50-letni Neo Rauch jest fetowany w ważnych galeriach sztuki i dostrzegany wszędzie, gdzie się pojawi. Jego wystawa w Zachęcie (druga w Polsce po pokazie w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie w 2001 r.) należy do wydarzeń, których nie można opuścić. Ze sztukę Raucha trzeba się z zetknąć nawet po to, by potem ją odrzucić.
Odwiedzając wystawę, możemy za jednym zamachem upolować dwie zdobycze. Pierwszą jest sam Rauch, malarz tak ekstrawagancki, niedzisiejszy i wyrwany ze współczesnej politycznej i społecznej rzeczywistości, że wystawa musi okazać się przeżyciem. Drugą zdobyczą jest wiedza o współczesnym świecie sztuki. Warto pójść do Zachęty, by zobaczyć, co dzisiaj kręci jej miłośników na świecie. Po jakie obrazy ustawiają się kolejki kolekcjonerów (Rauch nie maluje dużo) i za co miłośnicy współczesnego malarstwa są gotowi słono płacić na aukcjach. Ostatnio Gerd Harry Lybke, właściciel berlińskiej Galerii Eigen+Art sprzedającej obrazy Raucha, odniósł ogromny sukces na targach sztuki współczesnej ARCO w Madrycie. Jeden z obrazów Raucha został tam sprzedany za 650 tys. dol.
Dla światowego sukcesu Raucha nie bez znaczenia jest jego pochodzenie, egzotyka miejsca urodzenia, tajemnica, która go otacza. Urodzony w 1960 r. w NRD, wcześnie stracił rodziców. Wychowali go dziadkowie. Kształcił się w Lipsku na słynnej Akademii Grafiki i Sztuki Książki i na stałe związał się z tym miastem - od lat ma tam pracownię. W jego obrazach z lat 90. rzeczywiście pojawiają się motywy, które można kojarzyć z NRD-owskim designem, architekturą i trudnym dzieciństwem - wyobcowane sylwetki ludzi na tle hal fabrycznych, zakładów pracy, hal sportowych. Są też mężczyźni w roboczych uniformach, którym towarzyszą maszyny, dziecko z biczykiem, podejrzanie idylliczny landszaft. Niektóre obrazy mają kolory jak ze starego filmu Orwo.
W latach 90. Rauch malował bardziej płasko, graficznie. A od około 2005 r. - "tłusto" i iluzjonistycznie. Tak jakby ilustracja książkowa i plakat ustąpiły innym wzorom - malarstwu niemieckiego romantyzmu czy też narracyjnym, surrealistycznym obrazom Maxa Ernsta.
Powiem od razu - obrazy Raucha to malarstwo, do którego nie ma klucza. Drzwi bez klamki. Dużo się na nich dzieje, ale wejść tam nie można. Neo Rauch to malarz historii, figur i tajemniczych zdarzeń, których znaczenie, mimo mozolnej analizy, nigdy się nie wyjaśni.
Krążę wśród ogromnych płócien i tych całkiem małych. Choć stawiają opór, próbuję się do nich jakoś przebić. Jeden z obrazów - całkiem malutki "Halt", czyli "Stój" - przedstawia podwórko domu, na którego tle pojawia się ogromna męska ręka. Łapie za kark malutkie zwierzątko przypominające skrzyżowanie szczura z kretem. Wydaje się ślepe, bezbronne, śliskie, właściciel ręki chce je chyba uratować, w tym wypadku chyba wepchnąć z powrotem pod ziemię. Obraz wywołuje skojarzenia z wiktoriańskimi ilustracjami Johna Tenniela do "Alicji w krainie czarów", oddającymi nastrój baśni, ale też na swój sposób przerażającymi. Każe myśleć o zabobonach i lękach przed tym, co wyszło spod ziemi. Trzeba to schować, na nowo ukryć. Chodzi o politykę? Historię? Być może. Ale z drugiej strony - czy niemiecki malarz zawsze musi być czytany poprzez niemieckie sprawy?
