Rozmowa z Piotrem Młodożeńcem
Dorota Jarecka: Jakiego rodzaju zamówienie otrzymałeś z TVP Kultura? Piotr Młodożeniec: Chodziło o krótkie, ośmiosekundowe filmy, które pojawiać się będą między programami. To nie fabuła, ale rozwinięcie nieruchomej planszy. Wykonałem ich kilkanaście, polegają na przekształceniu typowych dla mnie motywów, jak ludzik w kapeluszu,
samochód, raster. Poprosiłem kolegę z grupy Nobody, żeby skomponował do nich muzykę. Animacją zajmuję się już dość długo. Wcześniej dla TVP Kultura zrobiłem kilka filmów na zamówienie Mariusza Wilczyńskiego, także autora filmów animowanych, który wtedy współpracował z TVP Kultura.
Operujesz czystym kolorem, mocnym konturem, prostymi znakami. To nawiązanie do tradycji? Mam na myśli np. słynną czołówkę "Pegaza" Wojciecha Zamecznika z 1959 r. - Bardzo cenię dokonania polskiej animacji. Do moich ulubionych autorów należy np. Jan Lenica, m.in. jego "Labirynt"; robił też świetne filmy razem z Walerianem Borowczykiem.
Grafika łączy się z telewizją w ciekawy sposób, bo także scenografię w telewizji projektowali wybitni artyści, np. Bohdan Butenko do "Kabaretu Starszych Panów". A jeśli pytasz o to, czy do czegoś nawiązuję, to do rzeczy, które w telewizji powstawały w latach 60., nie tylko do "Pegaza", także do czołówki "Kobry" Eryka Lipińskiego. Mam na myśli tę pierwszą, jeszcze czarno-białą animację, ze znakomitą suspensową muzyką.
W latach 90. zdecydowano się odnowić znak "Pegaza" Zamecznika, dodano kolor, trzeci wymiar. - I powstało coś gorszego. Czasem proste środki są lepsze. Butenko opowiadał, że kiedyś musiał zrobić napisy końcowe, na których miało być 60 nazwisk. Znalazł jakiś bęben, wyciął pas płótna, wypisał nazwiska, naciągnął na bęben i zaczął kręcić korbką. Takie rzeczy najmocniej wbijają się w pamięć.
To, co robisz, daleko odbiega od najnowszej cyfrowej animacji, w której jest ruch, iluzja głębi, gwałtowne, szybkie zmiany obrazów. U ciebie to jakby plansze fotografowane krok po kroku i sklejane w film. - Moja pozycja jest o tyle dobra, że jestem freelancerem, mogę robić to, co mi się podoba. Nie muszę się wpisywać w obowiązujące kanony czołówek telewizyjnych, w estetykę blików, trójwymiarowych wirujących obiektów, chromowanych powierzchni, która jak otaczający nas świat jest coraz bardziej zunifikowana.
Z tego świata znikł też plakat filmowy, kiedyś dziedzina sukcesów polskich grafików - Henryka Tomaszewskiego, Jana Lenicy, twojego ojca Jana Młodożeńca. - Plakat filmowy nie istnieje w takiej formule, w jakiej jeszcze ja go pamiętam. Kiedy wchodził do Polski zagraniczny film, Centrala Wynajmu Filmów zapraszała grafika, który oglądał pokaz przedpremierowy i miał dwa tygodnie na wykonanie plakatu. Tak powstawała produkcja plakatowa najwyższej klasy. Na przełomie lat 80. i 90. to się skończyło, pojawiły się gotowe plakaty: fotos z filmu z mniej lub bardziej sprawnym liternictwem.
Projektujesz jeszcze plakaty? - Robię plakaty wystaw, cyklicznych imprez poetyckich czy muzycznych. Już kiedy zaczynałem, w latach 80., zamówień nie było tak dużo, ale byłem w dobrej sytuacji, bo dysponowałem sitodrukiem i sam mogłem plakaty drukować. Na początku lat 90. zaczęliśmy pracować z Markiem Sobczykiem jako Zafryki i razem odbijaliśmy plakaty w niewielkich nakładach, po 50 albo 150 sztuk, na wystawy czy koncerty kolegów. Dzisiaj plakat to dziedzina niszowa.
To jaki sens ma Biennale Plakatu? - To jest zagadka. Z jednej strony wystawianie plakatów w galerii zaprzecza plakatowi w takim sensie, jak ja go rozumiem, czyli że plakat istnieje tylko na ulicy, musi zostać zerwany, zalepiony, dostrzeżony przez kogoś, kto nie ma ochoty go dostrzec, i dopiero wtedy nabiera szlifu. Spreparowany wydruk, który nie ujrzy ulicy i leci prosto na Biennale, nawet jeśli tam przepięknie wygląda, to nie jest prawdziwy plakat.
Z drugiej strony Biennale Plakatu w Wilanowie to jest dobra impreza, bo pokazuje przekrój tego, co powstaje, i dzięki niemu można ocenić poziom sztuki plakatowej w Polsce i na świecie.
Zafryki już nie istnieje. Czy zrobił na tobie wrażenie rozpad grupy Twożywo? - Nawet nie wiedziałem, naprawdę? Lubię ich szablony "Antychryst będzie artyst" czy "Emanacje słabości", podobają mi się niektóre murale. Na pewnym etapie twórczości działalność grupowa daje duże przyspieszenie, ale okres trwania grupy nie może być długi - indywidualności artystyczne spotykają się, rozstają i każdy idzie swoją drogą.
Od 9 kwietnia TVP Kultura będzie też pokazywać etiudy na motywach prac mistrzów polskiej szkoły plakatu, m.in. Henryka Tomaszewskiego, Józefa Mroszczaka, Romana Cieślewicza, oraz krótkie archiwalia telewizyjne o plakacie. W czerwcu zobaczymy filmy dokumentalne na ten temat z archiwów Muzeum Plakatu w Wilanowie i TVP. Kogo z twórców polskiego plakatu cenisz najbardziej? - Trudno mi mówić o ojcu i o Tomaszewskim, przy pierwszym się wychowałem, a drugi był moim profesorem. Z polskiej szkoły plakatu podziwiam Romana Cieślewicza za jego dosadność, zwięzłość i działanie różnymi środkami, jak raster, kolor, czarno-biała fotografia, kolaż. Zawsze też urzekały mnie prace Jana Lenicy, np. jego plakat na olimpiadę w Monachium w 1972 r. To są afisze, które coś bardzo konkretnego mówią, a jednocześnie obrazy, które działają formą i kolorem, mają w sobie kunszt malarstwa.