Górnik, czyli czarnuch, czyli kobieta Kim są bohaterowie współczesnego teatru? Żeby poznać niemal pełną paletę, wystarczy się przyjrzeć jednej postaci: Gustlikowi z "Niech żyje wojna!!!" (Paweł Demirski według "Czterech pancernych..."). Pokryta czarną mazią Agnieszka Kwietniewska w amerykańskim mundurze jest zarazem Ślązakiem-górnikiem (a więc mniejszością etniczną i ofiarą prywatyzacji kopalń), kobietą, pomiatanym "czarnuchem" i żołnierzem, o którego życiu i śmierci decydują politycy. Zaciąga po śląsku, więc z resztą załogi Rudego raczej się nie dogada, może zginąć na froncie, w wyniku linczu, przy porodzie, lub w biedaszybie. Tak czy inaczej - ma przechlapane.
Takich właśnie antybohaterskich bohaterów bez szans szukają dziś twórcy.
Jeszcze niedawno ulubieńcami polskiego teatru byli: gej, Żyd i sfrustrowany wandal z blokowiska. To o nich mówiło się "wykluczeni z dyskursu", to o ich "prawdę" i "emancypację" dopominali się najbardziej rozpoznawalni reżyserzy marki TR Warszawa.
W spektaklach prezentowanych na WST wyemancypowany, nowoczesny gej to często postać raczej humorystyczna niż uciskana. On mimo wszystko poradził sobie jakoś w nowym wspaniałym świecie po transformacji - w przeciwieństwie np. do samotnych matek, zdezorientowanych singielek i gospodyń domowych, które wykrzykują swoje rozczarowanie w "Chórze kobiet" Marty Górnickiej.
Teatr, szukając nowego bohatera, bada sprawy, które dotąd rzadko trafiały na plan pierwszy. Przypomina więźniów Abu Ghraib ("Babel" Mai Kleczewskiej). Upomina się o prawa zwierząt ("Olga Tokarczuk z Wałbrzycha"). Wyciąga na scenę "ludzi obciachowych i bezużytecznych", skażonych mentalnością PRL-owską, którzy nie zostaną ani rekinami rynku, ani przykładnymi obywatelami społeczeństwa demokratycznego, ani nawet ofiarami jakiejś porządnej narodowej tragedii (spektakle Strzępki i Demirskiego).
Czasem koncentruje się na jednostkach autystycznych, które współczesny świat przeraża na tyle, że nie są w stanie wpasować się w ramy społeczne ani skomunikować się z drugim człowiekiem ("Kaspar" Barbary Wysockiej). Twórcy wytykają nam, jak niewiele wiemy o kulturach, które tak dzielnie "demokratyzujemy i wyzwalamy", zwłaszcza jeśli chodzi o bogate w ropę kraje islamskie ("James Bond - świnie nie widzą gwiazd" Wiktora Rubina) i coraz częściej oddają głos egzotycznym przybyszom z "trzeciego świata".
Historia, czyli kto mi za to zapłaci? Kto zapłaci za krew i wybite zęby? Kto zapłaci za gaz? Teatr z zapałem wziął się do liczenia i rozliczania. W spektaklach Strzępki i Demirskiego równie ważną postacią może być więc "zasłużony reżyser-architekt zbiorowej wyobraźni", jak i "minister finansów" ("Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej"). Rachunki krzywd i ceny żywności, pamięć i ekonomia. Twórcy pokolenia 30+ kompletnie nie odnajdują się w tej wizji historii, którą oferują im starsze pokolenia - nieważne czy ze środowisk konserwatywnych, postkomunistycznych, neoliberalnych. Podejrzliwie traktują dziś wszelkie opracowania historyczne, muzea czy pamiątki polskiego bohaterstwa i męczeństwa. Z uwagą zaczęli za to czytać strony gospodarcze dzienników, by między tabelami i wykresami znaleźć nową opowieść o Polsce współczesnej i dawnej. Ofiary transformacji, przemian demokratycznych i kryzysu finansowego stały się dla nich nie mniej ważne niż ofiary stalinizmu i narodowych powstań.