Drugi obraz pt. "Puls" jest ogromny i przypomina znane płótno słynnego malarza niemieckiego biedermeieru Carla Spitzwega przedstawiające biednego poetę na strychu, przykrytego derką, chorego, ale ciągle gotowego tworzyć. W łóżku leży artysta malarz, wokół wszędzie widać jego szkice. Ale w jego szyję wbija pazury ogromne zwierzę. Czarne i włochate. Tak, to ten sam kret albo szczur, ale tym razem wielkości człowieka. Malarz na łożu śmierci lub choroby też ma niewidzące, puste oczy - jak kret.
W interpretacji nie bardzo mogę pójść dalej. Bo czyżby chodziło o malarza przywalonego ciężarem własnej sławy, a jednocześnie dręczonego przez upiory, których nikt inny nie rozumie i nie widzi? Trochę to naiwne. Ale może chodzi właśnie o to, może ta naiwność jest prawdą Neo Raucha? Motyw cierpiącego, karconego, chorego, ślepego malarza pojawia się na kilku innych obrazach. Jeśli na wczesnych płótnach Raucha o efekcie alienacji decydował postkomunistyczny, jałowy pejzaż, w płótnach z kilku ostatnich lat zapewnia ją być może system sztuki.
Dużo w tym cierpienia, uwikłania, zniewolenia. Na jednym z obrazów ludzie wydobywają
złoto. Na innym za plecami malarza rozgrywa się scena robót karnych. Na obrazie "Koronacja" artysta w pozie skazańca zostaje koronowany cylindrem - symbolem marnej doczesnej światowości. Takie znaczenie byłoby wykwitem pewnej megalomanii artysty, ale i zdroworozsądkowego poczucia, że kultura celebrycka i wielkie pieniądze, nierozłącznie związane ze współczesnym malarstwem, raczej przeszkadzają, niż pomagają mu w malowaniu.
Jeśli nawet takie spostrzeżenia są całkiem sensowne, nie wiem, czy mają dobry wpływ na sztukę Raucha. Mówiąc skrótowo, jeśli Spitzweg malował biednego, ale szczęśliwego poetę, Rauch maluje bogatego, ale nieszczęśliwego malarza. Zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie wczesne obrazy artysty - ciemne, mniej zatłoczone, nie tak gęste od zdarzeń, za to bliższe snu i podświadomości. Późne, zbliżone do stylu niemieckich Nazareńczyków i cyfrowej animacji, wydają się jedynie żonglerką, realizacją postmodernistycznej recepty mnożenia elementów, plątania poziomów narracji, mieszania czasów, kostiumów, aluzji. Mniej w nich symbolu, więcej alegorii.
Krytycy Raucha nazywają go neokonserwatystą. Skarżą się na jego niemieckość, na to, że bezkrytycznie podtrzymuje niemiecką tożsamość, wracając do wątków typowych dla narodowego malarstwa. Ktoś napisał nawet, że Rauch nie powinien się posługiwać błękitem pruskim, gdyż "Prusy po wojnie znalazły się w Polsce".
Z opinią, że Rauch jest artystycznym konserwatystą, całkowicie się zgadzam, choć nie sądzę, żeby malując obraz pt. "Das Blaue" wypełniony tłumem postaci wykonujących teatralne i absurdalne gesty, chciał odebrać nam Pojezierze Mazurskie. Nie przepełnia mnie też zachwyt dla jego obrazów. Przeciwnie - mam do nich dystans. Na najnowsze z trudem udaje mi się spokojnie patrzeć.
Uważam, że artysta rzeczywiście świadomie odwołuje się do kultury niemieckiej - zresztą nie tylko do romantyzmu i biedermeieru, ale też do monumentalnego realistycznego malarstwa lat 30., które dzisiaj ma niedobre konotacje, jako styl przejęty przez propagandę nazizmu. Rauch odcina się od wszystkich awangardowych poetyk. A jednocześnie uważam, że jest to swego rodzaju prowokacja. Cała twórczość Raucha zadaje nam bowiem bardzo ciekawe pytanie - do jakiego stopnia Niemiec może się zadeklarować w sztuce jako Niemiec, jakiej granicy nie może przekroczyć, żonglując elementami własnej kultury, a w którym momencie jego działanie staje się politycznie podejrzane? To jeszcze jeden powód, by pójść na tę wystawę.
"Neo Rauch. Mit realizmu", galeria Zachęta, Warszawa, kuratorka Joanna Kiliszek, do 15 maja