http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Film "Sala samobójców". Spór krytyków "Gazety"

Tadeusz Sobolewski, Paweł T. Felis
2011-03-03, ostatnia aktualizacja 2011-03-03 17:35

Sala samobójców
Sala samobójców

Od piątku w kinach "Sala samobójców" Jana Komasy. Paweł T. Felis za filmem. Tadeusz Sobolewski przeciw

Tadeusz Sobolewski: Film, który ma charakter pokoleniowego krzyku, oglądam całkiem na chłodno.

ZA: Paweł T. Felis

Rzadko zdarzają się w Polsce debiuty, które tak znakomicie trafiają w swój czas. Trzeba dużo złej woli, żeby nie dostrzec ironii, z którą reżyser pokazuje wirtualną rzeczywistość



"Świetny chłopak" - zachwala Dominika podczas studniówki dyrektor społecznej szkoły (Wiesław Komasa). Niezwykle "kinogeniczny" nastolatek tuż przed maturą jest żywą reklamą współczesnych młodych skazanych na sukces. Może się ubierać, jak chce, patrzeć na innych z góry (recepcjonistce każe mówić do siebie na "pan"), dyrygować szoferem (bogaci rodzice traktują jazdę autobusem jak podróż do slumsów) i dość chaotycznie szukać adrenaliny.

Jest przeciwieństwem rozsadzanego energią hiphopowca z "Warszawy" (jedna z części "Ody do radości", za którą odpowiadał reżyser "Sali samobójców"). Bo właśnie z buntu wobec "brudnego", heteroseksualnego, wręcz seksistowskiego hip-hopu wzięła się - sugeruje Komasa - wygładzona kultura emo. Dominik (Jakub Gierszał - nowy wielki talent polskiego kina) jest więc delikatnym wrażliwcem, nosi długą, zaczesaną na twarz grzywkę i nie chce się zamknąć w żadnej jasno określonej tożsamości.

Eksperymentuje. Z wyglądem (w geście buntu przychodzi do szkoły z mocnym ciemnym makijażem), ze śmiercią (zaczyna interesować się samobójstwami), z własną seksualnością. Studniówkowy pocałunek z Aleksem (Bartosz Gelner) jest tylko zabawą, sztubackim żartem, który przestaje śmieszyć, gdy nie daje się go dłużej kontrolować. Mocna scena zapasów prowadzi do podwójnego upokorzenia: Dominika "zdradza" własne ciało, a potem pozornie postępowa młodzież (szkolny mobbing - trafnie pokazuje Komasa - przenosi się dziś do internetu). Czy to wystarczający powód, by zamknąć się - jak bohater "Sali samobójców" - w pokoju i internetowym wirtualnym świecie?

W sensie logicznym zachowanie Dominika wydaje się niezrozumiałe, ale emocjonalnie tłumaczy się świetnie. Obraźliwe, internetowe wpisy to tylko iskra, moment przesilenia, który zdziera maskę. Zadziorny, pewny siebie nastolatek okazuje się bezradnym dzieckiem - Piotrusiem Panem, który w internetowej grze "Sala samobójców" tworzy własną Nibylandię.

To prawda, że zbyt długie animowane fragmenty, w których awatar Dominika zanurza się w cyberświecie i prowadzi rozmowy o niczym, przytłaczają. I że postać Sylwii (manierycznie granej i "dubbingowanej" przez Romę Gąsiorowską) powinna fascynować, a jest tylko napompowaną frazesami ("Jestem wolna - polecam to uczucie") dziewczyną bez osobowości. Trzeba jednak dużo złej woli, żeby nie dostrzec, że reżyser i Sylwię, i jej truizmy, i wirtualną rzeczywistość - trójwymiarową, a przecież płaską - pokazuje ze świadomą ironią.

"Nie potrzebujesz szkoły, nie potrzebujesz rodziców - wszystko, czego potrzebujesz, jest w tobie" - mówi kreowana na heroinę bohaterka cyberświata. "Masz cierpieć, jak jeszcze nigdy nie cierpiałaś" - rzuca do matki Dominik, który przejmuje językowe pustosłowie od wirtualnej przyjaciółki. Ale w "Sali samobójców" to nie "świat" jest zły. To nie rodzice (świetne role Agaty Kuleszy i Krzysztofa Pieczyńskiego) są głuchymi na egzystencjalne dylematy i groteskowymi obcymi. To hamletyzująca młodość, która w filmie ma twarze Dominika i Sylwii, widzi rzeczywistość w opozycji "my" i "oni". A internet pozwala ten schemat jeszcze bardziej wyostrzyć.

