaterów i antybohaterów różnych planów tej opowieści. Żeby wszystko to opisać i przekazać, reporter musi mieć sporo zacięcia badawczego Vargasa Llosy i niemało cech bohatera powieści Arthura Conana Doyle'a.
Również pozytywistyczna z ducha drobiazgowość zbliża Goldmana do tradycji pisarskiej Vargasa Llosy i konsekwentnie jego XIX-wiecznych poprzedników. Dokładnie na takiej samej zasadzie jak magia niektórych reportaży Kapuścińskiego przywodziła skojarzenia z prozą Gabriela Garcii Marqueza.
Za szczegółową rekonstrukcją - właśnie te szczegóły stanowią o piorunującym efekcie książki - idą porażające nieraz skojarzenia i wnioski. Przykład: "Szczególnie tragicznym paradoksem był fakt, że podczas gdy w ramach sponsorowanego przez prezydenta Kennedy'ego programu Alliance for Progress [Sojusz na rzecz Postępu] wyszukiwano w Gwatemali i wspierano młodych, umiarkowanych, demokratycznych reformatorów - w latach 60. fundowano im nawet stypendia, by mogli studiować w Stanach Zjednoczonych - to w tym samym czasie gwatemalska służba bezpieczeństwa i tutejsze szwadrony śmierci, również wspierane przez
Stany Zjednoczone, tychże reformatorów mordowały, gdy ci, powróciwszy do ojczyzny, próbowali wcielić w życie to, czego się nauczyli. Do końca lat 70. zabito w Gwatemali dwie trzecie byłych stypendystów rządu Stanów Zjednoczonych".
Przemoc to prawo numer jeden Czytając książkę Goldmana, konfrontowałem ją z własnymi doświadczeniami reporterskimi z tego kraju. Znajomy Brazylijczyk, pracujący dla ONZ, który pojechał rozejrzeć się, jak wygląda społeczeństwo obywatelskie w Gwatemali po zimnej wojnie, wrócił przerażony, mówiąc, że "tam nie ma z kim rozmawiać"; tzn. niemal cała elita społeczna - aktywiści, związkowcy, obrońcy praw człowieka, środowiska, adwokaci, zaangażowani księża - została wymordowana w czasach dyktatury.
Choć jest w tym przesada, to oddaje istotę rzeczy. Organizacje praw człowieka działają w Gwatemali, ale to kwiaty na zgliszczach.
Gwatemala to jeden z krajów najbardziej przetrąconych przez zimną wojnę - choć należało by raczej rzec - brudną wojnę. I jeśli ktoś już prowadzi tam działalność społeczną, to polega ona zazwyczaj na demaskowaniu przemocy przeszłej lub dzisiejszej, na takim czy innym leczeniu z niej ludzi. Nadużywane czasem pojęcie "kultura przemocy" nie ma w Gwatemali nic z przenośni, jest realistycznym opisem dziedzictwa "wojny z komunizmem". Przemoc to prawo numer jeden, jakie rządzi tu relacjami między ludźmi i grupami społecznymi.
Jednego przedpołudnia udało mi się uniknąć strzelaniny przed hotelem w jedynej - umownie mówiąc - bezpiecznej dzielnicy w stolicy kraju (szczęśliwie, spóźniłem się o parę minut). Dokładnie tego samego dnia rozmawiałem z działaczką praw człowieka przygotowującą raport o "odstrzeliwaniu" przez latyfundystów chłopów bez ziemi i związkowców. W ciągu kilku godzin zyskałem namacalne dowody, że przemoc rządzi tu - dosłownie - ulicami i stosunkami społecznymi. Na wstrząsający przykład natrafiłem krótko potem w "The New York Timesie": kampania wyborcza, jaka toczyła się w tamtym czasie, zebrała żniwo pięćdziesięciu zamordowanych (dlatego "powrót demokracji" w Gwatemali opatruję cudzysłowem). Również i te zbrodnie opisuje w swojej książce Goldman.
Młodzieńcy, którzy strzelali przed hotelem, należeli do jednej z osławionych pandilli - gangów młodzieżowych, które dla dzieciaków bez perspektyw, zwykle bez domu i rodziny, pełnią funkcję rodziny właśnie, jedynej wspólnoty, z którą się identyfikują, która otacza ich - osobliwą, to fakt - opieką. Dorośli nie zajmują się nimi, bo nie mają środków, nie potrafią albo ich po prostu nie ma (wyjechali, nie żyją); państwo widzi w tych młodych jedynie narośl, którą trzeba wyciąć, wypalić ogniem, i wysyła policjantów, żeby do nich strzelali, gdy są jeszcze wałęsającymi się po ulicach dziećmi. Dlatego tak wielu szybko trafia do pandilli: w samej stolicy Gwatemali do różnych tego typu gangów-"rodzin" należy co najmniej kilkanaście tysięcy młodych - i to oni rządzą ulicami. Żyją z haraczy od sklepikarzy, kierowców autobusów, napadów, czasem też z handlu narkotykami (choć zasadniczo narcotraficantes to osobna grupa nielegalnego świata).
„Pół wieku po tym, jak Stany Zjednoczone interweniowały w Gwatemali i utworzyły nowoczesną gwatemalską armię - pisze Goldman - a także całe dziesięciolecia wspierały siły zbrojne o podobnym charakterze w Salwadorze i Hondurasie, te trzy kraje łączyła rzecz następująca: najwyższe na świecie wskaźniki zabójstw oraz bezkarność rządzących i ustosunkowanych”.
Bossowie świata przestępczego to często ludzie, którzy dokonywali zbrodni w czasach dyktatury, torturowali, zabijali lub wydawali rozkazy zabijania. Granice między światem polityków, wojskowych, biznesmenów i przestępców zamazują się w tym kraju. Gwatemala jest jedną z najklarowniejszych ilustracji nowego, postępującego schorzenia demokracji w tej części świata: niejawnego przedostawania się przestępczości zorganizowanej do struktur państwa. To jedna z najtrwalszych spuścizn "wojny z komunizmem", opisywanej niegdyś przez Kapuścińskiego, a dzisiaj - wespół z nowymi zjawiskami - przez Goldmana.
To się nie skończyło Książka Goldmana to najwyższej próby sztuka politycznego i zaangażowanego reportażu, sztuka moralnej wrażliwości i odwagi, a także sztuka krytycznego myślenia. To także opowieść o niezwykłych ludziach, niektórzy z nich poświęcili życie, inni bezpieczeństwo i spokój, żeby dociec prawdy i choć trochę wynagrodzić krzywdy. Niektórych nie złamały: zastraszanie, pogróżki, oczerniające kampanie. Inni, ratując życie swoje i bliskich - co najzupełniej zrozumiałe - wycofywali się bądź wyjeżdżali z kraju na jakiś czas bądź na zawsze.
Sędzina Yassm~n Barrios mówi do Goldmana - w ostatnich niemal słowach książki - że zrezygnowała ze swojej wolności, "żeby inni mogli cieszyć się sprawiedliwością i mówić, co myślą".
Książka pozostawia niepokój: świat, który opisuje, bynajmniej się nie skończył. Na dodatek - to już wiedza spoza tej książki - istnieje nie tylko w Gwatemali, choć zapewne Gwatemala jest jego jedną z najpotworniejszych postaci.