Artyści odrzucili mistykę "tragicznego losu narodu polskiego" i chcą rozmawiać o faktach. Skutkiem jakich procesów dziejowych jest
bezrobocie w Wałbrzychu? Jak opis "oblężenia Zbaraża" u Sienkiewicza wpływa na nasze postawy konsumenckie? Dlaczego polski przemysł filmowy preferuje superprodukcje o "koniach w błocie", a pomija wszelkie wstydliwe epizody?
Monika Strzępka i Paweł Demirski w "Niech żyje wojna!!!" i "Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej" ostro stawiają pytanie: "Kto napisał naszą historię, ile za to wziął i ile nas to dzisiaj kosztuje?". Sięgają w tym celu po wątki z "Czterech pancernych..." oraz filmy Andrzeja Wajdy. Sprzężenie biznesu i historii nigdy jeszcze nie było w teatrze tak eksponowane.
Dramaturg, czyli trzeci towarzysz "...nie mylić z dramatopisarzem" - dodają często komentatorzy próbujący opisać funkcję dramaturga we współczesnym teatrze. Dramaturg to brakujące ogniwo między reżyserem a autorem (autorami) bądź autentycznymi bohaterami (jeśli chodzi o spektakl dokumentalny). Czasem współtworzy adaptację tekstu, czasem podrzuca reżyserowi inspirujące publikacje "na temat", czasem prowadzi bloga dotyczącego projektu. Trochę asystent, trochę terapeuta. Jest pierwszym widzem, ale też pierwszym recenzentem. Często po zakończeniu pracy nie sposób wydzielić, co konkretnie wniósł do przedstawienia.
Współpracujący z Janem Klatą Sebastian Majewski może powiedzieć śmiało "napisałem z Klatą adaptację >>Trylogii<< Sienkiewicza", ale jak ma określić swoją rolę Marcin Cecko, który współtworzył z Krzysztofem Garbaczewskim "Gwiazdę śmierci" według "Gwiezdnych wojen"? Deklaracja: "Porównywaliśmy wspomnienia z dzieciństwa, oglądaliśmy filmiki na YouTubie, czytaliśmy o posthumanizmie i kwantowych modelach świata, a potem zrobiliśmy spektakl" nie wyczerpuje sprawy.
A Łukasz Chotkowski towarzyszący Mai Kleczewskiej ("Babel")? A Paweł Dobrowolski odpowiedzialny za dramaturgię "Dynastii" Natalii Korczakowskiej? Nie wystarczy przecież, że powiedzą: "Byłem przy niej" czy "Dużo rozmawialiśmy". Podobnie trudno rozgraniczyć zadania w przypadku tandemów-par życiowych, jak Monika Strzępka i Paweł Demisrski czy Wiktor Rubin i Jolanta Janiczak. Choć Demirski i Janiczak podpisani są ostatecznie jako autorzy, nie dramaturdzy, większość tekstu tworzą w ścisłym porozumieniu z reżyserem.
"Dramaturg", który przywędrował do Polski z teatru niemieckiego, jest postacią o tyle enigmatyczną, co nieodzowną. A wszystko dlatego, że teatr odwrócił się od wystawiania gotowych "dobrze skrojonych" tekstów dramatycznych i sięga po filmy, seriale, epopeje, materiały dokumentalne.
Niewierność, czyli przerabiamy lektury Klasyka, tradycja, dziedzictwo. Współczesny teatr wcale się od nich nie odciął. Przeciwnie. Twórcy wpijają się w dzieła z kanonu lektur z zapałem, który może wręcz niepokoić. Tak popularna jeszcze niedawno dramaturgia współczesna ustąpiła przed Sienkiewiczem, Schulzem, Prusem czy Fredrą.
"Trylogia" Jana Klaty to z jednej strony bardzo sumienna rekonstrukcja przygód wszystkich naszych ulubieńców, z drugiej zaś - rozliczenie z polską obsesją pięknej śmierci "za sprawę".
"Mesjasz" Michała Zadary i Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk pokazuje nie tyle dzieło Brunona Schulza, ile samego autora i jego uwikłanie w historię.