W Izraelu najbardziej zachwycili mnie ludzie. Tylko tu, zdało mi się, tak wielu umiało opowiadać o swoim kraju z namiętnością albo z ironią, z zasłużoną i niezasłużoną krytyką, nadzieją, miłością, lękiem. Spotkałem takich, którzy wciąż wierzyli, że znajdują się w miejscu wybranym. I takich, którzy modlili się o normalność. Ktoś powiedział mi: "Jesteś pewien, że Izrael to kraj? A może stan umysłu?". Mam poczucie, że to trafna definicja.
Goran Rosenberg, pisarz, publicysta, dokumentalista, w grubym tomiszczu opowiada o swoim postrzeganiu Izraela. Jest szwedzkim Żydem, który w latach 60. wyemigrował do Izraela, no bo gdzie ma jechać Żyd (nawet na zimnej Północy, w kraju bez Żydów, doświadczył antysemityzmu). Uczył się go i poznawał. Kochał od pierwszego wejrzenia, by - koniec końców - dostrzec symptomy poważnej choroby. Wyjechał.
Jego opisywanie Izraela ma walor nie tylko rzetelnego dokumentu lecz prawdziwej literatury. Podoba mi się, że "Raj utracony" nosi podtytuł "Moja historia Izraela". Gdyż książka Rosenberga to raczej esej zmieszany z reportażem, odważny w mierzeniu się z własnymi nadziejami i w portretowaniu rozczarowania. To historia mitu, ułudy konfrontowanej z życiem.
Mam wrażenie, że Rosenberg w swoich zawiedzionych nadziejach dotyczących Izraela nie jest jedyny, ale znaleźliby się i tacy, którzy by powiedzieli, że bredzi. Wszak państwo żydowskie zostało najpierw wymyślone, a dopiero potem założone. Droga od myśli do realiów długa i wyboista. A że na końcu drogi jest kraj z krwi i kości, a nie cud mniemany? I że wielu ma pretensje, że nie doczekało cudu, bo i miało być inaczej, sprawiedliwiej, lepiej?
Amos Oz pisze o pewnym starym Żydzie z Rumunii, który po emigracji do Izraela dziękował Opatrzności za głupich i mądrych, władzę i opozycję; nawet za Arabów dziękował. Mnie też raz bardziej się tam podoba, a innym razem nie. Lecz nie ma innego żydowskiego państwa na świecie.
Goran Rosenberg "Kraj utracony. Moja historia Izraela", tłumaczenie Milena Haykowska, wydawnictwo Czarne