"Świat wypadł z formy" - twierdzi Hamlet, o którym Dominik opowiada na próbnej maturze z polskiego. Ale świat zawsze wypada z formy. I zawsze domaga się buntu. Komasa kapitalnie pokazuje, że dziś możliwa jest jednak tylko kontestacja pasywna. Kontestacja, która sama w sobie jest grą, zabawą w słowa i wirtualną ucieczką w skrajności. Czy nie stąd wzięło się zjawisko hikikomori polegające na izolowaniu się od ludzi - z komputerem we własnym pokoju? To nie fikcja - tego rodzaju doświadczenia ma za sobą połowa japońskich nastolatków.

W rewelacyjnie wyreżyserowanej "Sali samobójców" (widać, że Komasa filmowe rzemiosło ma w małym palcu) jest kilka scen, od których trudno się uwolnić. Choćby ta, gdy Sylwia patrzy przez komputer na śpiącego Dominika. Albo inna, gdy w cyberświat wchodzi matka chłopaka i przedstawia brutalne fakty, wprowadzając ton serio. Wirtualni znajomi wyłączają się, znikają kolejne awatary. Gra zaszła za daleko.

Im bliżej końca, tym bardziej zresztą granica między fantazją a rzeczywistością zaczyna się zacierać. Może Sylwia jest tylko fantazją Dominika? Może coraz bardziej absurdalne zachowania rodziców to jedynie projekcja ich nastoletniego syna? Halucynacje, samobójcze myśli, "jaskółczy niepokój" i brak czegoś, co mogłoby "dać życiu duszę i cel duszy wyprorokować". Bohater ma w sobie coś z Kordiana oraz innych romantycznych i postromantycznych buntowników bez powodu, którzy mieli kiedyś więcej szczęścia, bo nie traktowano ich (co w komentarzach do filmu zdarza się często) z protekcjonalnym poczuciem wyższości.

Zmieniają się okoliczności i gadżety, ale młodość boli tak samo. Film Komasy - nawet jeśli nie do końca, zwłaszcza scenariuszowo, spełniony - hipnotyzuje i uwiera.



PRZECIW: Tadeusz Sobolewski

Skąd moja nieufność wobec "Sali samobójców"? Brak współczucia dla młodego bohatera wpędzonego do internetowej "sali" bez wyjścia? Film, który ma charakter pokoleniowego krzyku, oglądam całkiem na chłodno.

Czy na takim odbiorze zaciążył pokoleniowy dystans? Starcze poczucie wyższości nad bohaterem miotającym się w pułapce młodości? Moja nieobecność na Facebooku? Nieznajomość internetowych technik uwodzenia, groźnych gier wyobraźni? Nie sądzę. Wina leży po stronie filmu i wynika z roli, jaką autor wyznaczył widzowi. Jest w niej charakterystyczne dla polskiego kina poczucie wyższości wobec bohaterów, którzy zwykle są głupsi od widza lub potraktowani satyrycznie. Ofiara ukazanej w "Sali samobójców" nowej rzeczywistości - chłopak z podsinionym oczkiem, wystylizowany na emo, jest bardziej socjologicznym konstruktem odstraszającym przykładem niż żywą istotą.

Obserwując, jak ulega manipulacji, którą bierze za miłość, chciałoby się krzyknąć jak dziecko w teatrze ostrzegające bohatera przed złą czarownicą: wyjdź z tej sali samobójców! Niestety, to niemożliwe. Dominik - też jeszcze dziecko puszczone samopas - zostaje wydany na pastwę dziecinnej i zarazem śmiercionośnej kultury. Podobnie bezradni są jego rodzice.

Zabarykadowany leży wpatrzony w ekran komputera jak w żywą osobę. Kocha się z fantomem. Jan Komasa ma skłonność do tworzenia mocnych, plakatowo-symbolicznych obrazów z potocznych scen. Jak choćby ta klaustrofobiczna scena, gdy chłopak zamknięty w korytarzu biurowca, wyposażony w kartę identyfikacyjną, która nie działa, nie może otworzyć żadnych drzwi ani uruchomić windy. Pozostaje mu tylko siąść na podłodze, otworzyć komputer i wejść na stronę, która kusi. Dziś to już nie pornografia, ale wyższa szkoła jazdy: samookaleczenia, prowadzące po nitce do kłębka - "sali samobójców", w której czeka zamaskowana Sylwia. Nie dowiemy się, kim jest ta intrygująca postać. Wcielonym złem? Czy zwykłą dziewczyną z bloku, kreującą swój film, na który nabrał się psychotyczny chłopak?

