http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kosmici też ludzie

Wojciech Orliński
2011-03-18, ostatnia aktualizacja 2011-03-17 22:13

"Inwazja: Bitwa o Los Angeles" należy do nowego gatunku science fiction. Najeźdźcy z kosmosu są tu bardziej ludzcy niż dotąd - wiemy kim są, co robią i dlaczego muszą nas zniszczyć. Film od dziś w kinach

Orson Scott Card w cyklu powieści o Enderze zaproponował klasyfikację obcych istot, która przyjęła się w krytyce science fiction. Dwie najważniejsze kategorie to ramen i varelse.

Varelse to taki obcy, z którym porozumienie nie jest w ogóle możliwe z takiego powodu, dla jakiego - cytując z kolei braci Strugackich - ślimaki nigdy nie dogadają się z wiewiórkami. W kinie fantastycznym do najsławniejszych varelse należy prześladujący Sigourney Weaver potwór z cyklu "Obcy" czy robale z "Kawalerii kosmosu".



Ramen to obcy, z którym możemy odnaleźć wspólny język. Potrafi powiedzieć: "E.T. phone home", albo: "moja wewnętrzna budowa jest bardzo prosta, mam tylko siedem organów, z czego pięć to żołądki", jak Alf, parodia E.T. z serialu telewizyjnego popularnego w latach 80.

Ludzie, czyli zwierzyna łowna

Klasyfikacja obcych na ramenów i varelse mówi więc tyle samo o obcych, co o klasyfikującym. Skoro nie umiem się z kimś dogadać - to może być jego wina, ale może być i moja. Związany z tym dylemat moralny stanowi ważny element cyklu o Enderze.

Przez wiele lat w filmowej fantastyce panowało bowiem przekonanie, że porozumienie prowadzi do pokojowego współistnienia. Stereotyp najeźdźcy z kosmosu stworzył w 1898 H.G. Wells swoją wielokrotnie ekranizowaną "Wojną światów" - to przedstawiciel rasy tak zaawansowanej, że dla niego jesteśmy po prostu zwierzętami.

Nie ma mowy o próbie porozumienia, bo oni z nami gadać nie chcą, a dla nas ich motywy są niezrozumiałe. Czasem, jak w "Inwazji pożeraczy ciał", nawet nie wiemy, kto nam przysyła z kosmosu tajemnicze kapsuły zmieniające ludzi w niewolników obcej cywilizacji.



Karykaturą takiej wizji inwazji z kosmosu były drukowane w latach 60. tak zwane karty kolekcjonerskie (których nie kupuje się do grania, tylko do umieszczania w specjalnym klasterze) z cyklu "Mars atakuje". W 1996 sfilmował je Tim Burton.

Karty pokazywały Marsjan pustoszących amerykański parlament, piekących Amerykanów żywcem w ich wypasionych cadillacach, a nawet molestujących blond dziewoje. Sadystyczne uśmiechy na ich zwyrodniałych obliczach pokazują, że inwazja sprawia im przyjemność sama w sobie - po prostu jako okazja do siania mordu. Poza tym nie bardzo wiadomo, o co im właściwie chodzi.



W nieco poważniejszy sposób to samo pokazywał w tym samym okresie "Dzień Niepodległości" Emmericha. Kosmici pochodzą tam nie wiadomo skąd - od razu pojawiają się na Ziemi i od razu rozpoczynają morderczy rajd latających spodków.

Mają nad nami tak potworną przewagę, że o jakimkolwiek porozumieniu nie ma mowy. Nie wiemy, kim są i o co im chodzi. Dla nich jesteśmy tylko zwierzyną, którą należy usunąć z powierzchni planety. Na szczęście przynajmniej laptop marki Apple PowerBook 5300 Jeffa Goldbluma jest w stanie dogadać się z ich centralnym komputerem i wysłać im zabójczego wirusa.

Jak równy z kosmitą

Z takimi okrutnymi i wyrafinowanymi varelse kontrastują sympatyczne rameny, którymi są na przykład kosmici, którzy przybyli do nas z pokojowym przesłaniem, jak Klaatu z filmu "Dzień, w którym Ziemia zamarła" (oryginał z 1951 i wyjątkowo nieudany remake w 2008).



Dość stary w kinie jest też motyw kosmitów, którzy porozumiewają się z nami, bo potrzebują naszej pomocy - nie tyle bowiem na naszą planetę przybyli, co się na niej rozbili. Najsłynniejszy przykład to zapewne wspomniany "E.T." (1982), ale podobny wątek wykorzystywał już klasyczny film "To nadeszło z kosmosu" (1953). Tu okazuje się, że kosmici, którzy wylądowali w Arizonie, wprawdzie rzeczywiście przejęli kontrolę nad umysłami paru osób, ale bez złych zamiarów - mają postój techniczny, muszą coś w swoim spodku naprawić, a że nie chcą wzbudzać paniki, musieli bezkrwawo zneutralizować osoby postronne.

Ramenami są też inne rasy rozumne w serialu "Star Trek". Tam okazuje się, że Galaktykę zamieszkują istoty przeważnie skłonne do pokojowej współpracy w ramach wielkiej federacji. Wyjątkiem jest wprawdzie wojownicza rasa Klingonów, ale to właśnie ten rodzaj wyjątku, który potwierdza regułę: z odcinka na odcinek serialu Klingoni robili się coraz sympatyczniejsi, a w filmach pełnometrażowych ludzkość żyje już z nimi w tzw. szorstkiej przyjaźni.

Nieco gorzej w "Star Treku" wyglądają Romulanie, ale z nimi też da się wynegocjować niełatwe porozumienie pokojowe. We współczesnych wersjach serialu rolę wrogiej rasy wziął na siebie Borg.

To nie tyle rasa, ile system przymusowej cyborgizacji wszystkiego, co się rusza. Wulkanie, Romulanie, Ludzie - bez różnicy, wszystko będzie przerobione na Borga i podłączone do ich sieci. Stąd hasło Borga, które przeszło do języka potocznego na określenie podobnych sytuacji w realnym życiu: "opór jest bezcelowy, wszyscy zostaniecie zasymilowani".

Odwołując się do kategorii Orsona Scotta Carda, to z kolei tak zwany Djur, czyli zagrożenie dla wszystkich ras rozumnych bez względu na to, czy są ramenami czy varelse. Ciekawe, że kino science fiction stosunkowo do niedawna unikało motywu "nieprzyjaznego ramena".

Kino zakłada, że jeśli z kosmitą da się dogadać - to już samo w sobie daje możliwość pokojowej koegzystencji. Najlepiej ten motyw pokazywał film "Mój własny wróg" z 1985: tutaj w trakcie galaktycznej wojny między ludźmi a Drakami, na pewnej nieprzychylnej planecie jednocześnie rozbija się Drak i pilot z Ziemi (bardzo młody Dennis Quaid).

Początkowo chcą się nawzajem zabić, ale uświadamiają sobie, że tylko kooperacja pozwoli im przetrwać w świecie wrogim dla ich obu. Uczą się nawzajem swoich języków, a potem nawet mają dziecko - żeby za bardzo nie szokować młodej widowni, biologicznym ojcem i matką jest Drak, bo Drakowie są hermafrodytami. Ale Dennis Quaid wychowuje je jak swoje.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 2
  • 1
  • 1
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':