Historia odkrycia i powrotu do Polski tych listów mogłaby posłużyć za kanwę filmu sensacyjnego. W 2003 r. muzykolog Hanna Wróblewska-Straus otrzymała informację, że uznawane za bezpowrotnie zaginione listy Chopina istnieją i znajdują się w prywatnych rękach za granicą. Nie udało jej się jednak dotrzeć do właściciela. Temat powrócił sześć lat później, w końcowej fazie przygotowań do Roku Chopinowskiego. Tym razem starania o odzyskanie rękopisów podjęła Alicja Knast, kurator Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie. Było to możliwe także dlatego, że pomoc finansową oferował Marek Keller, bogaty marszand i kolekcjoner sztuki dzielący życie między Warszawę i
Meksyk. Kiedy muzykolodzy po dwóch latach potwierdzili autentyczność listów, Keller dokonał zakupu kolekcji i przekazał go w darze Muzeum Chopina - cena trzymana jest do tej chwili w tajemnicy. - Wyemigrowałem z Polski w 1972 r. i byłem daleko, kiedy przechodziła ciężkie chwile. Chciałem w ten sposób spłacić swój dług wobec kraju - uzasadnia swój gest Marek Keller.
Do ostatniej chwili Muzeum Chopina nie chciało zdradzić, co znajduje się w zbiorze kilkudziesięciu nowych obiektów, które niedawno pozyskało. Udało nam się wcześniej ustalić, że chodzi o listy Chopina, które do tej pory uchodziły za zaginione. Jak pisaliśmy w minioną środę, jest to sześć listów kompozytora do rodziny pochodzących z lat 1845-48 oraz 20 nieznanych do tej pory listów, które Jane Stirling, bliska uczennica Chopina, pisała do jego ukochanej siostry Ludwiki Jędrzejewiczowej już po śmierci Fryderyka w 1849 r. Oba zbiory rękopisów znajdujących się do tej pory w rękach osób, które chcą pozostać anonimowe, to bezcenny nabytek. Będą istotnym uzupełnieniem korespondencji Chopina i jego bliskich znajdującej się od dawna w archiwach muzeum na warszawskiej Tamce. W tym momencie kolekcja ta staje się absolutnie unikatowym świadectwem ostatnich lat życia kompozytora.
Od dziś przez miesiąc te listy można oglądać na specjalnie zorganizowanej wystawie w podziemiach muzeum. Dokumenty są doskonale zachowane - na białych kartkach formatu A4 zapisanych drobnym, starannym pismem Chopin dzieli się z rodziną, która została w Polsce, rozmaitościami ze swego życia. Pisze o powstawaniu i pierwszych wykonaniach Sonaty wiolonczelowej g-moll op. 65, o zwolnieniu służącego, o czekoladzie, którą pijał według własnej receptury. Oddaje się ploteczkom z wielkiego świata: wspomina na przykład o córce niejakiej pani Vernet, której śmierci "cały Paryż żałuje", bo była "młoda, ładna, choć bardzo chuda".
Przez ponad pół wieku sądzono, że listy te, które wraz z dziewięcioma innymi należały do Laury Ciechomskiej, praprawnuczki siostry kompozytora, zaginęły bezpowrotnie w zawierusze drugiej wojny światowej - być może spaliły się, a jeśli nawet ocalały, to zbiór uległ rozproszeniu i skompletowanie go nie będzie możliwe. Ostatni raz widziano je na prywatnej wystawie zorganizowanej w Warszawie w 1939 r. Ich treść była znana dzięki odpisom i opracowaniom. Dopiero niedawno okazało się, że ocalały w jednym zbiorze. Nie wiadomo, jakie były ich losy po wojnie; wiadomo tylko, że przechodziły z rąk do rąk.
Dotychczasowy właściciel listów nie chce ujawnić swojego nazwiska. Wiadomo, że posiada jeszcze sporo chopinowskich pamiątek, m.in. dwa inne listy Chopina z kolekcji Laury Ciechomskiej, o które stara się w tej chwili Muzeum Chopina. Wartość rękopisów Chopinowskich sięga milionów dolarów. Przykładowo cena wywoławcza bileciku z kilkoma zdaniami skreślonymi przez kompozytora, który w połowie kwietnia tego roku ma być wystawiony na aukcji w Berlinie, wynosi 12 tys. euro.
Olbrzymią wartość mają też listy Jane Stirling do Ludwiki Jędrzejewiczowej. Ta bogata Szkotka, córka bankiera z Edynburga, była uczennicą Chopina zakochaną w nim bez wzajemności, ale oddaną mu do końca swego życia. W ostatnich miesiącach pomagała mu finansowo, gdy umierający był w złej sytuacji materialnej. Po jego śmierci starała się pilnować schedy, skompletować jego rzeczy, o czym wspomina w listach do Ludwiki. Pisała: "Ufam, że zawsze będzie można coś dla niego zrobić". Co ciekawe, wspomniany przez panią Stirling spis rzeczy Chopina, sporządzony przez nią osobiście i wysłany Ludwice, ocalał - Muzeum Chopina ma go od dawna w swoich zbiorach.