Jak w tanim melodramacie zbiegi okoliczności współtworzą wizję czyhającej na bohatera pułapki. Dominik nie jest bohaterem powieści wychowawczej, który poznając zło, przebywa jakąś drogę. Przypomina raczej bohaterów dydaktycznych powiastek, przeciwko którym sprzysiągł się cały świat - w tym wypadku: niepojęta nowoczesność ze swoim internetowym złem. Od początku jest skazany. Stacza się po równi pochyłej, musi zginąć ku przestrodze.

Satyryczna pasja reżysera daje o sobie znać w początkowych sekwencjach, niosących szyderstwo z nowych elit. Ojciec polityk, matka businesswoman, syn hodowany jak w cieplarni, odwożony do prywatnej szkoły samochodem z kierowcą. Widzimy ich w towarzystwie kolegi ojca, ministra, jak robiąc dobrą minę do złej gry, katują się w operze transgresywną, brutalistyczną sztuką (przedstawienie "Orfeusza i Eurydyki" Glucka), mającą posmak samobójczy: rozsypane pastylki, krew na rękach.

Króluje nieautentyczność - zachodnia szminka nałożona na przaśne gęby. Rodzice Dominika to skrzyżowanie gombrowiczowskich Młodziaków, pozbawionych wszelkich przesądów, z hipokrytami Dulskimi (ojciec do syna: "Nawet jak jesteś gejem, zostaw to dla siebie, po co ma o tym wiedzieć minister?!"). Hasłem dnia jest: bądź sobą! Ale żeby "być sobą", trzeba jeszcze być "kimś".

Przypadek Dominika ma pokazać, ile hipokryzji i samozakłamania może się mieścić w permisywnych normach, w kultywowaniu własnej inności, która okazuje się tylko narzuconym formatem, w braku wspólnych wzorców, a przede wszystkim - w braku ojca. Dominik jest nie tyle reprezentantem kultury emo, co po prostu dużym dzieckiem, pozbawionym obronnego puklerza, przymierzającym za duże buty. Nie nadaje się do roli Hamleta, o którym mówi na egzaminie tak ładnie, jakby czytał z książki. Jest wystawiony na wpływy środowiska, na oślep szuka dla siebie formy. To przymierzanie form pokazuje scena, w której bohater wybiera sobie awatara spośród gotowych wzorów. Kultura autentyzmu okazuje się kulturą masek. Ta krytyka, skierowana przeciwko wszystkim i wszystkiemu, ma jednak krótkie nogi.

Kluczowy, ale ledwie dotknięty wątek psychologiczny "Sali samobójców" wiąże się z "gejostwem" Dominika przypieczętowanym rodzajem gwałtu - na ile przybranym, na ile prawdziwym? Tu tkwi jądro dramatu: moment, gdy niedojrzały chłopak, pozbawiony kontaktu z ojcem, przyjmuje narzuconą mu przez otoczenie rolę homoseksualną, co więcej, usiłuje nią grać w swoim buncie przeciwko rodzicom. Pada ofiarą hipokryzji szkolnego środowiska, które z jednej strony prowokuje przekraczanie obyczajowego tabu, żeby zobaczyć "jak to jest", a później na Facebooku zamienia się w nietolerancyjny motłoch, prześladujący "pedała".

Dominik zostaje wpędzony w podwójną pułapkę. Zawieszony pomiędzy dwiema sztucznymi "rodzinami": tą ze szkolnego Facebooka i tą drugą, wirtualną rodziną awatarów, którą uznaje za swoją. Rozpaczliwość jego sytuacji, z której nie zdają sobie sprawy karykaturalni, dziecinni rodzice, polega na tym, że uczestnicząc w chorej grze, chłopak przeżywa autentyczną miłość, której nie doświadczył w rzeczywistości.

Chęć powiedzenia "wszystkiego", strzelanie "po wsiech", zaatakowanie całości współczesnej kultury, zgubienie wątku, połączenie transowej formy z poczciwym dydaktyzmem, pozornego radykalizmu z zachowawczymi receptami to podstawowe grzechy ambitnego debiutu Jana Komasy. Mam wrażenie, że reżyser w tym filmie też dopiero przymierza sobie różne maski.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':